Siedem grzechów głównych

Siedem grzechów głównych

, 0 recenzji

Kazanie nie powinno trwać dłużej niż 12 minut, jeżeli ksiądz nie chce, by jego słuchaczy spotkał los nowotestamentowego Eutycha. W polskim Kościele jednak tak krótkie, przemyślane, płynące z serca kazanie to rzadkość.

Homiletikos” to po grecku „miły, towarzyski”. „Homilia” to „rozmowa”. „Homilos” – zebranie. Same dobre skojarzenia. – Mój Boże! – zawołała znajoma dominikanka, gdy o tym rozmawialiśmy. – Kazania mojego proboszcza powinno się nazywać „bareta”. Od greckiego: „baretos” – „nudny”.

Amerykańskie podręczniki mówią, że kazanie nie powinno trwać dłużej niż 12 minut, jeżeli ksiądz nie chce, by jego słuchaczy spotkał los nowotestamentowego Eutycha, który – znudzony przedłużającą się mową św. Pawła – zasnął na jego kazaniu i spadł z trzeciego piętra, zabijając się na miejscu (Dz, 20). Na szczęście święty przywrócił go do życia. „Nieszczęśliwy ten przypadek powinien być ostrzeżeniem dla niektórych naszych kaznodziejów, którzy przed wygłoszeniem na pewno mniej fascynującego kazania powinni uważnie przeczytać Łukaszowe opowiadanie i wyciągnąć z niego praktyczną naukę. Zwłaszcza że nikt spośród nich nie potrafiłby w razie nieszczęśliwego wypadku wskrzesić młodzieńca” – pisze Roman Brandstaetter w swoim Kręgu biblijnym.

Czy naprawdę jest aż tak źle

„Wychodzę z kościoła udręczony”. Takie słowa zanotował po niedzielnej mszy świętej Daniel Rops, dwudziestowieczny katolicki pisarz i myśliciel. Udręka Ropsa brała się stąd, że kaznodzieja postanowił przeciwstawić „dzieci światłości’ – to znaczy tych, którzy przyszli na mszę – „synom ciemności”. „To znaczy – notuje pisarz – jeśli dobrze zrozumiałem – reszcie ludzkości”. Czy to było złe zestawienie? Nie. Kaznodzieja mówił dobrze, ale nie dobrał tematu pod kątem osób, które znalazły się w kościele.

Sam mógłbym podobnie napisać o kazaniu, którego wysłuchałem w swojej parafii w pierwszą niedzielę maja. Przyjechał do nas zacny misjonarz z Białorusi. Niewątpliwie wiele przeszedł i miał do opowiedzenia całą masę niesamowitych przygód. Domyśliłem się tego wszystkiego już w momencie, w którym ksiądz – krępy, przysadzisty, dobrze po pięćdziesiątce – zamaszystym ruchem zdjął z nadgarstka zegarek i położył przed sobą. Następnie rozstawił szeroko nogi, oparł się wygodnie o kamienną ambonkę i – znalazłszy w ten sposób pewny punkt oparcia – jął przez 55 minut opowiadać o tym, co zdarza mu się podczas pracy na misjach. Był to ciąg zupełnie niepowiązanych z sobą anegdot, naszpikowanych obco brzmiącymi nazwami miejscowości i historiami zupełnie nieznanych nam ludzi, które niczego nie wnosiły do mojego przejęcia się Ewangelią. Przemieszane to było z ogólnie dostępną wiedzą o Białorusi i przaśnymi, a starymi kawałami. Na koniec zwrócił się z prośbą o pomoc finansową, a ja widziałem na twarzach moich współbraci to samo, co przyszło wtedy do głowy i mnie: „ Oczywiście, że wspomogę! Zrobię wszystko, byleby ksiądz przestał gadać!”. Ach, prawda – kazanie owo wygłaszane było podczas mszy dla dzieci. Można sobie wyobrazić, ile z niego zrozumiały kilkuletnie brzdące.

