Ostatnia bitwa templariuszy
fot. jason dent / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Akcja była ogromna i znakomicie skoordynowana. Był środek nocy, a templariusze niczego się nie spodziewali. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że w sercu Francji ktoś mógłby podnieść rękę przeciw Zakonowi Świątyni Salomona.

Maciej Müller: Zakon rycerski to połączenie dwóch średniowiecznych ideałów: mnicha i rycerza. Rodzaj doskonałości. Jak doszło do powstania zakonu templariuszy?

Tomasz Gałuszka OP: W XI wieku pojawiła się idea wojny pokutnej, w pełni dopracowana za pontyfikatu Grzegorza VII. Do tradycyjnych uczynków miłosierdzia – modlitwy, postu i jałmużny – dołączono kolejny: uczestnictwo w wojnie, o której celu decydował papież. Wysiłek wojenny prowadził do odpuszczenia grzechów.

Na tym właśnie gruncie wyrosły zakony rycerskie. Epokę gregoriańską, trwającą od XI wieku, w ogóle charakteryzowało dążenie ludzi do gromadzenia się we wspólnoty. Utworzenie i funkcjonowanie po zdobyciu Jerozolimy państw krzyżowych wymagało personelu, który z jednej strony strzegł tych nowych tworów administracyjnych, a z drugiej otaczał opieką odrodzony ruch pielgrzymkowy z Europy. Dla pielgrzymów należało stworzyć miejsca noclegowe, ochronić ich w drodze przez bandytami i podjazdami muzułmańskimi.

Czy za te wszystkie usługi pielgrzymi musieli płacić?

Za ochronę nie. Rycerze działali non profit. Pielgrzymi mieli wystarczająco dużo wydatków – od opłacenia noclegów po załatwienie sobie powrotnej podróży.

Po pewnym czasie rycerze zaczęli się gromadzić w bractwa: wspólnie mieszkali, jedli, dzielili się wydatkami, wybierali sobie dowódcę i działali w sposób zorganizowany. W końcu pojawiła się konieczność uporządkowania takiego trybu życia poprzez przyjęcie reguły. Około 1119 roku grupa składająca się z dwóch cystersów i siedmiu rycerzy pod wodzą Hugona de Payens z Szampanii utworzyła bractwo, które od władz Królestwa Jerozolimskiego otrzymało na siedzibę budynek położony na Wzgórzu Świątynnym. Tam, gdzie niegdyś stała Świątynia Salomona, a dzisiaj meczet Al-Aksa. 10 lat później bractwo otrzymało już oficjalną nazwę, regułę i habit. Nazwa ta brzmiała: Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. Świątynia to po łacinie templum, dlatego zaczęto tych zakonników nazywać templariuszami.

 Dość nobilitująca siedziba.

Z tego względu ci rycerze cieszyli się ogromną estymą, rosło w nich poczucie, że są kimś wybranym. To było Wzgórze Świątynne: miejsce święte, w którym od wieków działy się rzeczy niezwykłe. To tam Abraham miał złożyć ofiarę z Izaaka, tam według muzułmanów miała się odbyć podróż Mahometa do niebiańskiej Jerozolimy. Templariusze byli przekonani, że wszystko to predestynuje ich do rzeczy wielkich. Stali się elitą wśród rycerzy. I jak na elitę przystało, mieli swoje sekrety, budzili ludzką ciekawość, plotki. Otaczała ich aura tajemnicy. Ludzie na jarmarkach zastanawiali się, co też mogli znaleźć na Wzgórzu Świątynnym… Może odkopali Arkę Przymierza? Albo Świętego Graala? A może całun Chrystusa? Albo może odnaleźli jakieś inne źródła wszechwiedzy? Wszystkie te legendy są do dziś pożywką dla literatury, poczynając od Dana Browna, a kończąc na Magdalenie Ogórek.

