Skrupulatom na ratunek
Adaś Miauczyński cofa się z klatki schodowej, by przysiąść na krześle, po czym za chwilę znów wpada do mieszkania, bo nie pocałował stópki Jezuska przed wyjazdem. Bo tak trzeba. Na wszelki wypadek.
Choć trwająca od wielu lat dyskusja wokół książki Harry Potter już dawno wyczerpała pulę argumentów za i przeciw, to najwyraźniej temat nie nudzi się katolickim publicystom i duszpasterzom. Niedawno media obiegła informacja, że ponieważ popularności Harryego nie dało się przezwyciężyć, pewna Amerykanka podjęła się napisania chrześcijańskiej wersji tej powieści. Bohaterowie zamiast uczyć się zaklęć, będą się uczyć modlitw. Na naszym rodzimym gruncie z Potterem walczy się nadal tradycyjnie: saga J.K. Rowling jest przedstawiana jako reprezentatywne dzieło rozprzestrzeniającego się w popkulturze pogaństwa. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że ci, którzy publicznie debatują po raz kolejny nad zgubnym wpływem tej książki, odnoszą się też do mnie. Należę bowiem do pokolenia, które dorastało w okresie największej popularności Harryego Pottera, czyli w latach 2001–2011, gdy filmowe adaptacje pomagały promować książkę.
W podstawówce i gimnazjum sagę Rowling czytała większość moich rówieśników, a na ekranizację pierwszej części poszliśmy w ramach zajęć z języka polskiego. Jeśli Harry Potter, jak głosi wielu, ma zachęcać do wejścia w okultyzm, z łatwością mogę przeprowadzić badania wśród czytelników tejże lektury i ocenić jej ewentualne skutki uboczne. Nie mam jednak zamiaru po raz kolejny analizować tej książki. Po co do gigantycznego stosu recenzji dorzucać kolejną. Chciałabym natomiast w szerszej perspektywie odnieść się do zasadności ostrzeżeń przed młodym czarodziejem.
Nie trzeba być znawcą literatury czy właścicielem wydawnictwa, by zauważyć, że książki i filmy o magii, wampirach, czyli promujące pogańską wizję świata, są obecnie bardzo popularne wśród dzieci i młodzieży. Popularne jest wśród młodych ludzi także porzucanie praktyk religijnych, najczęściej zaraz po otrzymaniu bierzmowania, mimo że na katechezę uczęszczali od przedszkola do końca szkoły średniej. Więc może rzeczywiście jakieś złe siły, działające przez dzieła dzisiejszej popkultury, rodzą pokolenie pogan, które zamiast na mszę będzie wolało iść do wróżki?
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Niedawno jeszcze raz przeczytałam sagę Rowling. Chciałam ocenić ją już z innej, dojrzalszej perspektywy. Jak już wspomniałam, często powtarza się zarzut, że Harry Potter ma zły wpływ na dzieci, bo wprowadza je w świat okultyzmu, a nawet satanizmu (np. jezuita o. Aleksander Posacki podkreśla w swoich wypowiedziach i publikacjach, że czytanie tej książki może się skończyć opętaniem). Choć w wielu znanych bajkach pojawia się motyw wróżenia, wkraczania bohaterów w sferę magii, to nie budzą one tak wielkich kontrowersji jak Potter. Być może wynika to z tego, że świat przedstawiany w Harrym jest przepełniony różnorodnością praktyk magicznych do granic możliwości. Tego pełnego eliksirów i czarów świata nie da się pogodzić z chrześcijaństwem, ale czy z tego powodu musi zostać oskarżony o szatańskie przesłanie? Magia w tej historii nie jest celem samym w sobie ani najwyższą wartością. Walka dobra ze złem ukazywana przez autorkę pochodzi z bezpiecznych schematów fabularnych. Zarzuca się również Rowling nasączenie fabuły zbyt wielką mrocznością. Gdybyśmy mieli jednak krytykować jakieś dzieło za mroczne postacie, musiałby oberwać również szanowany Władca Pierścieni. To prawda, że Harry Potter nie nadaje się dla najmłodszych dzieci, ale małe dzieci po niego nie sięgają, bo jest dla nich zbyt trudny.
