Kłopoty z istnieniem

Kłopoty z istnieniem

Czy za posiadanie narkotyków należy karać czy nie? Jak je klasyfikować? Jakie substancje dopuszczać, a jakich zakazać? Co jest przestępstwem, a co mieszczącą się w ramach prawa praktyką? Jak przeciwdziałać groźnej patologii? Jak zwalczać przemyt narkotyków? Jak penalizować niektóre, szkodliwe społecznie praktyki, skoro nie zostały zdelegalizowane? Jakie rozwiązanie jest lepsze: liberalne czy rygorystyczne? Przyjąć model holenderski, włoski czy też niektórych krajów Azji? Litania pytań, które pojawiły się przed trzema laty na łamach „Le Nouvel Observateur”, była bardzo długa. Do dyskusji zaproszono specjalistów. „Uważam, że należy zmodyfikować prawo z 1970 roku, bo dawno zostało zweryfikowane przez życie” — mówił przewodniczący rządowej Komisji ds. Narkotyków, prof. Roger Henrion. Przeciwko polityce restrykcyjnej opowiedział się Francis Curtet, psychiatra kierujący Stowarzyszeniem „Grande Ecoute”, które zajmuje się narkomanami. Jego zdaniem zakazy powinny istnieć, ale nie należy się łudzić, że więzienie rozwiąże problem narkomanii.

Holandia, w której dzieli się narkotyki na twarde (heroina, kokaina, ecstasy) i miękkie (marihuana i haszysz), przyjęła liberalny model postępowania. Na własny użytek można posiadać 5 gramów twardych narkotyków i 30 gramów miękkich. W licznych „Coffee shops” bez problemu można nabyć dozwoloną prawem porcję. We Włoszech, po referendum w 1993 roku, w którym Włosi opowiedzieli się za liberalizacją przepisów prawnych, przyjęto rozwiązanie pośrednie. Narkomanię traktuje się jak chorobę. Kodeks karny surowo obchodzi się z handlarzami białą śmiercią, w rzeczywistości z karalnością bywa różnie. Już w latach sześćdziesiątych prawdziwą wojnę przeciwko narkotykom wypowiedziano w Stanach Zjednoczonych. Użyto przy tym siły militarnej, politycznej i ekonomicznej. Batalia, choć obecnie nie jest tak spektakularna jak niegdyś, trwa do dzisiaj.

Francuzi często powtarzają, że nie są tak pruderyjni jak Amerykanie, ale i Republika Francuska przeżyła w 1969 roku swoją wojnę, która doprowadziła do uchwalenia w 1970 roku jednego z najbardziej restrykcyjnych praw antynarkotykowych na świecie, prawa zobowiązującego tak do ścigania handlarzy, jak i posiadaczy narkotyków. I choć w ostatnich latach złagodzono stanowisko, nie przyniosło to zamierzonych efektów.

Znany polityk postulował, by wznowić debatę na temat jednej z największych współczesnych plag. „Jest ona trudna, ale i konieczna” — przekonywał, albowiem we Francji problem narkomanii wciąż narasta. Według państwowego instytutu zajmującego się narkomanią, ponad siedem milionów Francuzów przynajmniej raz w życiu używało narkotyków. Dwa miliony osób sięgało po białą śmierć dwa i więcej razy. 90% spośród tej liczby zażywa wprawdzie haszysz, czyli słabszy specyfik. Jednak im bardziej obniża się wiek użytkowników, tym dawki i używki są mocniejsze. Niemałym problemem jest handel białą śmiercią. Szacuje się, iż rocznie na francuski rynek dostaje się ponad 60 ton różnego rodzaju specyfików. Mimo to nie brakuje zwolenników liberalnego kursu. „Przestańmy diabolizować każdy problem” — wołał były minister zdrowia.

Swego czasu zastanawiano się, czy zdecydować się na „szwajcarski eksperyment”. Do sterowanej dystrybucji LSD czy amfetaminy jednak nie doszło, choć afery dopingowe pokazały, że posiłkowanie się środkami pobudzającymi nie jest wyjątkiem. Nadal nie brakuje osób, dla których przekonującym argumentem jest fakt, że Victor Hugo, Jules Verne, Emile Zola i, ponoć, papież Leon XIII… pili wino z dodatkiem kokainy, kanclerz Bismarck zaś, by dać z siebie jak najwięcej, przed każdym wystąpieniem w Reichstagu zażywał morfinę.

Jeśli chcesz czuć się pewny siebie, zwiększyć swoją sprawność fizyczną i psychiczną, a nawet lepiej i szybciej myśleć, jeśli chcesz sobie poprawić nastrój albo zapomnieć o przykrych sprawach, warto raz spróbować — zachęcają najczęściej bardzo młodych ludzi dealerzy. Zazwyczaj przygoda z haszyszem czy marihuaną nie kończy się na ulotnej przyjemności. Potrzeba samookreślenia, poznania własnego ja, pokonania różnych życiowych niepowodzeń, swoiście pojęty środowiskowy prestiż każe iść dalej i brać coraz więcej. Z czasem pojawia się frustracja, bo rozdźwięk między potrzebami a możliwościami rośnie. Chwilowa słabość, a nawet zwykła ciekawość, staje się przyczyną uzależnienia. Nawyk przechodzi w nałóg. Środek pobudzający okazuje się środkiem otumaniającym. Narasta lęk, napięcie emocjonalne jest coraz trudniejsze do przezwyciężenia, uczuciowa równowaga staje się zagrożona. Mimo że działa wiele poradni i specjalnych ośrodków zajmujących się narkomanami, procent osób wyzwalających się z nałogu jest niewielki. Śmierć, spowodowana przedawkowaniem czy długim „praktykowaniem biofizycznej przemiany”, zbiera swoje obfite żniwo. Do tego dochodzi dodatkowy problem. Często narkomania łączy się z inną śmiertelną plagą — AIDS. Wśród narkomanów niemało jest nosicieli wirusa HIV.