Tymczasem templariusze sumiennie wykonywali swoje obowiązki, ponieważ byli to ludzie dumni, ofiarni, którzy przyjęli za motto słowa Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam, czyli „Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu niech będzie chwała”. Ich drugie zawołanie brzmiało: Memento finis – „Pamiętaj o końcu”. Formacja zakonna przygotowywała ich do śmierci – templariusze mieli być tymi, którzy jako ostatni schodzą z pola bitwy. Dezercja nie wchodziła w grę. Pamiętajmy, że templariusze uczestniczyli i ponieśli straty w bitwie pod Legnicą w 1241 roku, kiedy to polski książę Henryk Pobożny próbował postawić tamę najazdowi mongolskiemu.

 Templariuszy nazywano „bankierami Europy”. To zajęcie dość dalekie od roztaczania opieki nad pielgrzymami.

Templariusze byli realistami i było dla nich jasne, że do pełnienia ich misji potrzebne są pieniądze. Uzbrojenie, konie, ochrona zamków i szlaków, prowadzenie bitew – to wszystko kosztowało. Zakon zakładał filie w całej Europie, od Polski po Hiszpanię, żeby gromadzić fundusze na działalność w Ziemi Świętej.

Co więcej, templariusze zdawali sobie sprawę, że pielgrzymi przybywający do Jerozolimy muszą mieć z czego żyć, więc przywożą ze sobą duże sumy pieniędzy. Było to bardzo niebezpieczne: osoba z grubym mieszkiem złota stanowiła łakomy kąsek dla rzezimieszków. Dlatego też templariusze stworzyli system „czeków”: pielgrzym mógł wpłacić pieniądze do jednego z europejskich domów zakonnych i odebrać je po okazaniu pokwitowania w Antiochii lub Jerozolimie. Oczywiście za tę usługę pobierano odpowiednią prowizję. Równocześnie sprzyjało to obrotowi pieniędzmi: bo templariusze, jak przystało na dobrych bankierów, nie trzymali złota w skarbcu, tylko inwestowali. Już w XIII wieku zasłynęli w Europie jako pożyczkodawcy. Kredytowali zarówno zwykłych kupców, jak i książęta, królów i samego papieża. Władcy powierzali im zadania związane ze ściąganiem podatków, a nawet prowadzeniem skarbu państwa.

Do łatki tajemniczych dołączyła więc kolejna: ludzi, którzy mają bezpośredni dostęp do ogromnych pieniędzy. Dlatego też na templariuszy patrzono wprawdzie z respektem, ale i z nieufnością.

 Warto w tym kontekście przytoczyć list ostatniego wielkiego mistrza templariuszy Jakuba de Molaya do jednego z domów zakonnych w Aragonii: „Wydaliśmy komandorowi Walencji polecenie, aby zakupił jęczmienia. (…) Uważajcie na młode drzewka, żeby ich wiatr nie przewrócił, pilnujcie, aby nie uszkodziły ich zwierzęta. Wydaje nam się, że nadszedł już czas, aby zacząć ujeżdżać konie. (…) Donosimy wam, że budujemy właśnie okręt za 6 tys. solidów. Pytacie nas, czy macie przysłać daktyle. Nie chcemy ich, wolimy pieniądze”.

To świadczy o tym, jakimi profesjonalistami stali się templariusze w kwestiach gospodarczych. Zwłaszcza że po 1291 roku, kiedy ostatecznie upadło Królestwo Jerozolimskie, templariusze musieli sobie znaleźć nowe pole działalności.

Więc zajęli się bogaceniem.

To krzywdzące uproszczenie, bo oni nie obracali pieniędzmi dla własnych zysków. Po upadku państw krzyżowych w Palestynie templariusze zadawali sobie pytanie o sens dalszego funkcjonowania. Jakub de Molay wskazał im drogę: trzeba odzyskać Ziemię Świętą, a więc bierzmy się do roboty, gromadźmy fundusze… na organizację nowej krucjaty.

