Piusa XII poczynania i milczenia wojennego czasu

Piusa XII poczynania i milczenia wojennego czasu

W interesującym artykule sprawozdawczym Legendy i archiwa o Piusie XII (nr 3–307 z 1999 r., s. 62–66) s. Alina Merdas RSCJ podstawowo przedłożyła treść artykułu Pierre’a Bleta SJ (Les accusations répétées contre Pie XII. «La légende ŕ l’épreuve des archives», z „La Documentation Catholique” z 19 kwietnia 1998 r., s. 381–386). Wkradły się tam jednak pewne nieporozumienia, które warto wyjaśnić.

Autorka wskazuje na edycję dokumentów Stolicy Apostolskiej odnoszącą się do drugiej wojny światowej, ale pisze o niej błędnie: „…wyszła w dwunastu tomach w roku 1981…” Rozpoczęta w 1965 roku seria ta — w jedenastu tomach, a dwunastu woluminach — ukazywała się na sposób ciągły, bez czekania na rok 1981 (w którym została ukończona). Tytuł: Actes et documents du Saint Siege relatifs ŕ la seconde guerre mondiale, skrótowo na ogół ADSS. Układ jest odmienny od podanego przez autorkę: tomy 1 i 4 to Stolica Apostolska a wojna w Europie; t. 2 to Listy papieża do biskupów niemieckich (oczywiście kontakty papiestwa z Rooseveltem należą do t. 1, nie zaś — jak podano — do t. 2); t. 3 w dwóch woluminach to sytuacja religijna nie tylko w Polsce, lecz także w krajach bałtyckich; t. 5, 7 i 11 to Stolica Apostolska a wojna światowa; t. 6, 8, 9 i 10 to Stolica Apostolska a ofiary wojny. Od tomu 3 do trójosobowego składu redakcyjnego początkowo doszedł jezuita Graham, wybitny historyk Kościoła i jego dyplomacji. Ostatni tom opatrzono nadal czterema nazwiskami redaktorów (z tego dwóch już nie żyło); Graham zmarł w 1997 roku, tak więc Blet jest ostatnim z owej czwórki.

Dzieło to pozostało nieznane nie tylko szerszej publiczności, ale także historykom — zapisuje A. Merdas. Dwa nieporozumienia: nie można oczekiwać, by dzieło specjalistyczne, obejmujące osiem tysięcy stron dużego formatu, trafiło do „szerszej publiczności” — tego Blet nie formułował. Ponadto uskarżał się on, że owe tomy pozostały nieznane nawet wielu historykom — a to jednak coś innego. Szkoda, że autorka nie próbowała ustalić
w ilu bibliotekach polskich znajdują się choćby niektóre tomy ADSS.

Zdaniem autorki, działalność Stolicy Apostolskiej na rzecz ofiar wojny jest po prostu równoznaczna z bezzasadnością zarzutów formułowanych przeciwko Piusowi XII, zwłaszcza zarzutu głównego: jego milczenia.

Raz jeszcze przychodzi więc stwierdzić, że przeciwieństwem bezczynności są czyny, przeciwieństwem zaś milczenia są wypowiedzi. W latach wojny Stolica Apostolska niemało uczyniła na rzecz najbardziej prześladowanych, wszakże głosu — tylekroć oczekiwanego — nie wzniosła. Jedyne wystąpienie to dwuzdaniowy apel papieża do bezsilnego już regenta Horthy’ego (25 IV 1944) na rzecz prześladowanych z tytułu ich narodowości czy ich rasy, zresztą bez wymienienia słowa „Żydzi”.

