Brałem przez dwadzieścia cztery lata

Brałem przez dwadzieścia cztery lata

Byłem dealerem, byłem producentem, byłem użytkownikiem. Nie byłem tylko przemytnikiem. Siedzę w narkotykach od początku ich istnienia w Polsce. Brałem przez dwadzieścia cztery lata. Na początku oszukiwaliśmy się, że odkryliśmy drogę do nieba. Potem pozbyłem się wszystkich złudzeń.

W połowie lat siedemdziesiątych narkotyki i narkomania były obcą, nieznaną planetą. Szukaliśmy nieznanych dotąd przeżyć, nowej przestrzeni życia. Byliśmy pierwszymi w Polsce. Nie było ludzi, którzy mogli powiedzieć: „Nie róbcie tego”. Dopiero na podstawie własnych doświadczeń, dostając po tyłku, mogliśmy wypracować pewną wiedzę o środkach uzależniających. Na początku oszukiwaliśmy się, że odkryliśmy rodzaj dobrej nowiny. „Wystarczy sobie dać w żyłę i już jesteś w niebie, już kochasz, już żyjesz w świecie pełnym wszystkiego, co sobie wytworzysz”. Zanim nastąpiła degeneracja i przyszło pierwsze żniwo śmierci, zrobił się przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Amfetamina nie była wtedy uważana za narkotyk. Wśród narkomanów nie należało się wówczas przyznawać do takiej bzdury. Przepisywano ją studentom podczas sesji. Miała wspomagać ich możliwości. Nosiła polfowską nazwę psychedryna. Widziałem nawet poradnik dla gospodyń domowych, gdzie było napisane, że jeżeli gospodyni odczuje zmęczenie, powinna zażyć dwie tabletki psychedryny, odczekać czterdzieści minut, po czym doświadczy dobrego samopoczucia, przypływu sił i będzie znowu wspaniałą panią domu. W siedemdziesiątym siódmym roku lek został wycofany, ale jeszcze długo można było go dostać w obiegu farmakologicznym.

Rzeczywistość była bardzo szara. Młody człowiek miał do wyboru dwie opcje: bycie z władzą albo przeciwko niej. Szukaliśmy czegoś innego, ujścia dla tęsknot za bardziej wyszukanymi odczuciami, przeżyciami, treściami. Do Polski docierać zaczęła z Ameryki fala kontestacji, dzieci kwiaty, hipisi. Wytwarzały się subkultury. Nareszcie byliśmy razem. Osamotnieni spotykali podobnych do siebie. Kilka osób dogadywało się, robiło zrzutę, wynajmowało mieszkanie, tworzyło coś w rodzaju komuny… Swoim wyglądem: długie włosy, obszarpany strój, pasowałem estetycznie do środowiska. Praktykowano wtedy rodzaj kastowości i nie każdego dopuszczano. Najpierw trzeba było odbyć swoisty nowicjat.

Wiązało się to ze szczególnymi obyczajami. Miałem szesnaście lat i głowę nabitą marzeniami o wielkiej miłości, o dziewczynie. Którejś nocy zobaczyłem pary, które we wspólnym pokoju zaczęły się bezceremonialnie kochać. Nad ranem doszło nawet do zmiany partnerów. Byłem pełen wewnętrznego sprzeciwu, ale nie dałem po sobie tego poznać. Zaakceptowałem wszystko na siłę. Uważałem, że jesteśmy inni, że warto tak postępować, że jest fajnie. Gdy doszła chemia w postaci narkotyków, zwielokrotniły się odczucia pozytywne, a wyciszyły się odruchy sumienia.

Moi rodzice… Do ich domu mogłem przychodzić tylko po zmroku, żeby nikt mnie nie widział. Bywało, że przez wiele miesięcy w ogóle ich nie spotykałem… Oni myśleli, że w końcu złapie mnie milicja, że coś się stanie. Sądzę, że ciągle spodziewali się telefonu, z którego dowiedzą się, że ze mną koniec. Byli na to przygotowani. Wszystko wiedzieli od samego początku. Mój ojciec był istotną postacią nomenklatury komunistycznej. Mama — szara myszka, chodząca do kościoła i przejmująca się opinią ludzi. Moje życie było z początku rodzajem protestu, deptania ich pozornych wartości. Cieszyło mnie, że mogę zademonstrować swoją inność.