Nikt z rozległego grona znanych mi osób, które przeczytały sagę o Harrym, nie para się okultyzmem, nie sporządza eliksirów i nie wierzy w szkoły dla czarodziejów. I jako trzynastolatkowie też nie traciliśmy poczucia rzeczywistości. Nikt z nas nie wyskakiwał z miotłą przez okno, licząc na to, że da się na niej pofrunąć. Nie straszyliśmy sąsiadów różdżką zrobioną z gałązki. Pod wpływem pewnej mody na mówienie o zagrożeniach duchowych płynących z dzisiejszej popkultury niesprawiedliwie wrzuca się do jednego worka wszystko, co posługuje się motywami z szeroko pojętego pogaństwa. Obok Harryego stawia się sagę Stephenie Meyer Zmierzch, której przesłanie jest dosyć ponure (nastolatka wyrzeka się swojego człowieczeństwa dla miłości do wampira), muzykę satanistyczną i nawiązujące do pogrzebowych klimatów zabawki. Ta dziwna aura osaczenia przez tzw. kulturę pogańską przekłada się na katechezę i płynące pouczenia duszpasterzy. Tyle że zamiast pogłębionych rozmów o przesłaniu popularnych książek kończy się to nawoływaniem do wyrzucenia ich przez okno. Alergiczna reakcja na wszystko, co kojarzy się z magią, jest pójściem na łatwiznę. Na katechezie proszono nas o wyrzucenie z prywatnej listy lektur Harryego Pottera, ale nikt nie zawracał uwagi na równie popularną wówczas prozę Paulo Coelho, którą zaczytywały się gimnazjalistki i licealistki. Tymczasem autor Alchemika nie ma problemów z powoływaniem się na chrześcijaństwo w uzasadnianiu niekiedy dalekich od chrześcijaństwa przesłań swoich powieści. Synkretyzm bywa w moim przekonaniu bardziej niebezpieczny niż magia, która bez wątpienia należy do innego świata.
Napotykając wciąż tak jednostronne oceny niektórych dziennikarzy, duchownych i katechetów, nabieramy przekonania, że żyjemy w bardzo kiepskich kulturowo czasach i że więcej książek i filmów należy skrytykować, niż polecić. W krótkich odstępach czasu pojawią się kolejne dzieła, w których jakiś katolicki portal dopatrzy się nowego zagrożenia dla naszej duchowości. Nawet Batmana i Spidermana lepiej się strzec, bo „Oglądanie superbohaterów walczących z czarnymi charakterami promuje wśród chłopców stereotyp macho, który szkodzi ich zdrowiu psychicznemu oraz relacjom, jakie tworzą w rodzinie i z przyjaciółmi” (Deon, 05.04.2014). A co począć z masą filmów i programów adresowanych do młodzieży, w których za największe wartości uchodzą pieniądze, kariera i jak najwcześniejsza inicjacja seksualna? Na tym tle Harry Potter nie jest chyba najgorszą opcją. Na przykład według księdza Jacka Dunin-Borkowskiego: „Wartością (w Harrym – przyp. aut.) nie jest ani wygląd zewnętrzny, ani siła fizyczna, ani nawet zdolności czy sukces. Ważna jest przyjaźń, rodzina, poświęcenie, przełamywanie swojej słabości, wiedza, lojalność” – „Więź” 3 (521) 2002.
