Moja zupa jarzynowa

Moja zupa jarzynowa

Homilia ma być jak spódniczka mini – na tyle krótka, żeby przyciągała uwagę, i na tyle długa, żeby obejmowała istotę.

Najważniejsze są oczy. Widzisz po prostu, kto cię słucha i jak słucha. A także, czy odpowiada ci, czy nie. Oczami właśnie. Dlatego przed rekolekcyjną konferencją czy kazaniem dobrze jest rozgrzać gardło i szerzej otworzyć oczy. Na gardło świetnie pomaga pyszna, gorąca kawa. A oczy otwierają się najszerzej, gdy ktoś spotka cię po kilkunastu latach i powie: „Ojciec, pamiętam jedno twoje kazanie! Spod ambonki wyciągnąłeś wtedy wielki pocisk i powiedziałeś, że wiara musi być… bombowa!”.

Jak żyć?

Wiele razy pytałem różnych ludzi, co chcą słyszeć na kazaniu? Odpowiedzi, które usłyszałem, można właściwie sprowadzić do wspólnego mianownika: „Powiedz nam, jak mamy żyć”. Wolałbym usłyszeć zupełnie inną odpowiedź. Z dwóch względów.

Mówiąc ludziom, jak mają żyć, w pewnym sensie biorę na siebie także odpowiedzialność za ich życie. A przynajmniej mogę zostać „oskarżony o współudział”. A to oznacza kłopoty. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś, poruszony treścią homilii, przyjdzie wieczorem porozmawiać i pokaże swoje prywatne życie z takiej strony, że księdza wbije z wrażenia w fotel. A ów człowiek wtedy zapyta: „Co mi doradzisz? Powiedz mi, jak z tego wybrnąć? Co teraz zrobić?”.

Wolałbym usłyszeć zupełnie inną odpowiedź, ponieważ to, co ksiądz mówi z ambony, często posklejane jest z różnych refleksji, fragmentów lektury, myśli wpadających na gorąco do głowy. W mediach mówi się, że ktoś wtedy „szyje”. Mnie podoba się inne określenie: zupa jarzynowa. Wrzucam to, co mam pod ręką, byle proporcje zachować i doprawić do smaku. Tak, dobra zupa to często podstawa obiadu, który daje siłę, aby wstać od stołu i zmierzyć się z życiem.

Biorę jednak do serca ludzkie oczekiwania. „Powiedz nam, jak mamy żyć”. No to mówię. Także sobie samemu. Ponieważ kazanie czy konferencja jest przede wszystkim dla mnie. Inaczej bym się zanudził na ambonie, pouczając innych i dając im dobre rady.

Trudne rzeczy

Trudności najzwyczajniej w świecie przytłaczają człowieka. Gdy w życiu coś boli, najlepiej jest po prostu milczeć. Także w kościele. Ale czasami trzeba coś powiedzieć. Zatem najlepiej, żeby kazanie czy homilia były wtedy możliwie najbardziej podobne do milczenia. Jak to zrobić? Myślę, że każdy kaznodzieja ma swoje własne sposoby. Ja najchętniej włóczę się samotnie po lesie. Tam mi się najlepiej myśli i układa proste zdania.

Jeśli już trzeba coś powiedzieć, to wyobrażam sobie, że siedzę z ludźmi przy stole w kuchni. Tyka zegar, pijemy herbatę i rozmawiamy. Szukamy rozwiązania. Albo siły, by przetrwać trudności. Wtedy homilia jest jeszcze bardziej dialogiem, a nie pouczaniem lub przypominaniem pryncypiów.

Czasami, gdy mam powiedzieć homilię w szczególnie trudnej sytuacji, pomoc przychodzi od Boga, czasami od człowieka. Moi przyjaciele stracili dziecko miesiąc przed jego urodzeniem. Przyjechałem na cmentarz. Wyszedł tato dziecka i powiedział do mnie: „Chodź, nie bój się. Modlimy się wszyscy w kaplicy. Jest spokojnie”. Bardzo jestem mu za to wdzięczny. Nie wiem, skąd wiedział, że się wtedy bałem.