Środowisko ćpunów lat siedemdziesiątych preferowało opium, czyli przetwory makowe. Dopóki nie wynaleziono technologii produkcji kompotu, stosowano wywar z makówek: makiwarę albo zielony mak. W miastach portowych istniała możliwość zaopatrywania się w morfinę. Na każdej jednostce pływającej było kilka, czasem kilkanaście tratw, a na nich pojemniki, które nazywaliśmy bańkami. Taka beczka miała w sobie 30 pigułek morfiny i 20 pigułek psychedryny. Za pomocą wódki dogadywało się z wachtowym, a jak nikt nie pilnował, to okradało się tratwy. Dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych narkotyki wycofano z tratw. Policja nie znała jeszcze problemu. Karała za włamanie do barek, a nie za narkotyki.

Gdy zabrakło morfiny, znalazło się dwóch chłopaków, którzy zmuszeni koniecznością kombinowali, jak z ogólnie dostępnego maku wytworzyć produkt narkotyczny. Opracowali gdańską metodę produkcji kompotu. Z początku znali ją tylko wtajemniczeni, ale bardzo szybko technologię odsprzedano. Po dwóch latach w każdym zakątku kraju produkowano kompot. Wcześniej nie było żadnego handlu. Pojawił się dopiero w tym momencie. Znaleźli się producenci i sprzedawcy. Chociaż częściej producent wymieniał towar za odczynniki potrzebne do produkcji. Odbywało się to w zamkniętym kręgu znajomych.

Wcześniej byliśmy przyjaciółmi: wolna miłość, braterstwo… W latach osiemdziesiątych wraz z narkotykami pojawiło się cierpienie związane z głodem, potrzebą zażycia kolejnej dawki. Znika wtedy solidarność, chęć pomocy drugiemu… Wszystko przestaje istnieć. Ja po pierwsze i po ostatnie muszę mieć dla siebie działkę. Towarzystwo liczy się wtedy, gdy pomaga zaopatrzyć się w narkotyki. Jak nie, to wynocha, to won, to drzwi zamknięte. Taka powolna degeneracja doprowadziła do tego, że ludzie łączyli się tylko ze względu na potrzeby i umiejętność zaspokajania głodu. Jeden miał dostęp do rolników handlujących słomą makową, inny do odczynników…

Wszedłem w związek małżeński. Dziewczyna była z kręgu, ale brała sporadycznie, z ciekawości. Nie dawało jej to oczekiwanej satysfakcji. Kiedy zaczęliśmy być razem, jej branie pozostało już tylko wspomnieniem. Gdy miałem dwadzieścia lat, urodziło nam się dziecko. Pewnego wieczoru pokłóciliśmy się i zastałem drzwi do domu zamknięte. Udałem się do bliskich mi ludzi, którzy warzyli w mieszkaniu heroinę. Można się tam było poczuć jak w pracowni alchemicznej. Nie miałem się gdzie podziać, nie chciałem wracać do domu rodzinnego, więc zamieszkałem tam i przypatrywałem się produkcji. Już po tygodniu nauczyłem się technologii. Przez następne osiemnaście lat nie zdarzyło mi się kupić towaru. Zawsze go miałem w każdej potrzebnej mi ilości i jakości. Byłem już tak ostro uzależniony, że musiałem sobie wstrzykiwać trzy, cztery razy w ciągu doby sterylny kompot.