Oczywiście, nie trzeba wybierać między złym a gorszym, co dla niektórych może oznaczać: między Rowling a Coelho. Zrezygnowanie z Pottera nie jest przecież niepowetowaną stratą. Bardzo dobrze, kiedy rodzice czy katecheci podejmują dialog z dziećmi i młodzieżą i potrafią zachęcać je do takich filmów i książek, które przyniosą młodemu człowiekowi więcej intelektualnego pożytku. Jednak dziś, gdy większość dzieci ma nieograniczony dostęp do mediów, a rodzice nie mają czasu na to, by analizować każdą bajkę, niewielu z nich starannie wyselekcjonuje te tytuły, które przepuszczone przez chrześcijańskie sito okażą się czyste jak łza. Nie chcę przez to powiedzieć, że zupełna obojętność na zainteresowania dzieci jest najlepszym rozwiązaniem, ale że zamiast stosować bezwzględne zakazy i przecedzać wszystko pod kątem: pogańskie – chrześcijańskie, lepiej jest uczyć myślenia w kategoriach wiary.
Czy pogańskie książki uczyniły z nas praktycznych ateistów?
Większość moich kolegów i koleżanek po ukończeniu szkoły zagląda do kościoła, a dokładnie do kancelarii parafialnej, gdy chcą wziąć ślub (często po konkubinacie) lub uzyskać zaświadczenie, że mieli bierzmowanie, bo mają zostać chrzestnymi. Ich postawę charakteryzuje najczęściej obojętność wobec Kościoła, szczypta antyklerykalizmu i zaliczenie mszy w święta, żeby babcia nie płakała. Popularne stwierdzenie, że „bierzmowanie to uroczyste pożegnanie się z Kościołem w obecności biskupa”, znajduje odzwierciedlenie w ich życiu – dziecięca wiara się wypaliła, bo zabrakło czegoś, co pozwoliłoby jej wystrzelić wielkim płomieniem. Tyle że wiary, z jaką wielu szło do pierwszej komunii, nie zastąpiła wiara w czarodziejów – jej miejsce zajęła wiara w siebie. Nie chcę generalizować lub powątpiewać w sens szkolnej katechezy. Chcę tylko wyrazić przekonanie, że jakiekolwiek powody leżą u podstaw separacji z Kościołem, Harry Potter tych przyczyn nie wyczarował. Gdy znajomi słyszą, że jako czytelnicy sagi J.K. Rowling znaleźli się w grupie podwyższonego ryzyka i są na najlepszej drodze do przygody z okultyzmem, widzę na ich twarzach uśmiech politowania. Takie rewelacje z katolickiego świata utwierdzają ich w przekonaniu, że traktowani są jak półgłówki. Niestety, często katecheza nie pomaga w zmianie złego wrażenia.
Pytania o sens religii pojawiają się w umysłach młodych ludzi wcześniej, niż się może wydawać wielu katechetom. Mimo to niektórzy nauczyciele potrafią stracić lekcję, opowiadając chłopcom w technikum o szkodliwości soków Pysio, gdyż ich producent sprzedaje równocześnie napój energetyczny o nazwie Demon (znana mi prawdziwa sytuacja). Być może to ekstremalny przykład i pewnie w sąsiedniej szkole znalazłabym świetnie prowadzoną katechezę, jednak wydaje się, że zbyt często traktuje się młodzież infantylnie, co nie pozostaje bez konsekwencji. Projekcja filmu animowanego o Mojżeszu dla uczniów klas licealnych, robienie kartkówek ze znajomości tajemnic różańcowych bez głębszej dyskusji nad samym sensem modlitwy i ogłaszanie coraz to dłuższej listy zagrożeń w kulturze – to tylko wybrane znane mi epizody. A przecież nauczanie religii powinno polegać na rozbudzaniu ciekawości, prowokowaniu do myślenia, a nie na dawaniu gotowych odpowiedzi na każdy temat. Znajoma katechetka powiedziała mi wprost, że to, co mówi na katechezie, mija się z tym, co młodzież chciałaby wiedzieć. Wiele osób nie doświadczyło prawdziwej dyskusji o istocie wiary podczas lekcji. Czasem katechizacja przebiega tak, jakby miała za cel oszlifowanie w społecznej nauce Kościoła nowego narybku chrześcijan. Niestety, gdy słowo Bóg nie zainteresuje „przyszłości” Kościoła, moralizowanie jest zawieszone w próżni. Zasady łatwiej jest porzucić, bo dla nich trudniej być wiernym niż dla Osoby. Niejeden młody człowiek po wielu latach katechezy myśli, że o Kościele dowiedział się wszystkiego, podczas gdy okazuje się, że nie dowiedział się niczego. Odchodzi, bo czuje się znudzony.