Taka jest przyczyna intensyfikacji działalności finansowej templariuszy. De Molay, wielki mistrz od 1293 roku, był jednym z ostatnich obrońców oblężonej Akki. Doskonale wiedział, jak ogromnych funduszy wymagają walki w Ziemi Świętej.

 Wymieniłeś na początku pełną nazwę zakonu templariuszy. Czy nie gorszy cię to, że Ubodzy Rycerze Chrystusa stali się wielkimi finansistami, prowadzącymi rachunkowość królom?

Podobnie dzisiaj się słyszy, że ksiądz ma być ubogi i nie powinien mówić o pieniądzach. Tylko że ktoś musi zapłacić za ogrzewanie i oświetlenie kościoła, naprawę dachu i konserwację dzieł sztuki. Uwierz mi, że z tacy nie da się tego sfinansować. Jeśli templariusze byli zobowiązani do prowadzenia tylu ważnych dzieł, potrzebowali funduszy na budowę zamków, szkolenie, zakup broni.

Otrzymywali też liczne nadania w testamentach. Ludzie decydujący się na taki gest nie czynili tego pod przymusem: wiedzieli, że ci rycerze wykorzystają ich pieniądze w dobrym celu.

Ryzyko, jakie zakonnicy wzięli na siebie, polegało na tym, że jako bankierzy mieli bezpośredni dostęp do pieniędzy. W połączeniu ze wspomnianą aurą tajemniczości tworzyło to mieszankę wybuchową, która doprowadziła do upadku zakonu.

 Na pieczęci templariuszy widnieją dwaj rycerze jadący na jednym koniu: symbol zakonnego ubóstwa. Zakon był bogaty, ale czy poszczególni rycerze praktykowali ubóstwo?

Tak. Ich zasada brzmiała: bogaty klasztor, ubogi brat. Wspólna kasa gwarantowała równowagę majątkową między braćmi. A swoją drogą znaczenie tej pieczęci templariuszy stanowi zagadkę. Najczęściej przyjmuje się, że to obraz braterstwa i ubóstwa. Inni przekonują, że to przedstawienie dwóch założycieli, Hugona z Payens i Godfryda z Saint-Omer. Natomiast w dobie procesu templariuszy pojawiły się insynuacje, że chodzi tu o obraz związku homoseksualnego.

 Dlaczego templariuszy wyjęto spod władzy biskupów?

Nie było w tym nic nadzwyczajnego: wiele zakonów podlegało bezpośrednio papieżowi (była to tzw. egzempcja). Czyniło to z templariuszy straż przyboczną papieża. Dominikanie walczyli dla niego słowem, templariusze – mieczem.

 Przeczytam wobec tego fragment skargi biskupa Piotra z Leridy skierowanej do króla Aragonii Jakuba II. Hierarcha donosi, że oddziały templariuszy „napadają na posiadłości biskupstwa i ciągle, dzień po dniu, wyrządzają nam, Kościołowi Leridy i naszym ludziom różne szkody, jakich tylko mogą dokonać. A więc podpalają sady i wycinają drzewa, podkładają ogień, niszczą, burzą i palą młyny, domy i inne budynki”.

Brakuje jeszcze oskarżenia o latanie na miotle i oddawanie czci diabłu…

Biskup konfabulował?

Niekoniecznie. Między biskupami a zakonami działającymi na prawach egzempcji bardzo często dochodziło do sporów. Dominikanom zdarzało się to nagminnie. A tutaj mamy przecież do czynienia z żołnierzami. Dziwi cię takie zachowanie wojaków? W dodatku zakon liczył około 4 tysięcy ludzi; w takiej masie mogli się znaleźć awanturnicy. Przypadki indywidualne zawsze się zdarzały i zdarzać się będą.