Żadne pierwsze wzięcie nie powoduje uzależnienia. Jednak człowiek, który chociaż raz wziął, zna tę przestrzeń, gdzie się można oszukać, gdzie nie ma bólu ani cierpienia. Jednorazowe wzięcie pozostawia ślad w pamięci. Mówisz sobie: „Człowiek jest rozsądny, nigdy więcej”. Ale po roku, po dwóch przychodzi jakaś tragedia: umiera ktoś bliski, rzuca cię dziewczyna, wywalają cię z pracy. Wtedy przypominasz sobie, że istnieje azyl, w którym można się przechować. Zaczynasz się ratować. Na chwilę rozwiązujesz problem. Potem jest jeszcze gorzej. U rozsądnego człowieka, który kiedyś raz wziął, po dwóch tygodniach codziennego zażywania pojawiają się pierwsze objawy głodu…

Zabrzmi to niewiarygodnie, ale od mojej pierwszej produkcji polskiej heroiny do sprzedaży pierwszej działki minęło około dwunastu lat. Byłem producentem na potrzeby własne i grupy, z którą żyłem. Dochodziło niejednokrotnie do wymiany. Ktoś przynosił odczynniki, dostawał za to towar. Przez wiele lat dwie osoby w mieście wiedziały, że jestem uzależniony i produkuję na własny użytek. Sprzedawać zacząłem dopiero w dziewięćdziesiątym czwartym. Zostałem do tego zmuszony sytuacją życiową. Przedtem nie musiałem tego robić, bo pracowałem w warsztacie, byłem listonoszem, prowadziłem kwiaciarnię. Przez kilka lat dobrze funkcjonowała. Pewnego miesiąca zarobiłem tysiąc dolarów ponad to, co zwykle. Jednocześnie dostałem wiadomość, że ktoś mi odsprzeda czterdzieści deka amfetaminy, prosto z produkcji, czystej, jeszcze niedosuszonej, świeżutkiej. Natychmiast kupiłem z myślą, że część odsprzedam, że mi się pieniądz zwróci. Kiedy ją spróbowałem, stwierdziłem, że przecież takiej jakości już szybko nie załatwię. Skończyło się na tym, że z drugą żoną to czterdzieści deka wyćpaliśmy razem w ciągu dziewięciu miesięcy.

Pewnego razu moja pięcioletnia córka przyszła do mnie wieczorem.

— Tata, poczytasz mi bajki na dobranoc?

Zawsze to lubiłem. Mała nie chciała oglądać wideo, tylko żebym jej czytał bajki. Były to bardzo sympatyczne momenty, ale tego wieczoru byłem skonany.

— Nie, Magdusiu, nie, jestem bardzo zmęczony, źle się czuję.
— To idź, posiedź sobie w kuchni i będzie z tobą wszystko w porządku.

Wtedy otrząsnąłem się, bo dotarło do mnie, że moje dziecko zauważyło, iż tata wchodzi do kuchni skonany, a wychodzi pełen energii. Rzeczywiście szedłem tam sobie zażyć. Naraz stanęły mi w pamięci sytuacje, kiedy byłem w domach narkomanów, gdzie dzieciaki biegały pomiędzy odczynnikami, wśród produkującej się heroiny. Bywało, że dziecko nie umiało dobrze zdania sklecić, a wiedziało, gdzie mamusia trzyma igły do strzykawki. Gdy mamusia podawała sobie działkę i igła się zapchała, wydzierała się na dziecko: „Przynieś mi igły!”. Dziecko spanikowane, roztrzęsione szukało igieł. Przyrzekłem sobie, że u mnie coś takiego się nie zdarzy. Musieliśmy się rozstać. Byłem szczęśliwy w tym związku. Na pewno warto było o niego walczyć. Nie warto było go tracić. Do końca życia będę żałował. Moja żona wcześniej nie zażywała. Zaczęła przy wspomnianej amfetaminie. Czułem, że jak się rozstaniemy, to ona się uratuje i będzie chroniła córkę. Miałem kolegę, któremu moja żona zawsze się podobała. Niby w żartach mówił: „Zobaczysz, kiedyś ci ją odbiję”. Wiedziałem, że nigdy się tak daleko nie posunie, ale że coś tam do niej czuje. Z pełną świadomością tego, co się stanie, poprosiłem: „Słuchaj, Władek, dam wam samochód, zabierz ją z Magdą nad jezioro. Pomożesz im się rozbić. Weźmiesz sobie wędki, zaopiekujesz się nimi”. Wepchnąłem ich sobie w ramiona… Pozostaliśmy przyjaciółmi, spotykaliśmy się, chciałem utrzymać kontakt z córką. Żona mi zawsze mówiła: „Jak się umówisz z dzieckiem, to dotrzymaj słowa albo się nie umawiaj wcale”. Zawsze byłem chętny na następne spotkanie, na jakiś spacer… Później towar wyprodukował się akurat nie na tę godzinę… Narkotyki zawsze były pierwsze, Magda zawsze druga… W największych ciemnościach szuka się jasnych punktów i może dlatego, mimo wszystko, na swój sposób, lubię siebie za to, że nie było jej ze mną na dnie.