Takich historii można by przytaczać więcej. Każdy słyszał równie długie, nudne homilie. A jeśli nie słyszał ich sam, to ktoś mu o nich opowiadał. Czy to znaczy, że kazania głoszone w Polsce są do niczego? Czy od świętego Pawła do dziś nic się nie zmieniło? Raczej nie. W Polsce księża mówią, co prawda, coraz lepsze homilie. Zdarzają się kapłani przykuwający uwagę słuchaczy każdym słowem. Mówiący smacznie, z wyczuciem – i wcale niekrótko. Takim księdzem jest np. Piotr Pawlukiewicz, którego homilie krążą w Internecie. Ale polski kaznodzieja popełnia też grzechy. I to grzechy ciężkie!

Grzech pierwszy: kazanie sobie, życie (księdza) sobie

Ilu jest kaznodziejów w Polsce? Tylu, ilu księży w parafiach. Do tego trzeba jeszcze doliczyć przyjezdnych misjonarzy, rekolekcjonistów z zagranicy, diakonów głoszących niedzielne kazania… Liczba robi się spora. A tymczasem szkoła dla głoszących słowo Boże jest tylko jedna: Krakowska Szkoła Kaznodziejów. Oczywiście – w każdym seminarium duchownym jest katedra homiletyki, wchodząca najczęściej w skład katedry teologii. Homiletyki, czyli „sztuki układania kazań”. Ale to nie wystarcza. Młodzi księża wychodzą z seminariów z solidną teoretyczną wiedzą na temat głoszenia słowa Bożego. Ale z praktyką bywa ciężko. – Jeśli miałbym wymieniać grzechy polskich kaznodziejów, to jednym z głównych byłoby nieprzystawanie tego, co się głosi z ambony, do tego, jak się żyje – mówi ks. prof. Wiesław Przyczyna, kierownik studiów dla kaznodziejów w Krakowskiej Szkole Kaznodziejów. – Jest taka zasada wywodząca się od świętego Augustyna: „Karmię was tym, czym sam żyję”. Jeśli ksiądz żyje internetowymi wiadomościami, serialami w telewizji i kolorowymi pismami, to czym może karmić swoich słuchaczy?

Sprawa ma jeszcze inny aspekt: księża nie pogłębiają swego życia duchowego. Żyją tym, co przyniesie net. Nie wszyscy księża, nawet nie większość. Ale wielu. Więc byle co konsumując, byle co „sprzedają” na ambonach.

Jest jeszcze głębszy problem. Jeśli ksiądz głosi, że trzeba być trzeźwym, a sam jest nieleczącym się alkoholikiem (o czym oczywiście cała parafia wie), albo jeśli namawia do Bożego życia z jedną żoną, a tymczasem sam ma kobietę gdzieś na wsi… Fałsz głoszonych nauk, rozdźwięk między słowem wygłaszanym z ambony i życiem jest wtedy nadto widoczny. Tak było na przykład w pewnej niedużej parafii w środkowej Polsce, skąd na przełomie lat 80. i 90. odeszło dwóch księży. Jeden wikariusz zrzucił sutannę, założył rodzinę i został taksówkarzem. Jeździł po tym samym mieście, w którym nauczał, woził swoich niegdysiejszych parafian, a na pogardliwe „księżulu – do knajpy, ale migiem!” – z czasem przestał reagować.

Drugi kapłan zrzucił sutannę też dla kobiety. Ma prywatny biznes w tym samym mieście, w którym głosił kiedyś natchnione kazania. W efekcie wielu ludzi przestało chodzić do spowiedzi. Ci, którzy chodzą, mają wątpliwości. Klasyczne zgorszenie, nieprzystawalność życia do głoszonych kazań, aż nadto jaskrawa.

Grzech drugi: kazanie sobie, życie (wiernych) sobie

Mała górska parafia. Trafiam do kościoła wypełnionego po brzegi góralami. Ci ludzie mają swoje spokojne, powolne życie: orzą, sieją, zbierają, hodują krowy albo wypasają owce. Tymczasem na ambonce staje młody ksiądz, na oko niedługo po święceniach. I opowiada o zagrożeniach wielkiego współczesnego świata na przykładzie wielkiego miasta: o nocnych klubach z hazardem, narkotykach itp. Mówi niedługo, mądrze. Ale – widzę – ludzie słuchają z grzeczności. Po wyjściu z kościółka słyszę, jak jeden góral mówi do drugiego: „dużo godoł, ale nic nie pedzioł”. Nie ich życie, nie ich problemy.

– Ten grzech – grzech nieprzystawalności głoszonego słowa do życia parafian – zachodzi wtedy, gdy ludzie nie otrzymują podczas kazania odpowiedzi na problemy, które ich nurtują. Odpowiedzi inspirowanych oczywiście Pismem Świętym i nauką Kościoła – podkreśla ks. Przyczyna.

W ten sposób zgrzeszył także „mój” misjonarz z Białorusi. Mówił tak, jakby mówił do całego wszechświata. A zatem nie trafił do nikogo.

Mówić do konkretnego człowieka. Świetnie rozumieli to jezuici. Już w XVII i XVIII wieku tworzyli coś w rodzaju bazy danych, zawierających przykłady kaznodziejskie. Ważne było, aby te przykłady ściśle dotyczyły życia tych, do których przemawiali. A więc w budzące grozę egzempla wplatali nazwiska donatorów klasztornych (tych zazwyczaj spotykało pasmo pośmiertnych nagród) na równi ze szkodnikami, pustymi kobietami, złodziejami wymienianymi z nazwiska (ci z kolei zasługiwali na wymyślne męki). Im osoba była bardziej znana w Polsce, tym lepiej dla kaznodziei, który posługiwał się nią jako złym lub dobrym przykładem. Zawsze jednak obudowując ów przykład wiarygodną historią: jak to któryś parafianin widział taką zbłąkaną duszę, co mówiła, jak wyglądała. Szło przecież o uwiarygodnienie przykładu wykorzystanego w kazaniu.

Grzech trzeci: atrakcyjność za wszelką cenę

Kaznodzieja nie ma łatwo. Jeśli opowiada rzeczy nieprzystające do życia parafian – niedobrze. Jeśli chce za bardzo zbliżyć się do ludzi, za wszelką cenę przykuć ich uwagę – też źle. I to bardzo.

Niedziela Dobrego Pasterza w jednej z parafii gdzieś w Polsce. Kończy się ewangelia. Ksiądz głoszący kazanie otwiera nagle boczne drzwi kościoła, wchodzi do środka, bierze na ramiona jedną z dziewczyn i niczym zagubioną owieczkę niesie aż do ołtarza. Zdezorientowani ludzie chichoczą. Zaczyna się kazanie – mało kto słucha z uwagą. Wszyscy żyją niedawnym ekscesem. A ksiądz chciał tylko unaocznić, jak bardzo dobry jest Jezus.

Inny przykład: w czasie wielkopostnego kazania o wstrzemięźliwości od alkoholu, ksiądz nagle wyciąga spod ambony reklamówkę z puszkami po piwie i rozsypuje je po kościele. Ks. Przyczyna: – To przerost formy nad treścią. Obserwuję czasem, że księża podczas kazań używają środków, które do niczego nie prowadzą. Są celem same w sobie. Skupiają na sobie uwagę słuchaczy, nie prowadząc głębiej. Tutaj – zdaniem ks. profesora – dużą winę ponoszą media. To one wyznaczyły sobie i zapraszanym przez siebie gościom rolę zabawiaczy. Przyzwyczaiły w ten sposób odbiorców, że co nie jest zabawne, atrakcyjne – nie ma wartości. – Tendencja do zabawiania przechodzi teraz także, niestety, na księży głoszących kazania. Ludzie chcą zabawy. Nie chcą poważnych, głębokich przemyśleń. Widać to dobrze na przykładzie telewizji: jeśli coś jest za trudne, ludzie zmieniają program. Księża zafascynowani kulturą masową próbują naśladować pewne zachowania typowe dla mediów. Używają takich środków, żeby być atrakcyjni. Stąd ta dziewczyna na ramionach albo rozsypywane puszki. Stosowanie takich urozmaiceń jest do przyjęcia (też: nie zawsze) w homiliach dla dzieci. Gdy ksiądz w czasie kazania dla dorosłych zachowuje się jak szołmen, czasem jest to na granicy dobrego smaku.

Idealnym użyciem rekwizytu podczas kazania wydaje się zdarzenie, o którym wspomina ksiądz Jan Twardowski. Gdy był dzieckiem, podczas którejś z mszy na ambonę – jeszcze usytuowaną wysoko, z drzwiczkami, ze schodkami – wgramolił się niemłody już kapłan. Miał mówić coś o przemijaniu, życiu wiecznym… Zanim zaczął, potrącił jednak trupią czaszkę, która leżała pod balustradą. I owa czaszka, na oczach wiernych sturlała się z łoskotem – schodek po schodku – aż na sam dół. Ksiądz mężnie wytrzymał ciszę, potoczył po zebranych spojrzeniem i powiedział – „Amen”. Wystarczyło. Mały Jan zapamiętał kazanie do końca życia.
– Kaznodzieje dzisiaj chcą zaspokoić gusta ludzi – mówią ci, którzy ich szkolą. A te z każdym rokiem są coraz niższe. Księża schodzą więc coraz niżej za gustami ludzi, chcąc się im przypodobać. Tworzy się błędne koło.

Grzech czwarty: język

Podczas homilii wielu księży najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie z językiem polskim. Dlaczego? – To bardzo trudne zagadnienie. Podczas kazania mówimy przecież językiem wywodzącym się z ziemi o rzeczach nieziemskich. Zatem choćby stąd już bierze się trudność – tłumaczą. Dalej: księża wychodzący z seminarium naszpikowani są terminologią specjalistyczną, naukową, teologiczną. I te terminy przenoszą na ambonę, nie tłumacząc ich ludziom. Tworzy się specyficzny żargon teologiczny, którego ludzie nie rozumieją. Ów żargon stanowi dla kapłanów wygodny pancerz, w którym chronią się nie tylko podczas kazań.

Nieduża parafia w diecezji bydgoskiej. Przychodzą narzeczeni, by ustalić termin ślubu.

– Ale proszę państwa – mówi ksiądz, zapisując w księdze parafialnej wszystko, co trzeba zapisać przy takiej okazji. – Trzeba jeszcze odbyć trzy spotkania z doradcą życia rodzinnego. Czyli w tym wypadku ze mną.
– Po co? – denerwuje się chłopak.
– No wie pan, żeby przygotować się do życia małżeńskiego.
– Ale my jesteśmy dorośli. Wiemy, co trzeba.
– No proszę pana, jednak nie wszystko. Są sprawy płciowości dostępne wyłącznie małżonkom. Małżeńskie spotkanie intymne to ołtarz, na którym małżonkowie nawzajem ofiarują się sobie.
– Nie rozumiem – przerywa mężczyzna, patrząc staremu proboszczowi prosto w oczy. – Nie rozumiem, o czym ksiądz mówi.
– No cóż – plącze się ksiądz. – Mąż i żona… po ślubie oczywiście, wchodzą ze sobą w szczególne relacje. Jak mówi Pismo: zbliżają się do siebie, poznają się od tej najpiękniejszej strony. Są dla siebie ołtarzem, jak powiadam, składają na tym ołtarzu ofiary…
– Czy ksiądz chce z nami porozmawiać o małżeńskim współżyciu? – pyta dziewczyna.
– O właśnie, właśnie tak – cieszy się proboszcz, zadowolony, że niewygodne słowo padło z drugiej strony.

Taki sam język pojawia się podczas kazań, szczególnie na mszach odprawianych z okazji ślubu czy kolejnej jego rocznicy.

Druga strona medalu to język zbyt mocno wzorowany na potocznym. Próba zejścia do poziomu ulicy. – To jest niedobre. Nie to miejsce ani nie ta materia. Ten język jest tak ubogi, że nie poradzi sobie z pewnymi prawdami, które kaznodzieja chce przekazać – uważa ks. prof. Przyczyna.

Złoty środek? – Nazywamy to językiem doświadczenia ludzkiego. To język, którym ludzie na co dzień mówią o własnych doświadczeniach – i tych codziennych, i tych religijnych. Tego języka trzeba słuchać, zanim wyjdzie się na ambonę głosić. Gdyby księża przysłuchiwali się, jak o sprawach wiary mówią ludzie świeccy, wiele mogliby się nauczyć.

A dlaczego się nie przysłuchują?

Grzech piąty: pycha

Księża wykładający homiletykę w seminariach mówią raczej o „problemie opozycji: osoba świecka – duchowny”. – Świecki ma swoje miejsce w Kościele wyznaczone od wieków. To jest jakby (w świadomości duchownych) druga kategoria ludzi.

Po drugie: księżom wydaje się, że są specjalistami od teologii, od wiary. Pokutuje czasem myślenie: „Czego ja się mogę nauczyć od świeckiego? To ja mam misję, nie on”. Ale to misja w niedobrym znaczeniu. Wydaje się im, że mają wyjść do ludzi i pouczać ich, a nie mówić do nich o kwestiach wiary – konkluduje ks. Przyczyna.

Znamienne, że właśnie grzechowi pychy wiele miejsca poświęcają księża w czasie kazań. I to nie od dzisiaj. W Historiach dziwnych i straszliwych – zbiorze siedemnastowiecznych przykładów homiletycznych – grzech pychy pojawia się nader często, a obrazowany jest najdziwniejszymi opowieściami. Jak ta o pysznej „nieprzyjaciółce jezuitów” z Krakowa, która po śmierci jako upiór pojawiać się miała (zdaniem kaznodziejów) w swoim domostwie, nakłaniając panny służebne, by całymi nocami stroiły i malowały jej trupa.

Grzech szósty: świeckie rozumienie głoszenia

Czasem kapłan zagalopuje się w drugą stronę. Zapomni w ogóle, że ma jakąkolwiek misję do spełnienia. Konkretnie – misję głoszenia słowa Bożego. I będzie chciał mówić do ludzi z ambony tak, jak świecki do świeckiego, robiąc z kazania pogawędkę. To też niedobrze. Kazanie to przecież nie rozmowa na tematy religijne równego z równym. Ksiądz jest celebransem, jako taki wygłasza homilię. Musi więc mieć świadomość, że występuje w imieniu Boga. On użycza Bogu intelektu, serca, zdolności – ale również stawia bariery w postaci własnych ograniczeń. Jeśli będzie niedokształcony, Pan Bóg się nie przebije. Księżom często brakuje świadomości, do jak ważnej misji zostali wezwani. Traktują to na płaszczyźnie antropologicznej, po ludzku. Brak im świadomości, że są tylko narzędziem.

Grzech siódmy: ściąganie na potęgę

Wspomniani jezuici wiedzieli, że dobry przykład ubarwi kazanie. Przygotowali tych przykładów setki, dali do ręki swoim ojcom, jednak żaden z nich nie ważył się nigdy wyjść na ambonę i przeczytać z księgi, słowo w słowo to, co tam napisano.

Jestem na wakacjach w nadmorskiej parafii. Na ambonę wychodzi ksiądz. Przed sobą kładzie jakiś skrypt i zaczyna zeń czytać. Dla niepoznaki robi krótkie przerwy i raz jeden moduluje głos. Wychodzę z kościoła z wrażeniem, że niczego nie pamiętam z kazania – przecież krótkiego, przecież mądrego i do rzeczy.

W Polsce kopiowanie (głównie z Internetu) kazań i wygłaszanie ich jako własne stało się problemem na tyle ważnym, że w 2008 roku w Księgarni Świętego Wojciecha ukazała się książka Ściągać czy nie ściągać? Wynika z niej, że procent kapłanów ściągających homilie z sieci wciąż rośnie. Dlaczego? Głównie dlatego, że księża nie traktują słów swojego współbrata zawieszonych w sieci jako jego własności intelektualnej. Innymi słowy: nie czują, że kradną. Ksiądz Maciej K. Kubiak, redaktor naczelny miesięcznika „Biblioteka Kaznodziejska” i współautor książki, powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że gdy pisał ową pozycję, chodziło mu „o szacunek dla drugiego człowieka, a także o uwrażliwienie kleryków”. – Właśnie tam powinna zacząć się solidna praca: w seminarium, nad klerykami – mówi znajoma dominikanka, zastrzegając, iż „widzi, że i tak z kazaniami w Polsce jest coraz lepiej”.

Siedem grzechów głównych
Jacek Kowalski

urodzony w 1972 r. – absolwent polonistyki na UAM w Poznaniu, dziennikarz „Gazety Wyborczej” w Bydgoszczy. Mieszka w Kruszwicy. Jest żonaty, ma trzech synów....