Zabrałam kiedyś moją koleżankę na wykład na temat roli Kościoła w relacji z Bogiem i kształtowania się kanonu Pisma Świętego. Zdumiona powiedziała: „Dlaczego nikt mi o tym nie mówił na religii? Może miałabym inne nastawienie do Kościoła?”. Jako podsumowanie tych rozważań przywołam sytuację, kiedy to pewna siostra zakonna, przygotowując młodzież do bierzmowania, stwierdziła, że w przypadku kilku osób przyjęcie sakramentu jest bez sensu, ponieważ wykazują się wyjątkową ignorancją. Zgłosiła to proboszczowi, a ten nieprzekonany do decyzji siostry zapytał: „Ale czy my ich takim sposobem nie stracimy?”. Ktoś słysząc tę historię, dodał ripostę: „Ale czy my ich kiedykolwiek mieliśmy?”.
Pogaństwo
Z jednej strony można dziś zaobserwować u wielu ludzi brak zainteresowania duchowym wymiarem własnego życia, z drugiej nie można nie zauważyć, że pogaństwo w codziennym życiu ma się dobrze. I nie oszukujmy się, wiara w magię nie przyszła na świat z Harrym Potterem ani z jakąkolwiek inną książką. Czy pogańskie dzieła współczesnej kultury rodzą pogan, czy bardziej ukazują, że pogańska wizja świata jest w pewnym sensie zawsze na czasie?
W kolejkach do wróżek stają różne osoby, także starsze, które pewnie nigdy nie czytały Harryego Pottera. Do wróżbity Macieja świadczącego usługi za pośrednictwem szklanego ekranu nie dzwonią raczej fani literatury fantasy. Nie uważam, że to zasada, ale moje osobiste spostrzeżenie jest takie, że ci, którzy lubią fantastykę, są nieraz bardziej sceptyczni wobec praktyk wróżbiarskich niż ci, którzy jej nie lubią.
Niejednokrotnie się zastanawiałam, dlaczego tak często ktoś pouczał mnie na lekcjach religii, w kazaniach i przez różnego rodzaju publikacje, że powinnam uważać na różne twory popkultury ze względu na czający się w nich okultyzm, a tak nieproporcjonalnie rzadko miałam okazję wysłuchać jakiegoś sensownego komentarza krytykującego „pogańskość” tkwiącą w ludzie Bożym.
Przejawem pogaństwa wśród ochrzczonych jest przeplatanie się dwóch różnych wizji świata: chrześcijańskiej i magicznej. Nieustannie spotykam praktykujących katolików, którzy przywiązują wielką wagę do rzeczy „na szczęście”, szukają przyczyny swoich niepowodzeń w rzuconych urokach, zaglądają do horoskopu „tak z ciekawości”, a ślub biorą tylko w miesiącu, który ma w nazwie literę „r”. Można na to machnąć ręką i uznać, że to bezrefleksyjne powtarzanie starych rytuałów. A jednak próba zwrócenia komuś uwagi, że to niechrześcijańskie zachowanie, kończy się odpowiedzią: „Co mi szkodzi, kto wie”. W filmie Dzień świra jest scena, która świetnie odzwierciedla tego typu „wiarę”. Adaś Miauczyński cofa się z klatki schodowej, by przysiąść na krześle, po czym za chwilę znów wpada do mieszkania, bo nie pocałował stópki Jezuska przed wyjazdem. Krzyż jest czasem tylko jednym z wielu symboli krążących po orbicie naszego duchowego świata. Choć noszenie talizmanu przywiezionego z Indii niekoniecznie musi się skończyć wizytą u egzorcysty, to jednak obnaża nasze ograniczone zaufanie do Boga i pokazuje, że tkwimy w wierze na pół gwizdka.
Nasze pogaństwo jest też rodzajem wymiany usług między Bogiem a nami: „Ja Tobie pierwsze piątki – Ty mi zdany egzamin”, „Pokarało mnie, bo nie byłem w niedzielę w kościele”. Głównym powodem mijania się z prawdą o Bogu jest niepogłębianie wiary, przede wszystkim na poziomie intelektualnym. Można nigdy nie przeczytać powieści z listy duchowych zagrożeń, a i tak wierzyć w cudowne środki. Doskonale podsumował te problemy biskup Andrzej Czaja, więc posłużę się jego wypowiedzią:
Niby wierzę, a nie dowierzam. Tego jest wiele. Nieraz nie wystarczy słowo Boże i sakramenty, szukamy cudownego środka: spowiedź furtkowa, modlitwa przebaczenia. Nie wystarcza zwykły ksiądz, trzeba egzorcysty. Bywa, że nie dowierzamy nawet Chrystusowi. Jest w nas dziwne niedowiarstwo odnośnie do Jego ostatecznego zwycięstwa nad śmiercią, piekłem i szatanem. Przejawia się to w dość częstej dzisiaj demonizacji. Prawie wszystko się już demonem wyjaśnia i główne zagrożenia dla życia wewnętrznego upatruje się w rzeczach zewnętrznych: horoskop, wahadełko. Tymczasem główne zagrożenie jest w środku – to skłonność do grzechu. Myśląc inaczej, przechodzimy na poziom dziwnej magii (cyt. za: opole.gosc.pl, 20.10.2013).
Warto dodać, że biskup Czaja został skrytykowany przez dziennikarza „Frondy”, który ironicznie wyraził nadzieję, że ta wypowiedź zostanie sprostowana. W jego mniemaniu bowiem biskup popularyzuje horoskopy. Nie wiem, w którym zdaniu się tego dopatrzył. Duchowny mówi raczej o tym, że sięganie do nich jest odbiciem jakiejś ciemności w nas. Reakcja dziennikarza jest kolejnym przykładem histerii dla zasady.
Dzisiaj nietrudno ulec złudzeniu, że Bóg i diabeł to równorzędni przeciwnicy, walczący o naszą duszę, przy czym ten drugi ma o wiele więcej narzędzi do zniewolenia człowieka. Sama widziałam kilka razy plakat reklamujący rekolekcje lub konferencję, na którym Chrystus siłuje się z Szatanem na rękę.
Walka z pogaństwem kojarzy się dziś przede wszystkim ze wzmożoną krytyką produktów popkultury. Mamy prawo do oceny i pisania recenzji. Może jednak zamiast drżeć przed wydaniem kolejnej książki o wampirach, która, zdaniem części osób, prowadzi do upadku Kościoła, należy się skoncentrować na walce z pogaństwem przez pogłębianie wiary i ukazywanie jej piękna. Prawda o Chrystusie obnaża bowiem bezcelowość pokładania nadziei w czymś innym niż w Nim, ale do tej Prawdy trzeba ciągle docierać. Pogaństwo było, jest i będzie bez względu na Harryego Pottera, ponieważ pasożytuje ono w pozbawionych światła Prawdy zakamarkach naszej duszy. Wyzwaniem jest takie kształtowanie serca, by to ono było najlepszą obroną przed zagrożeniami. Warto strzec się pokusy konstruowania zakazów bez autentycznego dialogu z wiernymi i nauki myślenia. Jeśli objawienie nie jest centrum, wokół którego oplata się pouczenia, łatwo wkroczyć w tym ostrzeganiu na poziom zwyczajnej wojny kulturowej.
Oceń