Gdy żona się wyprowadziła, uczyniłem z domu totalną melinę. Potem rozwaliła się kwiaciarnia, wszystko się rozsypało, a ja przyzwyczajony do pewnego poziomu ekonomicznego, zostałem na lodzie. Zacząłem sprzedawać. Długo do tego dojrzewałem. Przynajmniej pięć lat. Wszystko ma jakąś moralną cenę. Wtedy nie oceniałem producentów ani dealerów. Zawsze dzieliłem ludzi na porządnych i świnie. Byli producenci, którzy w domu sprzedawali towar. Jak ktoś nie miał pieniędzy, a był w potrzebie, potrafili pomóc i nie oczekiwali zwrotu. Byli też tacy, co chociaż mieli od groma towaru, to dla zasady, żeby nie zaczęli się schodzić inni, nie pomogli nikomu.

Osobiście nigdy nie spotkałem takich, którzy rozdawali dzieciakom darmowe działki i szukali w ten sposób nowych klientów. Ciężko mi w to uwierzyć. Może w bogatszych społeczeństwach… Oczywiście, niejednokrotnie się zdarzyło, że ktoś kogoś poczęstował pierwszy raz za darmo. Ale to było na zasadzie towarzyskiego poczęstunku. Nikt nigdy nie prowadził takiej polityki: idę szukać klientów i rozdaję im działki. To się łączy z nakładem i drogo kosztuje. Ci, którzy są tak bogaci, że stać ich na taką akcję promocyjną, nigdy nie będą się bawili w detalistów, bo im to nie jest potrzebne. A cała reszta nigdy się na coś takiego nie rzuci, bo to jest nieekonomiczne… Tu się patrzy na kasę i bezpieczeństwo. Jeżeli jest dzieciak, to mu się nie sprzedaje. Zbyt duże ryzyko. Zdarzyło mi się, że przychodził koleś z kasą w ręku, ale obawiałem się, że pojawi się ojciec, matka… Wiedziałem, że takie dzieciaki to nie jest rynek zbytu, a tylko problemy i kłopoty. Nie sprzedawałem im z czysto zachowawczej, asekuracyjnej postawy… Nigdy motywem nie była chęć uchronienia dziecka. To była czysta ekonomia.

Mój najmłodszy klient miał czternaście lat. Od dwóch lat zajmował się dealerowaniem. Potrzebowałem wtedy amfetaminy, a miałem heroinę. Wymieniliśmy się. Jak się widzi kolesia, takiego właśnie czternastolatka, który jest wyżeraczem i niejednego już zdążył wykończyć, to myśl, że to dziecko, nie przychodzi do głowy. Raczej się go obawiałem, bałem się do niego plecami odwrócić. Nie chcę bronić dealerów czy handlarzy, ale przez całą moją karierę nie spotkałem zagubionych dzieci o niewinnych oczach, wychuchanych maminsynków, których truli ci spod ciemnej gwiazdy. To jest dla mnie science fiction. Oczywiście, zdarzyły się parę razy osoby młode, które chciały, bym im sprzedał. W jednym tylko przypadku zrobiłem to. W innych walczyłem i udało mi się kilka osób zatrzymać. Ustawiałem to tak: „Dobrze, zrobię ci. Masz, to tutaj leży, ale umówmy się za pół godziny”. Potem przesuwałem o pół godziny, o godzinę, o piętnaście minut. I tak do późnej nocy. Potem mówiłem: „Chodźmy spać, z rana możesz sobie to schować”. Po przebudzeniu taka osoba już nie chciała.