Co więcej, gdyby tegoż biskupa Piotra z Leridy zapytać, kto broni terenów Aragonii przed muzułmanami, to wskazałby na tych samych rycerzy z czerwonymi krzyżami na płaszczach, którzy mu wycinają drzewka w sadzie. Byli gotowi oddać życie za tego biskupa i całą chrześcijańską Aragonię. Nie bez powodu podczas procesu templariuszy w ich obronie wystąpiły wszystkie królestwa hiszpańskie.

 Już kilkanaście lat po upadku Akki zakon templariuszy przestał istnieć. Plany organizacji krucjaty nie wypaliły, zaczął się za to śmiertelny w skutkach konflikt z królem Francji Filipem IV Pięknym. Jak do tego doszło?

Był 1305 rok. Filipowi umarła żona. Spowodowało to w nim wstrząs: poczuł się powołany do realizacji wielkich czynów. Przez całe życie musiał słuchać, jak porównywano go do jego dziadka, króla – krzyżowca Ludwika IX Świętego. Filip postanowił, że też zorganizuje krucjatę i odbije Jerozolimę. Potrzebował do tego współpracy zakonów rycerskich. Zaproponował połączenie joannitów i templariuszy; wielkim mistrzem nowego, potężnego zakonu miał zostać najprawdopodobniej on sam. Ale de Molay się na to nie godził. Zakon joannitów był znacznie większy, templariusze by się w nim rozpuścili. Dlatego wielki mistrz robił wszystko, by zachować autonomię. Dla Filipa była to wielka ujma na honorze.

Do tego doszły finansowe kłopoty króla. Filip Piękny prowadził wojnę o Gaskonię i Flandrię z królem angielskim Edwardem I. Starał się ratować skarbiec, wyganiając z Francji sporą część miejscowych Żydów i konfiskując ich majątki. Fundusze te jednak szybko się wyczerpały. W 1296 roku król wpadł na pomysł, by opodatkować duchownych.

 A co na to papież?

Papież Bonifacy VIII poczuł się upokorzony. Zareagował wydaniem sławetnej bulli, rozpoczynającej się od nieco szokujących dla naszego ucha słów: „Świeccy od zawsze szkodzili Kościołowi”. No cóż, takie były czasy, a na sobór watykański II trzeba było jeszcze chwilę poczekać.

Papież wytknął królowi Francji, że nie ma prawa dotykać pieniędzy należących do księży, a gdyby zamierz ał tak postąpić, powinien to uzgodnić ze Stolicą Apostolską. Filip, przy pomocy swoich znakomitych doradców i prawników z Wilhelmem de Nogaretem na czele, rozpoczął wtedy zorganizowaną akcję przeciwko Bonifacemu VIII. Na początek zakazał wywozu jakichkolwiek pieniędzy z terenu Francji. Nie zabronił wprawdzie duchownym francuskim płacenia dziesięciny na rzecz papieża, ale zamknął granice, odcinając kurię rzymską od źródeł dochodu (a w owych czasach niemal cały budżet papieski opierał się na Kościele francuskim). Spór narastał. Papież nałożył ekskomuniki na większość dworzan Filipa, a do tego pozbawił urzędu i ekskomunikował dwóch profrancuskich kardynałów.

 Gdzie w tym wszystkim templariusze?

Jak powiedziałam, Filip IV Piękny czuł się zraniony, ponieważ Jakub de Molay storpedował jego starania o stworzenie wielkiego zakonu. A jednocześnie był od niego zależny: miał u templariuszy wielkie długi.

Pomysł na to, jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, podsunął mu skłócony z de Molayem uciekinier z zakonu, niejaki Eskiwiusz de Floryan, który podróżował po dworach europejskich i opowiadał, jakie to straszne rzeczy dzieją się u templariuszy. Uciekinierzy na ogół demonizują wady swoich byłych współbraci oraz akcentują przywary i grzechy, które zdarzają się w każdej wspólnocie ludzkiej.