Z pacellańskiego milczenia zdawano sobie sprawę w czasie wojny. Kard. Maglionemu, sekretarzowi stanu, trzykrotnie wskazywał to dość stanowczo — by nie powiedzieć obcesowo — bp Radoński z Włocławka, przebywający wówczas w Londynie (14 IX 1942: …et Papa tacet; 15 II 1943: …inexplicabile silentium Summi Ecclesiae Magistri). Trzykrotnie sam Pius XII ujawniał swoją rezerwę, wskazując na powód: ad maiora mala vitanda (30 IV 1943, w liście do bpa von Preysinga): pisał do biskupów niemieckich, usłyszał to od niego jezuita Dezza. Ponadto nie zidentyfikowany dominikanin polski skierował do „przedwrześniowego” nuncjusza Cortesiego zarzut przestępstwa milczenia Stolicy Apostolskiej (niżej podpisany odwołuje się do własnego tekstu Symbolika Auschwitz dla Żydów i chrześcijan w kwartalniku „Collectanea Theologica” 1992, nr 2, s. 37–88).

Dokumenty Stolicy Apostolskiej tylko raz mówią o złocie — wskazuje
A. Merdas: „gdy SS zażądało od Żydów mieszkających w Rzymie 50 kg złota, Wielki Rabin poprosił o brakujące im 15 kg Piusa XII i natychmiast je otrzymał”. To nie tak: papież wydał stosowne polecenie, ale jego pomoc okazała się zbędna, gdyż między 27 a 29 września 1943 roku Żydzi rzymscy uzyskali niezbędną ilość od bliżej nie ustalonych wspólnot katolickich.

Ale zajmowanie się tą sprawą przesłoniło problem nieporównanie wyższej rangi. Oto nocą z 15 na 16 października 1943 roku SS przeprowadziło „łapankę”: zatrzymano 1259 Żydów, spośród których 1009 skierowano do Auschwitz (przeżyło kilkunastu).

Bp Hudal, rektor Niemieckiego Kolegium w Rzymie, przestrzegał gen. Stahela, wojskowego gubernatora Rzymu, przed dalszymi podobnymi posunięciami; kard. Maglione złożył ustny protest von Weizsäckerowi, ambasadorowi III Rzeszy przy Stolicy Apostolskiej; jednakże papież powstrzymał się od wystąpienia, którego — paradoksalnie — oczekiwał sam von Weizsäcker. W miastach francuskich, gdzie działy się podobne rzeczy, biskupi jasno zajęli stanowiska (chodzi o protesty abpa Saličge’a z Tuluzy i pięciu innych hierarchów). Papież zatem, jako zwierzchnik Kościoła i biskup Rzymu, nie mógł uczynić mniej niż tamci. Dyplomata zaznaczał w swym raporcie (ogłoszonym przez Saula Friedlandera): „Kurię szczególnie zaszokował fakt, że te działania przebiegały, jeśli tak można powiedzieć, pod oknami papieskimi”. Ale po dziesięciu dniach von Weizsäcker czuł się swobodniej: mimo nacisków z różnych stron papież odmówił włączania się w jakąkolwiek demonstracyjną deklarację przeciw deportacji Żydów rzymskich.

Być może milczenie w sprawie łapanki pozwoliło uniknąć „większego zła”, bowiem aż do wyzwolenia Rzymu sześć czy siedem tysięcy Żydów chroniło się w eksterytorialnych i „zwykłych” budynkach kościelnych Rzymu, niektórzy nawet w obrębie Watykanu. Jednakże tysiąc Żydów z własnej diecezji papieża zginęło w Auschwitz bez formalnego protestu ordynariusza. Zbiegiem okoliczności autorka wspomina o upartych i stale podejmowanych wysiłkach papieża w celu powstrzymywania deportacji… Najwyraźniej owa nocna łapanka w Rzymie była jej nieznana.

Z kolei autorka dostrzega podejmowane przez nuncjatury i episkopaty starania o powstrzymanie deportacji, przemocy, prześladowań. Konkretnie: jakie nuncjatury, jakie episkopaty? Znany jest protest siedmiu holenderskich Kościołów chrześcijańskich, znane są słowa gromkiego ubolewania abpa Saličge’a. Były pewne stonowane wystąpienia we Francji vichystowskiej. Jednakże — o ile można zorientować się — poza Holandią nie było żadnych kolektywnych starań czy protestów.