Nie wiem, czy dealerzy działają w podstawówkach. W średnich są na pewno. Są to uczniowie, którzy sami sprzedają albo mają odpowiednich znajomych. Nawet nie potrzeba, żeby w jakiejkolwiek szkole był dealer. Istnieją miejsca — choć to już właściwie przeszłość, tego już nie będzie — raczej numery telefonów, gdzie się dzwoni, zamawia towar, na określoną godzinę, hasło. To się odbywa w ten sposób, że ktoś komuś daje telefon: „Pod tym telefonem jest osoba, u której kupisz wszystko”. Potem dzwoni do dealera i mówi: „Będzie do ciebie dzwonił człowiek, on jest ode mnie, będziecie się ustawiać”. Koleś jest w szkole na lekcjach i ustawia sprzedaż amfetaminy. Potem każde miejsce jest dobre, za każdym razem inne. Narożnik, przelotówka bloku, ulica… Podjeżdża samochód, wsiadasz, sto metrów, zostawiasz pieniądze, bierzesz towar, wysiadasz…

Miałem sąsiada, który brał narkotyki i zaopatrywał się u mnie. Pewnego razu zaproponował: „Słuchaj, nie mam pieniędzy, ale daj mi tyle a tyle towaru, ja ci go sprzedam”. Pasowało mi to. Dawało się towar, jedna trzecia była dla dealera, reszta dla producenta. Gdy przeszedł do mnie za którymś razem, mówię mu: „Słuchaj kolego, będziesz u mnie dostawał najlepszy towar, taki sam, jaki ja biorę. Daję ci go nie dlatego, że cię lubię, tylko chcę cię od siebie uzależnić. Muszę mieć pewność, że gdybyś mnie miał ochotę przewalić, zniknąć z kasą, to takie cię głody dopadną, że aby dawkę zdobyć, będziesz musiał zaraz całą kasę wydać, bo nigdy czegoś takiego nie kupisz…”. Sam wiem, że to było bardzo zimne i superwyrafinowane.

Trafiłem do więzienia. Siedziałem siedem tygodni za produkcję heroiny. Po wyjściu dotarły do mnie osoby, które zaczynały handlować amfetaminą. W więzieniu nikogo nie zakapowałem, nikt przeze mnie nie ucierpiał, więc miałem opinię osoby godnej zaufania, której można powierzyć towar. Zacząłem dostawać w komis amfetaminę i ecstasy. Po jakimś czasie sam stałem się ich użytkownikiem i popadłem w długi, ale umiejąc produkować kompot, na czas się spłacałem. Doszło jednak do sytuacji, że pozostawały mi cztery miliony długu, co nie jest żadnym szczególnym pieniądzem. Dostałem wtedy miejsce na detoksie, na które długo czekałem, znalazłem się w szpitalu i nie mogłem dotrzeć do ludzi dostarczających towar. To oni zawsze przychodzili do mnie, a nie ja do nich. Nie zdołałem ich poinformować, że jestem w szpitalu. Próbowali ze mną nawiązać kontakt, a gdy im się to nie udało, spalili mi mieszkanie. Dostałem eksmisję, bo nie miałem pieniędzy na remont…