Wilhelm de Nogaret, przysłuchując się tym historiom, wpadł na pomysł, jak uwolnić króla od długów. Po prostu: pozbywając się wierzyciela. Miało do tego posłużyć oskarżenie o herezję, która była zgodnie z prawem świeckim crimenlaese maiestatis, czyli zbrodnią obrazy majestatu. Karą za herezję był stos i konfiskata majątku. Należało wobec tego udowodnić, że templariusze są heretykami.

W piątek 13 października 1307 roku (stąd wziął się przesąd o pechowym piątku trzynastego) oddziały policji politycznej, której przewodził de Nogaret, wkroczyły do każdego domu templariuszy we Francji i aresztowały wszystkich zakonników.

 Rycerze dali się tak łatwo pojmać?

Akcja była ogromna i znakomicie skoordynowana. Był środek nocy, a templariusze niczego się nie spodziewali. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że w sercu Francji ktoś mógłby podnieść rękę przeciw Zakonowi Świątyni Salomona. Sam mistrz Jakub de Molay dzień wcześniej uczestniczył w pogrzebie krewnej króla hrabiny Valois.

Aresztowania przeprowadzono tak szybko, żeby templariusze nie zdążyli zareagować – groziłoby to wręcz wojną domową.

 Co na to papież?

Bonifacy VIII już nie żył, a jego następca Klemens V uznał, że… należy aresztować wszystkich templariuszy na terenie całego Kościoła. Chciał, żeby sprawę templariuszy przejęła inkwizycja: wtedy miałby jakąś kontrolę nad tym, co się z nimi stanie.

 A nie mógł otwarcie wystąpić w ich obronie?

Nie. Król świetnie rozegrał tę partię. Filip dążył do tego, żeby pośmiertnie osądzić i potępić Bonifacego VIII, i w ten sposób unieważnić wszystkie jego decyzje (pamiętajmy o ekskomunice). Klemens V, człowiek bardzo wrażliwy a zarazem schorowany (cierpiał na nowotwór), bał się, że jeżeli wystąpi przeciw królowi, ten wzmoże akcję przeciw Bonifacemu VIII, co mogłoby doprowadzić do poważnego nadszarpnięcia autorytetu Stolicy Apostolskiej. Jeśli Filipowi udałoby się potępić Bonifacego, cóż stałoby na przeszkodzie, by potępić Klemensa?

A propaganda królewska nie próżnowała: w Europie zaczęły krążyć plotki dotyczące heretyckich przekonań i nieobyczajnych czynów papieża. Klemensa to przeraziło i sparaliżowało. Nie stać go było na energiczną obronę templariuszy.

 A żaden władca europejski nie kiwnął palcem?

Nikt wtedy templariuszy specjalnie nie kochał. Popularna była plotka, że to właśnie przez nich upadła Jerozolima i państwa krzyżowców w Palestynie: bo nie dotrzymali pola, bo nie poświęcili się do końca. Klasyczne poszukiwanie kozła ofiarnego. Templariusze nie mieli opinii publicznej po swojej stronie. Wyłamywała się tylko Anglia, z zasady wroga wszystkim decyzjom Filipa Pięknego, i państwa hiszpańskie, których templariusze skutecznie bronili przed muzułmanami.

 Czego dotyczyło śledztwo?

Lista zarzutów liczyła 137 pozycji. Większość dotyczyła rzekomych tajemnych rytuałów. Młodzi adepci zakonni mieli wypierać się Chrystusa i pluć na krzyż. Chodziło też o kult bożka, przedstawianego pod postacią metalowej głowy. Miał się zwać Ylla lub Magometum (a nie Bahomet, jak głosi Wikipedia). Głowę tę templariusze mieli pocierać w geście oddania sznurkami, które później nosili u pasa. Oprócz tego rycerzy posądzono o praktyki homoseksualne – całowanie przełożonych w usta, w pępek i w pośladki, a także zmuszanie adeptów do współżycia.

Zarzuty były więc bardzo poważne: dotyczyły herezji, oddawania kultu bożkom i nieobyczajności.