Dokumenty pokazują — zgodnie z Bletem, zapewnia A. Merdas — że Pius XII wyczerpał wszystkie środki, by wyperswadować Niemcom atak na Polskę. Tego absolutnie zrozumieć nie sposób! Można jedynie domniemywać, że jezuita gruntownie zapomniał o zawartości współredagowanego tomu 1.

Wychodzące od papiestwa apele, naciski czy wskazania szły jedną drogą: do nuncjusza Cortesiego w Warszawie i dalej do rządu polskiego bądź do prymasa Hlonda. Bezsprzecznie papiestwo obawiało się wojny i zabiegało
o pokój, ale drogę doń widziało jedynie poprzez nakłonienie państwa słabszego, tj. polskiego, do ustępstw na rzecz państwa mocniejszego. Nie brało pod uwagę mediacji między dwoma równorzędnymi stronami i niekiedy niefortunnie „wyważało” liczbowo katolicyzm (w sierpniu 1939 roku Polska
i Niemcy, wiosną 1940 roku Norwegia i Niemcy). A przecież najwyraźniej od maja 1939 roku dysponowało zakulisowymi informacjami „przyszłościowymi” niedostępnymi dla władz polskich.

Istotnie, od 3 maja do 22 sierpnia 1939 roku Cortesi, nuncjusz apostolski w Polsce (raz chargé d’affaires nuncjatury Pacini) otrzymywał od papieskiego sekretarza stanu kard. Maglionego (raz od prałata Tardiniego, sekretarza Kongregacji Nadzwyczajnych Spraw Kościelnych) wielokrotne polecenia przekazania władzom polskim rady zachowania spokoju i umiarkowania. Niekiedy realizowano sugestie innych: gdy włoski minister spraw zagranicznych, Ciano, zapewnił nuncjusza przy Kwirynale, że Niemcy nie zaatakują Polski, która natomiast z obawy przed takim atakiem może uczynić coś powodującego nieodwracalne następstwa dla wszystkich — a przecież słucha ona papieża, tak więc to on ją winien przekonywać — wówczas w dwa dni później przesłano Cortesiemu stosowne powiadomienia i polecenia. Gdy von Weizsäcker, podówczas jeszcze sekretarz stanu w ministerstwie spraw zagranicznych III Rzeszy, wskazał w Berlinie nuncjuszowi Orsenigo, że polskie duchowieństwo mogłoby oddziaływać na społeczeństwo w duchu umiarkowania, wówczas Maglione w tydzień później polecił Cortesiemu odpowiednie nakierowanie prymasa Hlonda. I tak dalej.

Rady te zmieniły się w ostatnich dniach przedwrześniowych. 26 sierpnia sam Pius XII przekazał Maglionemu wskazówkę dla Cortesiego: by rząd polski uczynił na rzecz Niemiec jakąś satysfakcję w odniesieniu do Gdańska. 29 sierpnia przed jezuitą Tacchi Venturim (dyskretnym pośrednikiem między papieskim Sekretariatem Stanu a instancjami faszystowskimi) Mussolini — już 5 czerwca uznający wojnę za nieuniknioną, wszakże chyba lękający się jej — wysunął koncepcję papieskiego posłania do prezydenta Polski i własnoręcznie naszkicował projekt oświadczenia mogącego w jego mniemaniu zapobiec wojnie: „Polska nie sprzeciwia się powrotowi Gdańska do Rzeszy i oczekuje bezpośredniego przedyskutowania z Niemcami: ułatwień dla polskiej wymiany handlowej w Gdańsku, kwestii korytarza, sytuacji wzajemnych mniejszości”. Następnego dnia Tardini w przestrzegającej notce, skierowanej do Maglionego, wskazywał: nakłaniając Warszawę do pertraktacji z Berlinem, należy uważać, by nie sprawiało to wrażenia, że Stolica Apostolska inspiruje nowe Monachium, w takim bowiem przypadku w sprawie Gdańska krzyki i groźby Hitlera uzyskałyby — pod auspicjami Stolicy Apostolskiej — powrót Gdańska do Rzeszy, czego nie udało się uzyskać drogą pokojowych negocjacji. Depesza do Cortesiego — postulował Tardini — winna zawierać klauzulę, że papież pojmuje, jak ciężkiego poświęcenia oczekuje się od Polski, jednakże niebezpieczeństwo wojny jest jeszcze poważniejsze; ponadto przewidywane rozwiązanie winno zawierać gwarancje, zdolne nie dopuścić w przyszłości do powtórzenia podobnych okoliczności. Wszakże tej tak ważnej notatce towarzyszy dopisek, że została ona skierowana do Maglionego pod mylnym adresem — nie zaznaczono, kiedy trafiła do kardynała.

W każdym razie tego dnia skierowano jednak nie posłanie papieskie (jak sugerował Mussolini), ale normalny telegram Maglionego (bez klauzul wyznaczonych przez Tardiniego), by Cortesi osobiście przekazał prezydentowi Mościckiemu celowość takiego właśnie oświadczenia. Papieski Sekretariat Stanu — czy to samorzutnie, czy z decyzji Pacellego — decydująco zmodyfikował tryb przekazania owych sugestii: zamiast osobistego posłania papieskiego do głowy państwa — swoiście obniżone w randze dotarcie dyplomatycznego funkcjonariusza papieskiego do prezydenta. W przyjętej formule — dla Polski niewątpliwie upokarzającej — wolno upatrywać resztkowy papocentryzm średniowieczny, wyraz papieskiej wyższości nad zwierzchnikiem państwa. Zdumiewa brak dbałości o formę ze strony Piusa XII oraz Maglionego, przecież dyplomatów o długiej karierze.

I oto 31 sierpnia Cortesi zgłosił Maglionemu uzasadnione wątpliwości: prezydent nie kieruje sprawami państwa, które należą do kompetencji rządu — w sytuacji szczególnych napięć audiencja prezydencka udzielona nuncjuszowi nabierałaby niezwykłego znaczenia i byłaby interpretowana jako próba ustępstw na rzecz Niemiec. Bezzwłocznie Maglione — może w poczuciu popełnienia nietaktu — zmienił końcowego adresata: już nie prezydent, lecz rząd. Tuż przed północą Cortesi powiadamiał papieskiego sekretarza stanu o przekazaniu owych sugestii wiceministrowi spraw zagranicznych (zatem Szembekowi). 3 września Cortesi informował, że minister Beck pragnął ogłosić treść przekazu przezeń dostarczonego — czemu jednak on sam sprzeciwił się, odwołując się do poufności pisma. Tak więc Cortesi, choć dyplomata średniego kalibru, przecież 31 sierpnia oraz 2 lub 3 września potrafił dwukrotnie ochronić dyplomację papieską przed niemałymi gafami.
Z ogłoszonego zbioru dokumentów Stolicy Apostolskiej wynika, że sugestie Mussoliniego — dostarczone władzom polskim na kilka godzin przed salwą na Westerplatte — były jedynym dokumentem, zawierającym konkretną listę sugerowanych ustępstw, zasadniczo zbieżną z postulatami Rzeszy, który do Warszawy trafił „drogą papieską”.

Znamienna jest sprawa notatki kard. Maglionego z 16 sierpnia 1939 roku. Zapisał on informację ze źródła nie ujawnionego: kwestia Gdańska jest jedynie pretekstem do wojny przeciw Polsce; może dojść do porozumienia Niemiec z Rosją dla podziału biednej Polski. Było to przecież na tydzień przed paktem hitlerowsko–sowieckim. Brak jakiejkolwiek informacji o przekazaniu rządowi polskiemu zwłaszcza drugiego członu tego zapisu tak przecież istotnego dla państwa.

28 sierpnia w papieskim Sekretariacie Stanu ambasador Francji Charles–
–Roux, wielki orędownik spraw polskich, wskazał na potrzebę papieskiego gestu czy słowa publicznego na rzecz Polski, nim znajdzie się ona w wielkim doświadczeniu. Papież odpowiedział Tardiniemu: należy uwzględnić 40 mln katolików w Rzeszy — na cóż byliby narażeni po podobnym akcie ze strony Stolicy Apostolskiej! Wystąpienie dyplomaty przeoczyło oczywiście — jak stwierdzono we wstępie do tomu 1, współautorstwa przecież Bleta — iż pociecha moralna, jakiej katolikom polskim mogłoby przydać słowo papieskie, byłaby z pewnością bardzo drogo opłacona przez katolików żyjących pod reżimem nazistowskim. W wizji papiesko–kurialnej polski katolicyzm poczynał mało znaczyć.

Dobitnie zaświadczał o tym przypadek chełmiński z końca 1939 roku. Pospieszna nominacja ordynariusza gdańskiego Spletta na administratora diecezji chełmińskiej, podjęta 29 listopada przez Piusa XII, musiała zostawić swoisty niesmak w Kurii Rzymskiej, jak wskazuje notatka Tardiniego
z 9 stycznia 1940 roku. O nowej funkcji Spletta poinformowano 3 stycznia 1940 roku — w najzupełniej pustym geście — dawnego nuncjusza przy przedwrześniowym rządzie polskim, Cortesiego, osiadłego w Bukareszcie i nie mającego jakiejkolwiek łączności z rządem polskim na uchodźstwie; pominięto natomiast ambasadę Polski przy Stolicy Apostolskiej, jak to zaznaczyło jej aide–mémoire z 18 grudnia 1939 roku — o tej nominacji władze polskie dowiedziały się… z Chełmna. Pominięto także ordynariusza owej diecezji, bpa Okoniewskiego, przebywającego w Rzymie i nawet 22 grudnia wysuwającego Piusowi XII nazwiska trzech ewentualnych administratorów dla tej diecezji. Najwyraźniej nie poinformowano również kard. Hlonda, prymasa Polski, przecież przebywającego w Rzymie. Czy to tylko łańcuch przeoczeń, czy też przemyślana polityka niedostrzegania małostek już niewiele znaczących?

Blet, a za nim autorka, wspominają o tworzeniu od 1963 roku czarnej legendy Piusa XII: istotnie, w niejednym przypadku to się ujawnia. Ciekawe, że oboje nie osadzają wyłaniania się owej legendy w ówczesnych uwarunkowaniach, co dziś dla niejednego może stanowić zagadkę: skąd akurat rok 1963? Było to przecież spowodowane światowym obiegiem rozgłośnej sztuki Namiestnik Rolfa Hochhutha i wywołanych nią namiętnych kontrowersji oraz sporów. Wszak seria ADSS została ewidentnie podjęta w intencji przeciwstawienia się antypacellizmowi różnych komentatorów i historyków.

Jednakże, niwecząc przerosty owej „czarnolegendowości”, nie można przechodzić w podobną niedorzeczność, tyle że przeciwstawnie zorientowaną. Nie należy dochodzić do heroizacji w duchu falsyfikowanej „białej legendy”.

Moim zdaniem, powojenny pontyfikat Piusa XII jest już zapowiednio przedsoborowy i wnosił wiele prekursorstwa także zamorskiego. Warto pamiętać, że to papież Pacelli zezwolił na przeszczepy (wówczas ograniczone do rogówki oka) i pięknie to uzasadnił. Skądinąd rozważając przedroncallańską papieską doktrynę pokoju, uznałem za właściwe skupienie się na triadzie: Leon XIII, Benedykt XV i właśnie Pius XII.

Piusa XII poczynania i milczenia wojennego czasu
Michał Horoszewicz

religioznawca, autor Sprawa Dreyfusa. Ostrzeżenie sprzed wieku i Przez dwa milenia do rzymskiej synagogi. Szkice o ewolucji postawy Kościoła katolickiego wobec Żydów i judaizmu.Publikował też w czasopis...