To już były struktury mafijne. Chcąc sprzedawać amfetaminę — nie wiem, jak jest teraz, ale jeszcze półtora roku temu — trzeba było zapłacić odpowiedniej osobie dwieście marek haraczu za chodnik. Wtedy można było handlować bez ograniczeń i miało się do dyspozycji ochronę. Jeżeli ktoś napadł na dealera albo jeśli odkrył on handlarza niepłacącego haraczu, dzwonił na kontakt, który mu dostarczał towar, i mówił: „Pojawił się tutaj taki a taki, sprawdźcie go, bo mi psuje rynek”. Sam byłem częścią tej gry. Zostałem kiedyś pobity, leżałem z połamanymi żebrami, bo nie byłem na czas we właściwym układzie… Później się bałem, ale wiedziałem, że jeżeli będę w porządku, to mi nic nie zrobią. Takie sytuacje traktuje się jako część pracy. Istnieją czynniki, które sprzyjają sukcesowi, oraz takie, które przeszkadzają. Trzeba tak się zachowywać, żeby osiągnąć sukces. Wszystkie odruchy litości, dylematy moralne nie sprzyjają rachunkowi ekonomicznemu, przeszkadzają w wykonywaniu pracy. Przeważnie dla samego handlarza zyskiem jest towar. Klientów zazwyczaj nie widać, są bezimienni, pojawiają się i znikają. Obawa przed utratą towaru eliminuje jakiekolwiek uczucia.

Kiedyś stałem się zakładnikiem własnych dealerów. Miałem kłopoty z surowcem. Pojawił się w moim domu Gruzin, potem emigranci z byłego Związku Radzieckiego. Załatwili wszystko. Poczułem się jak król na włościach. Ludzie od produkcji robili w kuchni towar, inni sprzedawali, a ja miałem pieniądze i czysty zysk. Bardzo wygodnie. Dopiero później się dowiadywałem, jak zachowywali się ci niby moi ludzie. Ktoś zalegał osiem centów towaru. Śmieszna kwota. Powiesili go nad pędzącym pociągiem i trzymali tuż nad przelatującymi wagonami. Następnie pozwolili odejść, mówiąc, że w ciągu kilku godzin ma przynieść dług, bo następnym razem to… Nic mu się nie stało, a oni odzyskali pieniądze… Teraz się odcinam od tego. Wtedy myślałem takimi kategoriami: liczy się tylko to, że są pieniądze, nikt nie stracił życia, a że kogoś się nastraszyło… Tak naprawdę to ja byłem ich zakładnikiem. Gdybym tylko na cokolwiek nie wyraził zgody, to pewnie pokazaliby mi, gdzie jest moje miejsce…

Amfetaminę produkowano w Polsce chałupniczo już w latach siedemdziesiątych, jeszcze w czasach hipisów, ale nie schodziła. Panowała wtedy socjalistyczna narkomania. Bardzo nieestetyczna: strzykawka, heroina, kompociarstwo, AIDS… Dziś to już skansen. Kompot praktycznie nic nie kosztował, bo robiło się go za pomocą octu, soli kuchennej, rozpuszczalnika acetonowego, z chwastu, który chłopu był niepotrzebny. Nie trzeba było inwestować żadnych istotnych pieniędzy. Dopiero otwarcie na Zachód i pojawienie się klasy posiadającej zasoby finansowe wytworzyły prawdziwy rynek. Dołączył do tego towarzyszący transformacji ustrojowej stres społeczny, który generował zapotrzebowanie na narkotyki. Na czarnym rynku obok samochodów, alkoholu czy papierosów, pojawiły się niewielkie ilości marihuany, amfetaminy i innych specyfików. Okazało się, że można na nich zarobić. Jeszcze cztery, pięć lat temu zajmowali się tym amatorzy. Teraz wszystko jest tak zmontowane, że nowy dealer musi być zaprotegowany, mieć odgórne namaszczenie, zapłacić haracz. Kiedyś można było zostać pobitym przez gang osiedlowy, który nie chciał mieć na swoim terenie konkurencji. Teraz mamy do czynienia z gospodarką planową.

Kiedy spalono mi mieszkanie, zniknąłem. Nie chcąc pojawiać się w swoim dawnym środowisku, zacząłem bywać w dyskotekach. Codziennie wieczorem zbierało się towarzystwo małolatów: siedemnaście, osiemnaście lat. Pewnego wieczoru przychodzi dziewczyna, która się do mnie codziennie przysiadała. Jak nie miała, to jej dołożyłem do piwa czy do papierosów. Patrzę, ona ma pierścionek, który w narzeczeństwie podarowałem mojej pierwszej żonie. Pytam się: „Skąd masz ten pierścionek?”. A ona: „To od mojej matki”. Naraz sobie uświadamiam, że to może być moja córka. Myślę: „To na razie tylko pierścionek. Ale też ma na imię Marlena. Kto to może być? To byłoby niesamowite”. Pamiętam, że Marlenka urodziła się 3 lutego. Był koniec stycznia. Słucham, a ona ustawia się z przyjaciółmi. „Przyjdźcie w sobotę — zrobię urodziny”. W sobotę wypadał trzeci. Wszystko stało się jasne. Widywałem, jak pali marihuanę, jak wchodzi do ubikacji, żeby wdychać amfetaminę.

Tydzień później postanowiłem jej się przedstawić. Zaniemówiła na pół godziny. Później zapytałem, czy próbowała wstrzykiwać heroinę. „Tak, dwa razy”. Bałem się, żeby jakiegoś AIDS–a nie złapała. Chciałem za wszelką cenę usłyszeć, że dostała od kogoś, kto by wykluczył tę ewentualność. Dowiedziałem się, że pierwszy raz podał jej ten czternastoletni koleś, któremu dostarczyłem pierwszy kompot w jego życiu. Trzy lata później dał pierwszy raz mojej córce…

Zanim poznała mnie jako ojca, znała mnie jako największego dealera. Z początku myślała, że teraz będzie luz, bo tata się tym zajmuje. Kiedyś spytała, czy mógłbym jej coś odpalić. Powiedziałem: „Marlena, nie rozmawiajmy w ogóle o czymś takim. Ponieważ jesteśmy dla siebie tym, kim jesteśmy, nie przychodź do mnie z takimi sprawami. Nie będę ci prawił żadnych kazań. Byłaby to totalna nieuczciwość, gdybym innym sprzedawał, a tobie zakazywał, ale nie oczekuj, że będę ci cokolwiek załatwiał”. Wyrzekła się mnie. Byłem już w ostatnim stadium ćpuna i nie nadawałem się do jakiegokolwiek działania.

Jestem przekonany, mam co do tego wewnętrzną pewność, że istnieje w policji szalona korupcja. W świecie narkotykowym wykańczanie konkurencji odbywa się przy pomocy policji. Ktoś komuś podaje na talerzu do odstrzelenia inną strukturę. Policja, aresztując określoną grupę osób, nie robi żadnej czystki. Raczej umożliwia innej grupie wejście na ten teren. Nigdy, po żadnej czystce — a były w paru miastach takie akcje — nie zabrakło towaru. Był przez cały czas. Osobiście czasami nie wchodziłem do interesu, robiłem sobie przerwę, bo czułem, że układ jest zdegenerowany, musi być odstrzelony. Wiedziałem, że pojawią się niedługo następni ludzie, z lepszym, tańszym towarem, którzy będą chcieli przechwycić rynek i wtedy z nimi warto współpracować… Taka kalkulacja zawsze mi się sprawdzała. Grupa, której dealerzy mieli zły towar, w której pojawiały się oszustwa, brak było przestępczej uczciwości, nie miała już prawa długo istnieć. Wiedziałem, że nie warto w nią inwestować, nadstawiać głowy i jechać na tym samym wózku. Gdy została wykończona przez policję, wchodzili następni, z dużo lepszą ofertą.