 Czy coś było na rzeczy?

Historycy nie od dziś zadają to pytanie. Skądś te historie musiały się wziąć, co więcej – część templariuszy potwierdzała je w zeznaniach.

 Zarówno śledczy królewscy, jak i inkwizytorzy stosowali tortury: człowiek przyzna się wtedy do wszystkiego.

To prawda, ale część rycerzy przyznawała się do zarzutów nawet bez użycia tortur. Chodziło więc prawdopodobnie o rytuały inicjacyjne związane ze wstąpieniem do zakonu. Oglądane z zewnątrz, poza kontekstem, mogły rzeczywiście budzić poważne wątpliwości.

W średniowieczu popularne były różnego rodzaju otrzęsiny, m.in. na uniwersytetach. Dziś takie rzeczy dzieją się na koloniach. Templariusze również mieli swoje otrzęsiny, przypominające falę w wojsku. Podczas takiego rytuału odgrywano scenkę złapania młodego adepta przez muzułmanów. Oprawcy zmuszali go do różnych upokarzających czynów, m.in. oddania czci Mahometowi i Allahowi – stąd imiona owych „bożków”: Magometum i Ylla. Było to prostackie i brutalne, ale mieściło się w średniowiecznej obyczajowości. Natomiast plucie na krzyż i akty homoseksualne były albo elementami „dopowiedzianymi” podczas tortur, albo głupimi żołnierskimi zabawami w ramach wspomnianych inicjacji.

Musimy zdać sobie sprawę, że templariusz, pytany np. o wypieranie się Chrystusa, odpowiadał coś w rodzaju: „Tak, zrobiłem to, ale w tym nie chodziło o to, co wam się wydaje”.

W sądzie słabo brzmią takie tłumaczenia.

Otóż to. A chodziło niemal wyłącznie o wyciągniętą z kontekstu sytuację otrzęsin. Jakby tego było mało, spośród tysiąca przesłuchanych rycerzy sześciu przyznało się do aktów homoseksualnych. Nie dziwi mnie to, pewien procent homoseksualistów znajdziemy w każdej populacji.

Natomiast reszta zarzutów była kompletnie wymyślona, a potwierdziły to wyroki sądów kościelnych. Kilka lat temu prof. Barbara Frale odnalazła tzw. pergamin z Chinon z wyrokiem sądu papieskiego oczyszczającym templariuszy z zarzutu herezji. Niestety ów wyrok nigdy nie został upubliczniony. Klemens skutecznie przeprowadził akcję oczyszczenia templariuszy z zarzutów, ale nie powstrzymało go to przed decyzją o kasacie zakonu.

 Dalej bał się króla?

Ostrzeżono go, że jeśli nie poprze Filipa i nie dokona likwidacji templariuszy, to zostanie wyciągnięta sprawa potępienia Bonifacego VIII. Dlatego też na konsystorzu 22 maja 1312 roku zostaje oficjalnie ogłoszona kasata zakonu, a kilka dni później na soborze w Vienne, wobec milczącego tłumu ojców soborowych, zostaje ogłoszony wprowadzający tę decyzję w życie dekret Vox in excelso. Papież nie popisał się odwagą: poświęcił templariuszy, żeby oddalić groźbę zaostrzenia konfliktu z królem Francji.

 Jak argumentowano kasatę, skoro templariusze nie okazali się heretykami?

Stwierdzono, że atmosfera wokół templariuszy jest już tak fatalna, że nie byliby w stanie prowadzić jakiejkolwiek działalności. Dlatego papież, jak napisano, z bólem serca kasuje ten zakon i nakazuje jego członkom przejść do innych zgromadzeń rycerskich. Tak też się stało – większość rycerzy przeszła do joannitów, a na terenie Hiszpanii utworzyli nowe zakony, np. Zakon Rycerzy Chrystusa.