Kiedy pomoc przychodzi od Boga? Gdy czujesz, że musisz coś powiedzieć, lecz nie wiesz, dlaczego. Zimny, jesienny poranek. Półprzytomny przychodzę na mszę w kaplicy sióstr klauzurowych. Moje zaspane oczy budzi przepięknie przybrany ołtarz. Kolorowe liście, gałęzie. Wielki, jesienny bukiet przy tabernakulum. Po głowie chodzi mi myśl, żeby podziękować za te śliczności. Ale zaraz druga – „E tam, siostry i tak wiedzą, że to jest ładne, nie wygłupiaj się”. W końcu jednak zwracam uwagę na cudne jesienne barwy i widzę poruszenie wśród sióstr. Po wszystkim dowiaduję się, że to bodaj pierwsze dzieło siostry, która dopiero co zaczęła zajmować się wystrojem kościoła. Teraz już się nie opieram takim myślom. Zbierając tacę, chwaliłem bez końca także gustowne kapelusiki, fryzury, płaszcze, szaliki, kolczyki, torebki i dziecięce zabawki.

Formy

Jaką formę powinno mieć dobre kazanie?

Po pierwsze – dostosowaną do odbiorcy. Przygotowując rekolekcje, pytam wcześniej księdza lub katechetę, z kim się spotkam w kościele. Przed konferencją chodzę między ławkami, spoglądam na ludzi, próbuję się z nimi oswoić. Zerkam do notatek, czy to, co przygotowałem na dzisiaj, jest dla tych konkretnych ludzi, czy trzeba na gorąco coś zmienić.

Po drugie – warto wypracować swój własny styl. To także przyciąga ludzi i daje do myślenia. Kiedyś po rekolekcjach w seminarium jeden z kleryków zapytał mnie, czy nie uważam, że ksiądz powinien być „przezroczysty”, aby sobą nie przesłaniać Pana Jezusa. Nie. Ksiądz powinien mieć swój styl. Wtedy właśnie może nim przepowiadać Pana Jezusa. Do końca życia nie zapomnę kazania o świętości w pięknym barokowym kościółku dawno temu podczas pielgrzymki. Dialogowane kazanie zdychało, zmęczeni wędrowaniem pielgrzymi zasypiali. Ksiądz podniósł głowę i na ogromnej kopule kościoła zobaczył malowidło, które go zauroczyło. Chwycił jakiś stolik, postawił go na środku kościoła, dokładnie pod kopułą, wlazł na ten stolik, patrzył się w górę i opowiadał o postaciach świętych wymalowanych nad głowami ludzi. To był czad! Żadna tam przezroczystość.

Po trzecie – warto się rozwijać. Karierę kaznodziei zaczynałem od głoszenia do młodzieży, potem były zwyczajne msze św. parafialne, po kilku latach odważyłem się na rozmowy z dziećmi, które w końcu stały się moją pasją. Teraz nad kazaniem w języku niemieckim siedzę tydzień, daję do sprawdzenia, drukuję wielkimi literami i czytam powoli. Tutejszemu profesorowi homiletyki się podobało. Był u mnie „na kontroli”. Mówił, że ludzie fajnie słuchali i towarzyszyli mi swoją uwagą.

Gadżety

Niezbędne i konieczne, gdy mówię do dzieci. W innych sytuacjach myślę o pewnej równowadze między słowem a gadżetem. Wykorzystywałem już na ambonie jogurt, klej, malowałem kredą na ścianie i sprejem na papierze przyklejonym na ścianie, na Wigilii Paschalnej używałem wózka z Biedronki, poza tym oczywiście słodycze, anielskie skrzydła, moherowy beret, stara skórzana kurtka, wielka komórka z szarego kartonu, która… oczywiście odbierała SMSy! I dzieci te SMSy mogły odczytywać.

Gdy jeden z moich braci, były żużlowiec, jechał na rekolekcje dla młodzieży, namawiałem go, aby w pełnym stroju wjechał na motocyklu do kościoła. Niestety, nie dał się namówić. Ja nie miałbym takich oporów.

Jak długo?

Przyjęte są powszechnie pewne standardy. Konferencja rekolekcyjna będzie dłuższa od niedzielnego kazania. Słowo w czasie porannej mszy św. to dosłownie 1–2 minuty, ponieważ ludzie spieszą się do pracy i swoich zajęć. Długość kazania wynika także z osobowości kapłana oraz jego przygotowania. Generalnie trzymam się złotej zasady, której nauczyłem się od jednego z moich mistrzów: homilia ma być jak spódniczka mini – na tyle krótka, żeby przyciągała uwagę, i na tyle długa, żeby obejmowała istotę.

Lubię poprosić kogoś, np. na rekolekcjach, aby mi dał wyraźny znak, że mam np. jeszcze pięć minut. W czasie konferencji tracę poczucie czasu, skupiam się na dialogu z ludźmi. Poza tym nie wypada mi przecież w trakcie spotkania patrzyć na zegarek.

A pewnego razu, przed konferencją dla mężczyzn w górskiej wiosce, proboszcz mi powiedział: „Nie rozgadujcie się za bardzo, ojcze, bo chłopy za pół godziny muszą sobie zapalić!”

Lubię śmiech!

Zmarszczone czoło i epatowanie męką Chrystusa, straszenie demonami i cytowanie Jana Pawła II – to wszystko nie dla mnie. Wystarczy na co dzień problemów. Nie idę na mszę świętą, żeby o nich jeszcze w kościele myśleć. A jeśli już o nich myślę i mówię, to chcę wtedy dodać otuchy, nadziei, aby lżej w sercu się zrobiło. I wiernym, i mnie. A także, aby był potem temat do rozmowy w rodzinie, przy obiedzie lub w czasie niedzielnego spaceru.

Chciałem się kiedyś dowiedzieć od dzieci, o co chciałyby zapytać Łazarza, którego wskrzesił Jezus, gdyby go spotkały. Jedna dziewczynka powiedziała: „Ja bym go zapytała, czy będę miała wyróżnienie na koniec roku”.

Lubię także śmiać się z siebie. Podczas rekolekcji dla gimnazjalistów miałem pytanie – dokładnie je sobie zaznaczyłem – dla dziewczyny. Biegając po kościele z mikrofonem, wypatrzyłem taką istotę z długimi włosami wśród kolegów, podszedłem i jeszcze wstęp zrobiłem odpowiedni… że pewne pytania są tylko dla dziewczyn… że chłopakowi takiego pytania bym nie postawił… „Dziewczyna” zapytana przeze mnie odpowiedziała zdumiona: „Ale ja jestem CHŁOPAKIEM!”. Kilkuset gimnazjalistów w wysokim, gotyckim kościele ryknęło śmiechem! Ja oczywiście razem z nimi.

Język

Język homilii to sprawa wciąż dyskusyjna. Co i w jaki sposób wolno powiedzieć lub czego nie wolno? Pamiętam szkolne rekolekcje, w czasie których generalnie posługiwałem się językiem ulicznym i szkolnym. Potem dowiedziałem się, że ta szkoła szczególnie dba o piękno polskiego języka. Ja uważałem rekolekcje za bardzo udane. Nauczyciele – wręcz przeciwnie. Dlatego stale na nowo szukam słów właściwych do wyrażenia wiary, jej wyznania, podzielenia się z drugim człowiekiem. Z ostatnich rekolekcji jeden z uczniów zapamiętał chyba tylko jedno moje zdanie: „Nie ściemniaj na modlitwie!”. Wystarczyło. I mnie, i jemu.

Pomysł

Z pomysłem na homilię bywa ciężko. W początkach kapłaństwa układanie homilii na niedzielę zaczynałem już w poniedziałek. Czasami przy śniadaniu w kuchni szukałem natchnienia w kazaniu na mszy św. radiowej. Homilie księdza Edwarda Stańka nieraz niemalże uratowały mi życie.

Są klasztory, w których bracia spotykają się specjalnie po to, aby rozważać czytania na niedzielę i dzielić się spostrzeżeniami. Czasami przy kawie ktoś strapiony pyta, co mówisz dzisiaj na kazaniu, bo nie może znaleźć punktu wyjścia. Nie mam problemu z dzieleniem się homiliami, moje notatki i nagrania wideo są w Internecie. Żałuję tylko, że nie mam czasu na ich regularne nagrywanie i publikowanie. Cieszę się, gdy ktoś z nich skorzysta. Spłacam w ten sposób dług wdzięczności wobec moich mistrzów.

Czytałem gdzieś o sytuacji, w której ksiądz w czasie mszy puszczał wiernym na ekranie homilię innego księdza, wydaną na CD. Coś takiego uważam już jednak za dziwactwo.

Czytać czy mówić?

Jeden ze znajomych księży głosił rekolekcje dla pewnej wspólnoty we Włoszech. Opowiadał mi potem, że szczególnie dobrze przygotował wstęp i naturalnie konferencję zaczął z pamięci, potem planował posługiwanie się notatkami. Ludzie poczuli się obrażeni. W kwestii korzystania z tekstu na kartce w mojej monachijskiej parafii jest podobnie – czytasz, zatem jesteś przygotowany, kazanie przemyślałeś. Szacunek!

Przy najmniejszym kazaniu mam zapisane punkty. Mam wtedy poczucie bezpieczeństwa, czuję się pewniej. Słowa na kartce są kluczami do pamięci. W trakcie mówienia otwierają wiele drzwi. Często dużo więcej niż kaznodzieja planował na początku.

Źle i długo

Do zakrystii wtoczył się okrąglutki, jowialny gość z innego zakonu. Przedstawił się, zapytał o możliwość koncelebrowania południowej mszy św. Ujęty uprzejmością gościa główny celebrans zapytał, czy nie zechciałby powiedzieć krótkiej homilii. Gość przez chwilę grzecznościowo się wzbraniał, ale oczywiście dał się przekonać.

Po wysłuchaniu tej homilii wiem, że dosłownie o niczym można mówić przez pół godziny. Współbracia zdążyli zjeść obiad, odmówili modlitwę południową i przez okienko w domowej kaplicy wychodzące na prezbiterium podsłuchiwali bicia piany, i pękali ze śmiechu. Także z tego powodu, że muszę tam siedzieć i słuchać tych bredni z poważną miną. Nie muszę chyba dodawać, że tego dnia po mszy św. gdzieś szczególnie się spieszyłem…

Na tym świecie nie ma póki co odpowiedzialności za głoszone kazanie. W ramach żartu – mam nadzieję, że w czyśćcu jest jakieś specjalne miejsce dla kaznodziejów, którzy w ramach oczyszczenia muszą wysłuchiwać swoich własnych, nudnych kazań. Albo – je poprawiać.

Tutaj musisz powiedzieć coś rzeczywiście idiotycznego, żeby ktoś zwrócił ci uwagę. Generalnie ksiądz jest panem i władcą, najmądrzejszym i namaszczonym do pouczania innych. Być może z tego właśnie braku odpowiedzialności poziom głoszenia bywa katastrofalny.

Gdyby jednak kaznodzieja miał na bieżąco wgląd w myśli, które pojawiają się w ludzkich głowach w czasie nudnego kazania, to albo wziąłby się do roboty, albo uciekł na koniec świata. Dobrze przygotowane i przemyślane Słowo to wielka odpowiedzialność. Szczególnie w naszych czasach, gdy wierni nie dadzą już sobie wcisnąć kitu, gdy mają do dyspozycji media i mogą porównywać poziom różnych wypowiedzi, w tym także poziom homilii.

Wiele grzesznych myśli w kościele to efekty działania nie tyle złego ducha, ile złego mówcy…

Moja zupa jarzynowa
Marek Kosacz OP

urodzony w 1966 r. – dominikanin, twórca portalu lutownica.dominikanie.pl dla katechetów, mieszka na Wiktorówkach. Aktywny na...