Nie spotkałem dealera, który by nie ćpał. Być może hurtownicy na górze, którzy operują większymi ilościami towaru. Czasem ktoś chce strugać zimnego typa, ale to jest blichtr. Zajmujący się najgorszym procederem, bezpośrednim kontaktem z klientem, sami są klientami. Biorą towar od kogoś ponad sobą, po czym część odsprzedają, a część zużywają. Przeważnie z początku jest się tylko handlującym, później staje się też użytkownikiem. Im bardziej w dół, tym więcej ćpunów. Nie wierzę tym, którzy deklarują, że nie biorą.

Kiedyś policzyłem, ile osób z mojej generacji straciło życie przez narkotyki. Dwanaście lat temu było ich siedemdziesiąt. Potem przestałem liczyć. Zawsze starałem się bawić. Narkotyki miały mi dawać luz, siłę, moc, poczucie władzy, większą wydolność fizyczną czy emocjonalną. Kiedy tylko zauważałem, że źle się dzieje, że znalazłem się w układzie, w którym za mocno tracę, starałem się coś zmodyfikować.

Nigdy nie przekroczyłem barier. Widziałem, że na narkotykach nie można zarobić. Stając się wielkim bogaczem, jakimś mafiozem, stajesz się zwierzyną do upolowania. Nie należy być zbyt dużą osobą w tych interesach, żeby nie stanowić dla nikogo zagrożenia ani konkurencji. Wydaje mi się, że zawsze znajdowałem miejsce pośrodku. Chciałem zarobić tyle, żeby mieć dla siebie i na przeżycie, ale nie aż tyle, żeby świrować Rockefellera i dać się odstrzelić. Taki balans powodował, że nigdy na tyle nie dałem się narkotykom ogłupić, żeby stracić kontrolę i szukać ich za każdą cenę. Chciałem, żeby było fajnie.

Finał nastąpił niedawno, gdy się zakochałem. Uświadomiłem sobie, że pierwszy raz spotkałem kogoś, z kim naprawdę, tak do końca mógłbym być szczęśliwy. Pamiętam poczucie niemożności, że mogę co najwyżej tamtej osobie schrzanić życie. Waliłem pięścią w poduszkę i płakałem, ryczałem niesamowicie. Nie zrobiłem wtedy nic, nawet nie próbowałem… Rozstałem się z tamtą dziewczyną… Jednak do mojego sumienia dotarło coś, co szarpało moje uczucia. Mimo tylu lat uzależnienia, wypranej osobowości, tamtej nocy powiedziałem sobie: „Nie! Ja już nie chcę!”. Wcześniej nie wierzyłem, deptałem wszystko, co związane z Jezusem Chrystusem, wykorzystywałem wszystkie swoje cwaniackie talenty, by szydzić z wiary. Naraz, jednej nocy zapragnąłem się uratować i gotów byłem powiedzieć: „Jezu, weź mi pomóż!”. Wyrzekłem to z przeogromnym bólem, dosłownie trząsłem się, coś we mnie tąpnęło. Mimo iż byłem na głodzie narkotycznym, mimo że zbliżał się czas mojego wzięcia, to stwierdziłem, że coś musi się stać.

Wracałem przez plac budowy kościoła. Tak się złożyło, że na skwerze, przez który latami skracałem sobie drogę, wybudowali mi kościół. To może trochę śmiesznie zabrzmi, ale dosłownie kościół stanął na mojej drodze. Poczułem, że tutaj mogę znaleźć rozwiązanie moich problemów. Musiałem tylko pozostać, bo czułem, że coś tu mam do załatwienia. Przystanąłem bezradnie, bo nie wiedziałem, co mam zrobić. Trzymałem się krzyża, płakałem, ale zapaliły się już we mnie okienka nadziei. Zostałem do szóstej trzydzieści. Otworzono kościół. Przystąpiłem do spowiedzi. Poczułem się wybrany, poczułem nieznaną mi wdzięczność do nieprawdopodobnej Opatrzności, która zawsze była nade mną. Od roku już nie biorę.

opowieści wysłuchali Agnieszka Hyży i Paweł Kozacki OP

Brałem przez dwadzieścia cztery lata
były dealer

był dealerem, producentem, użytkownikiem; nie był tylko przemytnikiem....