Zwolennicy powrotu do dawnych, rygorystycznych przepisów lubią powoływać się na różnego typu ponure statystyki. Jednak przestały one robić na kimkolwiek wrażenie. Przeważa opinia, że lepszym rozwiązaniem jest „chemiczno–społeczny kompromis”, pewnego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, który wprawdzie nie gwarantuje wielkich sukcesów, ale przynajmniej pozwala kontrolować sytuację.

Jeżeli nawet intencje są inne — twierdzi jeden ze znanych specjalistów od narkomanii, Claude Olivenstein — dominuje logika „najlepszego ze światów”: doskonały, najlepiej nietoksyczny narkotyk, niezakazany przez prawo, nieczyniący spustoszenia. Jeżeli daje przyjemność, tym lepiej, ale przyjemność nie jest na pierwszym miejscu. Ona, sama w sobie, jest wstydliwą sprawą. Nikt nie chce uchodzić za hedonistę. Mimo groźby uzależnienia, nawet za cenę społecznej izolacji, poszukuje się takich środków, które mogłyby zmniejszyć stres. Ów stres każe sięgać po używki, po coraz mocniejsze i skuteczniejsze środki. Najpierw papieros, zwykły trunek. Potem — tak jak w Anglii — chociażby whisky z dodatkiem kokainy. Im więcej stresów, tym więcej toksycznych specyfików. Nie wiadomo, kiedy granica zostaje przekroczona. Najczęściej mówi się o tym, co widoczne i najbardziej odrażające. Nie trzeba udawać się do podejrzanej dzielnicy czy baru albo też w przysłowiowy ciemny zaułek, żeby się przekonać, że żyjemy w społeczeństwie, które szczycąc się swoimi cywilizacyjnymi osiągnięciami, nie potrafi poradzić sobie z podstawowymi problemami.

W świecie konsumpcji i rosnącej konkurencji nie tylko dzieci i młodzi ludzie nie radzą sobie z istnieniem. Czują się zagubieni, moralnie i emocjonalnie słabsi. Są pozbawieni pewności siebie i jakiejkolwiek wiary, nie mówiąc już o poczuciu własnej wartości i wewnętrznej przemianie, nieustannym rozwoju i dojrzewaniu.

Czesław Cekiera, jeden z najlepszych polskich specjalistów zajmujących się narkomanią, w swojej książce Psychoprofilaktyka uzależnień oraz terapia i resocjalizacja osób uzależnionych wspomina działania włoskiego episkopatu i zakonów oraz zasady przyjęte przez Centro Italiano di Solidarita:

1. Narkomania jest zjawiskiem masowym; należy do niej podejść w sposób naukowy i zawodowy oraz interdyscyplinarny.
2. Należy się nią zająć w sposób autentyczny, konkretny, humanistyczny, wewnętrznie angażując się w istotę samego zjawiska.
3. W niesieniu pomocy narkomanom należy wnosić wartości chrześcijańskie jako konieczne do rozwiązania problemu narkomanii.

Zasady przyjęte przez Włoskie Centrum Solidarności nie muszą być jedynym rozwiązaniem. Być może należy walczyć środkami policyjnymi i penitencjarnymi z wszelkiego rodzaju społeczną patologią. Bardziej niż walka potrzebna jest jednak pomoc, takie działania i zasady, które pozwolą — jak pisze Czesław Cekiera — „w świat narkomanii wejść z uwagą, ze skromnością w sensie umiarkowanym, z kompetencjami, inteligencją, miłością. Narkomania jest problemem ludzkim, a to, co ludzkie, nie może być obce. Ponieważ jest to problem najsłabszych, powinien być pierwszą troską”.

Nie ulega wątpliwości, że największą odpowiedzialność za zło narkotyków ponoszą ci, którzy żerują na słabościach i nieszczęściach ludzkich. Handlowanie śmiercią powinno być surowo karane. Gangsterzy i handlarze dalecy od wszelkich zasad stanowią poważne zagrożenie dla społeczeństwa i ich należy zwalczać wszelkimi dostępnymi środkami. Każde państwo ma prawo się bronić nie tylko przed zagrożeniem militarnym. Najlepsze jednak ustawy nie rozwiążą wszystkich ludzkich problemów. Narkomania jest nie tylko chorobą, ale i społeczną plagą. Nie wystarczy przeciwdziałać jej skutkom. Ten palący, społeczny problem powinien interesować nie tylko policję i prokuraturę, ale przede wszystkim rodziny, szkoły, placówki wychowawcze, różnego typu organizacje religijne. Bez wzajemnego współdziałania i poczucia solidarności, bez kompetentnej pomocy i odpowiedniej edukacji, wszelkiego typu reformy z góry są skazane na niepowodzenie.

Kłopoty z istnieniem
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...