Król Filip Piękny powinien być zadowolony: przejął majątki francuskich templariuszy i doprowadził do likwidacji zakonu. Dlaczego wobec tego Jakub de Molay zginął na stosie?

Dodajmy, że w skarbcach zakonnych król znalazł o wiele mniej pieniędzy, niż się spodziewał – stąd popularne do dziś przekonanie, że zakonnicy ukryli gdzieś swoje bogactwa.

Zarzut herezji wobec templariuszy upadł, ale w sądzie inkwizycyjnym. Sąd państwowy postępował według wytycznych Filipa Pięknego. Jakub de Molay jeszcze przez dwa lata po wyroku sądu papieskiego i kasacie zakonu czekał w paryskich lochach na wyrok. Odwołał wszystkie swoje wcześniejsze zeznania. Postawiło to króla w niewygodnej sytuacji, ponieważ każda osoba oskarżona o herezję miała prawo odwołać się do papieża. De Molay po wyjściu na wolność z pewnością by to uczynił. Filip chciał uniknąć komplikacji międzynarodowych i zdecydował, że ostatnich templariuszy należy się pozbyć.

18 marca 1314 roku Jakub de Molay i preceptor Normandii Geoffroi de Charnay zostali spaleni na stosie jako heretycy. O wielkim pośpiechu świadczy fakt, że odbyło się to niemal bez udziału widzów.

 Czyli de facto Filip Piękny ich zamordował.

Tak, trudno to nazwać inaczej.

 Podobno de Molay, umierając w płomieniach, przeklął króla i papieża…

Źródłem tej legendy jest to, że miesiąc po jego egzekucji zmarł papież Klemens V, a pół roku później Filip IV Piękny. Ludzie próbowali sobie jakoś tłumaczyć, jak to się stało, że obaj główni rozgrywający zeszli z boiska w tak krótkim czasie. Co więcej, w leżące na katafalku ciało papieża trafił piorun i wyleciało ono przez okno. To działało na wyobraźnię i wzmacniało legendę…

Tak skończyła się historia wielkiego zakonu: ludzi, którzy całkowicie poświęcili się Bogu i Kościołowi, a zostali odarci z honoru. Już w starożytności mówiono, że chciwość jest matką wszystkich grzechów. Templariusze stali się ofiarami chciwości: walka między królem i papieżem toczyła się przecież wokół posiadania. A zakon zajmował się w Kościele tym, co najbardziej delikatne i niebezpieczne: pieniędzmi.

Średniowieczni teologowie opisywali chciwość jako umiłowanie pieniędzy i rzeczy w taki sposób, w jaki powinno się miłować bliźniego. Wiedzieli, że w świecie toczy się nieustanna walka między Bogiem prawdziwym a bożkiem – mamoną. Człowiek czci albo Boga, albo bożka. Filip IV Piękny w miejsce człowieka postawił rzecz. Jego grzech doprowadził do zagłady templariuszy.

 Papież też się nie popisał.

Tylko cóż ten zastraszony i ciężko chory człowiek mógł zrobić? W bulli kasacyjnej napisał, że likwiduje zakon z bólem serca i myślę, że to szczere słowa.

Cała ta opowieść o templariuszach nie ma happy endu. Jest to gorzki przykład tego, że pieniądz może stać się prawdziwym bożkiem, który potrafi zatruć serce i doprowadzić do największych zbrodni. Templariuszy nie zniszczyli groźni muzułmanie, ale chrześcijański władca, wnuk świętego króla Ludwika IX, syn najstarszej córy Kościoła – Francji.

Ostatnia bitwa templariuszy
Tomasz Gałuszka OP

urodzony 4 czerwca 1978 roku w Jarosławiu – dominikanin, historyk, mediewista, doktor habilitowany historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor teologii, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, nauczyciel...

Ostatnia bitwa templariuszy
Maciej Müller

urodzony w 1982 r. – studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. W „Tygodniku Powszechnym” odpowiedzialny za dział „Wiara”. Współpracuje r...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze