Pytanie Boga
W czasie soboru watykańskiego II nie brakowało ostrych sporów i kłótni – chociaż bez wulgaryzmów i mordobicia. Ojcowie soborowi wyłączali sobie nawzajem mikrofony, obrażali się – jeden z nich przez parę tygodni nie pojawiał się na obradach.
Anna Sosnowska: Trzy miesiące po wyborze na Stolicę Piotrową papież Jan XXIII zwołuje sobór. Dzisiaj media skomentowałyby tę decyzję tak: „Szok i niedowierzanie!”.
ks. Robert Skrzypczak: To było 25 stycznia 1959 roku w Bazylice św. Pawła za Murami, podczas mszy na zakończenie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Liturgia dłuży się kardynałom, być może myślami są już na obiedzie w opactwie benedyktynów, a tu nagle takie zaskoczenie. Jan XXIII ogłasza dwie decyzje: pierwszą o zwołaniu synodu diecezjalnego dla Rzymu, o czym się mówiło od dawna, oraz drugą – o zwołaniu powszechnego soboru dla całego Kościoła.
Dlaczego posunięcie papieża wywołało takie zdziwienie?
Wybór Jana XXIII traktowano trochę jak przymusowe lądowanie Ducha Świętego. Sytuacja po śmierci papieża Piusa XII była analogiczna do tego, co się działo po śmierci Jana Pawła II – po wielkim pontyfikacie należało znaleźć kogoś, kto sprostałby swojemu poprzednikowi. Dlatego wybór 77-letniego, jowialnego i dobrotliwego patriarchy weneckiego Angela Roncallego kardynałowie traktowali raczej jako danie sobie czasu do namysłu. Nie spodziewali się po Janie XXIII żadnego specjalnego ruchu, a już na pewno nie rewolucji w Kościele. Jednak to zaskoczenie wynikało również z innych powodów.
Jakich?
Poprzedni sobór z 1870 roku został przerwany działaniami włoskich wojsk zjednoczeniowych.
Przez co nie został oficjalnie zakończony.
Takie próby podejmowali papieże Pius XI i Pius XII. Pius XII zwołał komisję teologiczną, która miała wybadać warunki zamknięcia Soboru Watykańskiego I. Jednak komisja stwierdziła, że Kościół nie ma ani takiej możliwości, ani potrzeby. Poza tym na Soborze Watykańskim I ogłoszono dogmat o nieomylności papieża, więc wielu teologów uważało, że sobory są już niepotrzebne.
Czy przed oficjalną zapowiedzią zwołania Vaticanum II ktoś wiedział o planach Jana XXIII?
Chyba jedynie kardynał Domenico Tardini, ówczesny sekretarz stanu. O skali zaskoczenia świadczy to, że następnego dnia oficjalny dziennik watykański „L’Osservatore Romano”, który wszystko, co powie czy zrobi papież, wrzuca na pierwszą stronę – choćby to było tylko chrząknięcie – nie tylko nie opublikował przemówienia Jana XXIII, ale umieścił jedynie krótką notkę na ten temat w kronice wydarzeń gdzieś w środku gazety. Jakby sami dziennikarze nie dowierzali temu, co Ojciec Święty powiedział.
Myśleli, że papieżowi coś się niechcący wyrwało i dlatego lepiej tego nie nagłaśniać?
Raczej zinterpretowali papieskie przemówienie jako pragnienie Jana XXIII, marzenie, z którego ostatecznie nic nie będzie.
Łatwo się domyślić, że w kurii rzymskiej zawrzało.
Większość kardynałów wzięła na przeczekanie. Założyli, że zorganizowanie soboru po prostu się nie uda. To jest tak wielkie przedsięwzięcie – również od strony logistycznej – że papież zwyczajnie nie dożyje tego momentu. Ale Jan XXIII, wiedząc o tym, przyśpieszał cały proces przygotowań. Miałem okazję odwiedzić w zeszłym roku kardynała Lorisa Capovillę (w październiku obchodzi swoje setne urodziny), osobistego sekretarza Jana XXIII. Ciało już słabiutkie, ale umysł i wewnętrzna energia robią wrażenie. Opowiedział mi wtedy taką historię: Jadą sobie z papieżem samochodem i w pewnym momencie Jan XXIII mówi: „Loris, co ty myślisz o tym wszystkim?”
To już było po ogłoszeniu soboru?
Tak. Loris milczy. Papież wraca do tematu: „Loris, pytałem cię, jakie masz wrażenia po tym, co powiedziałem?” Loris milczy. W końcu Jan XXIII mówi: „Loris, to trochę niegrzeczne nie odpowiadać papieżowi.” Na co Loris: „Ojcze Święty, nas w seminarium uczono, że jeśli się w czymś nie zgadzasz ze swoim przełożonym, to milcz.” I wtedy papież powiedział: „Loris, Loris, ja wiem, że ty to robisz z miłości do mnie, bo chciałbyś mi oszczędzić przykrości i trudności, ale ja jestem wewnętrznie przekonany, że muszę to zrobić.” Kardynał Capovilla chciał przez to podkreślić boskie pochodzenie inspiracji do zwołania soboru.
Przygotowania ruszyły pełną parą.
Sekretarz stanu kardynał Tardini przejmuje inicjatywę i jeszcze w 1959 roku rozsyła na cały świat ankiety.
Jan XXIII potraktował sprawę bardzo szeroko i po prostu zapytał w nich, jakimi zagadnieniami powinien się zająć sobór. Ankiety trafiły do wszystkich biskupów świata, patriarchów, przełożonych generalnych większości zakonów oraz władz uniwersytetów katolickich. Odpowiedzi napływały do końca 1959 roku i rzeczywiście było ich dużo.
Zebrano je w dwanaście tomów.
Raczej tomiszczy. Miałem okazję grzebać w tych archiwach.
I na co ksiądz w nich natrafił?
Zdarzały się odpowiedzi złożone z trzech, czterech zdań, ale i wielkie elaboraty. Wśród nich znalazłem też odpowiedzi polskich biskupów. Jedna z lepszych została wysłana przez wikariusza kapitulnego Archidiecezji Krakowskiej, biskupa Karola Wojtyłę. Podczas gdy inni się koncentrowali na sprawach kanonicznych, np. postulowali reformę brewiarza, przemyślenie obrzędów konsekracji kościoła czy święceń biskupich, Karol Wojtyła na siedmiu stronach pokazał wizję człowieka, który jest w trakcie przemyśliwania sprawy Kościoła. Napisał coś takiego: „Świat się zmienia i wielu ludzi nie rozumie już ani istnienia, ani misji Kościoła. Zwołując sobór, Kościół daje sobie niepowtarzalną okazję, żeby dokonać nowej autoprezentacji przed światem.” Wojtyła zaproponował też, by w tej nowej prezentacji nauczania i moralności chrześcijańskiej zastosować klucz personalistyczny, czyli wyjść od osoby, od jej bezwzględnego dobra. Mówił: „Nie tyle ważne jest to, kim jest człowiek i czym jest Kościół, ale to, co się dzieje z człowiekiem włączonym w ten Kościół.”
Kiedy przeglądał ksiądz te odpowiedzi, znajdował ksiądz w nich już jakieś myśli, intuicje, które potem pojawią się w soborowych dokumentach?
Nie. Większość z nich dotyczyła po prostu kwestii dyscypliny i liturgii. Mało jest takich wypowiedzi, które proponowałyby globalną wizję, przedefiniowanie niezmiennego nauczania Kościoła czy wprowadzenie nowego języka, który potem stanie się marką wyróżniającą ten sobór. Dlatego na pierwszym etapie obrad sobór był jedną wielką niespodzianką.
Co się działo dalej z tymi ankietami?
W czerwcu 1960 roku, w Zesłanie Ducha Świętego – zresztą całe postępowanie Jana XXIII będzie jakoś zdeterminowane tym wydarzeniem z Wieczernika – papież specjalnym motu proprio Superno Dei nutu puszcza w ruch machinę przygotowawczą. Wyznacza 10 komisji tematycznych, których zadaniem będzie opracowanie ankiet i przygotowanie tzw. schemata, czyli projektów dokumentów. Miały być one przedstawione pod rozwagę i dyskusję ojcom soborowym, ewentualnie przez nich poprawione i zatwierdzone. Najpierw powstało 59 schemata.
Dużo.
Dlatego papież kazał je zredukować do 16.
Ważną rolę odegrali na tym etapie przedstawiciele kurii rzymskiej.
Tak, ponieważ przewodniczącymi komisji zostali głównie biskupi stojący na czele dykasterii kurii rzymskiej, czyli absolwenci uniwersytetów, na których dominowała tzw. szkoła teologiczna rzymska.
Co ją cechowało?
Przede wszystkim podejście neoscholastyczne, czyli wizja Kościoła koncentrującego się na jego strukturze hierarchicznej, konserwowaniu depozytu wiary, dyscyplinowaniu środowiska chrześcijańskiego i nieufności wobec świata. To była teologia bardzo elegancka, pedantyczna, świetnie uporządkowana i uargumentowana. Doskonale nadawała się do apologetycznej debaty, natomiast była mało przydatna, jeśli chodzi o zrozumienie działania Boga w życiu konkretnego człowieka.
Papież wyznaczył rozpoczęcie soboru na 11 października 1962 roku.
Wcześniej, w grudniu 1961 roku, odpowiednim dokumentem zamknął poprzedni sobór i ogłosił, że ten będzie się nazywał Soborem Watykańskim II. Przed jego inauguracją Jan XXIII dowiedział się, że ma nowotwór żołądka i zostało mu parę miesięcy życia. Świadomy, że nie dokończy tego dzieła, i tak rzuca się na to przedsięwzięcie, bo wierzy, że Bóg prowadzi Kościół.
W czasie inauguracji Vaticanum II Ojciec Święty wygłasza przemówienie Gaude Mater Ecclesiae.
Zamknął się na tydzień w baszcie św. Jana w Pałacu Apostolskim, żeby je szlifować.
Napisał to przemówienie sam?
Tak, ale skonsultował je z kilkoma osobami: z kardynałem Tardinim, ze specjalistą od łaciny oraz ze swoim sekretarzem Lorisem Capovillą. W wystąpieniu papieża pada kilka bardzo ważnych stwierdzeń: sobór będzie miał charakter duszpasterski a nie doktrynalny, czyli jego zadaniem nie jest zwalczenie jakichś herezji czy ogłoszenie nowej prawdy wiary. Kościół odstępuje również od posługiwania się biczem anatemy [potępienia – przyp. red.]. Chce raczej używać lekarstwa miłosierdzia. A zamiast karać opornych, będzie na nowo przedstawiał pozytywną perspektywę chrześcijaństwa i w ten sposób zachęcał do odnowy. Sobór rozpoczyna się w momencie bardzo trudnym dla świata, jednak papież występuje przeciwko prorokom pesymizmu, którzy wszystko widzą w czarnych barwach i oczekują już tylko jednego – końca świata. Jan XXIII chce w swoim przemówieniu podkreślić, że chrześcijaństwo może wnieść w życie człowieka przemianę i radość.
Ale wystąpienie Ojca Świętego nie zostało zbyt dobrze ocenione. Mówiło się, że było przeciętne.
Papież przemawiał po łacinie, więc mało kto go zrozumiał, od świata mediów zaczynając. Poza tym w 2001 roku odkryto pewną rzecz – między treścią inauguracyjnego przemówienia po łacinie a tekstem w języku włoskim, który ukazał się w „L’Osservatore Romano”, pojawiły się różnice.
Znaczące?
Może nie fundamentalne, ale użyto innych sformułowań, a przede wszystkim inaczej postawiono akcenty. Tymczasem przez wiele lat za punkt odniesienia uznawaliśmy właśnie tekst włoski. Do dzisiaj nie wiemy, kto za to tłumaczenie odpowiada.
Rozpoczyna się pierwsza sesja soboru. I pojawiają się pierwsze niespodzianki.
Pierwsze, historyczne zgromadzenie ma miejsce dwa dni po inauguracji. Temat obrad dotyczy sformułowania nowych komisji soborowych. Ojcowie soborowi dostają gotowe listy z nazwiskami zaproponowanymi przez poszczególne dykasterie kurii rzymskiej. Ale do mikrofonu dopadają biskupi, którzy wcześniej nie zgłosili chęci zabrania głosu.
Czyli łamią dyscyplinę?
Tak. Są to m.in. kardynał Joseph Frings z Kolonii, za którego plecami w roli eksperta stoi młody Józef Ratzinger, oraz kardynał Achille Liénart z Lille. Domagają się odwleczenia głosowania nad listami komisji, bo chcą lepiej się zaznajomić z kandydaturami. W efekcie w komisjach pojawią się zupełnie inne osoby. Tego dnia inicjatywę przejęło zgromadzenie. W konsekwencji wszystkie 16 schematów zostanie odrzuconych – żaden nie ujrzy światła dziennego w tej postaci, w jakiej został przygotowany.
Podobno Jan XXIII śledził obrady soboru za pośrednictwem telewizji?
To prawda. Papież świadomie nie chciał brać w nich udziału, żeby nie blokować spontaniczności ojców soborowych. Natomiast śledził je dzięki przekazowi telewizyjnemu do apartamentów papieskich, często wyłączając dźwięk. Włączał go tylko wtedy, kiedy głos zabierali mówcy szczególnie go interesujący.
Dziennikarze nie mieli dostępu do tej transmisji?
Nie. W centrum prasowym dostawali codziennie komunikat ze skrótem obrad. Żadnego dziennikarza to oczywiście nie zadowoli, więc embargo zostaje rozsadzone przez sprawozdania sporządzane i przekazywane mediom przez ojców soborowych czy przez spontaniczne wywiady z nimi. Także nasi biskupi, wiedząc, że mają bardzo utrudniony kontakt z wiernymi w Polsce, a relacje – i tak lakoniczne – jeszcze przechodzą cenzurę, wykorzystują fale Radia Watykańskiego i tam opowiadają oraz wyjaśniają, co się dzieje na soborze. Często robił to biskup Karol Wojtyła.
Jak wyglądała na soborze polska „reprezentacja”?
W rozpoczęciu wzięło udział tylko 24 biskupów, natomiast w pracach soboru – 64. Dziewięciu z nich miało szczęście uczestniczyć we wszystkich czterech sesjach Vaticanum II. Wśród nich znaleźli się kardynał Stefan Wyszyński i biskup Karol Wojtyła.
Wróćmy do Jana XXIII. Chociaż generalnie zachowywał dystans, to zdarzało mu się ingerować w prace ojców soborowych.
Stało się tak w czasie obrad nad dokumentem dotyczącym Bożego Objawienia. Z tego schematu zrodzi się później konstytucja dogmatyczna Dei Verbum. Dyskusje są tak zażarte, pojawia się w nich tak wiele kontrowersji, że papież rzeczywiście decyduje o odesłaniu dokumentu do ponownej redakcji.
Ojcowie soborowi wprawdzie przegłosowali ten sam wniosek, ale nie byli w stanie uzyskać wymaganej większości 2/3 głosów.
Dlatego posunięcie Jana XXIII rozwiązało patową sytuację. Jednak tutaj warto wspomnieć także papieża Pawła VI, który stał się architektem soboru – nie tylko nadał mu kształt i kierunek, ale przede wszystkim konsekwentnie prowadził do tego, żeby sobór wypowiedział się w kolejnych kwestiach jednogłośnie.
A to w ogóle możliwe?
Możliwe, jeśli się wierzy, że na soborze do Kościoła przemawia Duch Święty. Dlatego nie chodzi tu o większość według arytmetyki demokratycznej. Jeśli nie potrafimy osiągnąć jednomyślności, trzeba dalej rozmawiać i dalej się modlić. I to się Pawłowi VI udało – wyniki głosowań nad wszystkimi dokumentami są takie, że czasem na 2,5 tys. głosów pojawiała się najwyżej setka głosów przeciw.
Jednak po soborze nie brakowało komentarzy, że dokumenty były wynikiem kompromisu między konserwatystami i progresistami, w związku z czym żadna z opcji nie jest z nich do końca zadowolona.
W czasie soboru wyglądało to trochę inaczej. Oczywiście, kompromis był potrzebny, ale w znaczeniu ujednolicania pojęć i szukania duchowej jedności. Arcybiskup Marcel Lefebvre, który po soborze stał się przewodnikiem kontestacji konserwatywnej i właściwie do dzisiaj przedstawiciele Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X mają do Vaticanum II pretensje o zmiany w liturgii, dialog religijny, ekumenizm i wolność religijną, podpisał się pod wszystkimi mówiącymi o tych zagadnieniach dokumentami.
Ciekawa jest historia powstania Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes.
To jeden z najbardziej „dramatycznych” dokumentów. Pomysł napisania tej konstytucji pojawił się dopiero w czasie trwania soboru, pod koniec pierwszej sesji. Kardynał Léon Suenens z Brukseli zaproponował, żeby Kościół przemyślał swoją obecność w świecie w dwóch kierunkach: ad intra – Kościele, kim jesteś dla siebie samego i wierzących, oraz ad extra – co masz do zaproponowania współczesnemu człowiekowi. Stąd wyłonił się pomysł, by jeden dokument De Ecclesiae przepołowić i pójść dwiema różnymi ścieżkami. W ten sposób po raz pierwszy w historii sobór wypowiedział się na temat relacji Kościoła do świata. Gaudium et spes przejdzie pięć redakcji, czyli odrzucano ją cztery razy.
W pracy nad nią brał udział także arcybiskup Wojtyła.
On został zaproszony przez Pawła VI do komisji Znaki Czasu, która potem przerodziła się w komisję odpowiedzialną za przygotowanie ostatniej, piątej już redakcji przyszłej konstytucji Gaudium et spes. Tam arcybiskup Karol Wojtyła poznał się z największymi umysłami teologicznymi XX wieku – m.in. z Henrim de Lubakiem i Jeanem Daniélou z jezuickiej szkoły teologicznej Fourvière oraz Ives’em Congarem z dominikańskiej szkoły teologicznej Saulchoir czy też z Karlem Rahnerem.
W książce Karol Wojtyła na Soborze Watykańskim II przytacza ksiądz fragmenty dzienników o. Congara, w których pojawia się postać przyszłego papieża.
Na początku listopada 1962 roku o. Congar napomknął o jakimś polskim biskupie. W następnym wpisie wspomniał, że podszedł do niego w kolejce do toalety młody biskup, wikariusz kapitulny z Krakowa, z plikiem dokumentów, do których Congar odniósł się bardzo krytycznie. Oceniał je jako nieprzemyślane, zarzucał im brak metody i w ogóle narzekał na polskich biskupów, że są nastawieni nacjonalistycznie, mają manię wielkości, a poza tym nie są przygotowani do soboru.
Dlaczego?
Bo nie przywieźli nawet swoich ekspertów.
Widać dominikanin nie odrobił lekcji z sytuacji, jaka panowała w Polsce. Ale o Wojtyle zmienił zdanie.
Tak, Congar zwrócił w końcu uwagę na jego przemówienia w auli soborowej. Obydwaj zresztą spotykają się w ośrodku w Ariccia koło Castel Gandolfo. Tam w styczniu, lutym i marcu 1965 roku trwają prace nad przygotowaniem ostatniej wersji Gaudium et spes. Wojtyła przedstawia swoją wersję dokumentu, która ostatecznie zostanie odrzucona, bo postrzegano ją jako za bardzo konfrontacyjną. Ale Ives Congar jest pod wrażeniem tego, w jaki sposób Wojtyła walczy o pewne sprawy. Krakowski arcybiskup krytykuje dotychczasowy projekt za to, że nie bierze pod uwagę komunizmu i ateizmu, w związku z tym zawiera w sobie zbyt optymistyczne nastawienie do współczesnego świata. Poza tym, zdaniem Wojtyły, brakuje tam odniesień paschalnych do Chrystusa i Boga działającego w historii.
Ile z Wojtyły możemy znaleźć w ostatecznej wersji Gaudium et spes?
Możemy się domyślać, że fragmenty dotyczące wizji człowieka oraz ateizmu pochodzą właśnie od niego. W ogóle arcybiskup krakowski jest postrzegany przez historyków jako ktoś, kto w auli soborowej w najlepszy sposób zwrócił uwagę na zagadnienie ateizmu. Henri de Lubac, z którym Wojtyła potem się bardzo zaprzyjaźni, napisał w swoim dzienniku, że ojcowie soborowi nie rozumieli, na czym polega zagrożenie ateizmu, i gdyby nie Wojtyła oraz biskup Hermann Volk z Niemiec, to mielibyśmy dokument bezdennie płytki. Ciekawy jest też wpis de Lubaca z 1965 roku, sporządzony już po soborze: „Miejmy nadzieję, że Opatrzność na długie lata zachowa nam Pawła VI, lecz jeśli pewnego dnia potrzebować będziemy papieża, mój kandydat jest jeden: Wojtyła! Niestety, to niemożliwe. On jest bez szans”.
Przeważnie podkreślamy rolę, jaką na soborze odegrał arcybiskup Wojtyła, a przecież i kardynał Wyszyński miał znaczący wkład w dokument o wolności religijnej.
Sprawa wolności religijnej była sprawą fundamentalną dla Kościoła w Polsce, żyjącego pod pręgierzem ateistycznego reżimu komunistycznego.
Ale deklaracja Dignitatis humanae mówi o wolności do wyznawania każdej religii, nie tylko katolickiej.
Deklaracja przyjęła dwa aksjomaty. Pierwszy: czego domagamy się dla siebie samych, tego domagamy się dla wszystkich ludzi na świecie; i drugi: nikogo nie wolno ograniczać w jego religijnych poszukiwaniach prawdy ani też nikomu nie wolno narzucać religii. Jeśli chcemy uszanować w człowieku wartość osobową, to musimy dać mu wolność w poszukiwaniu prawdy. W pewnym momencie polscy biskupi zagrozili, że jeśli projekt deklaracji o wolności religijnej nie będzie tego uwzględniał, zbojkotują go.
Mówi się niekiedy o napięciach między arcybiskupem Wojtyłą a prymasem Wyszyńskim. Było je widać w czasie prac soboru?
Nie zauważyłem czegoś takiego. Arcybiskupa Wojtyłę postrzegam jako kogoś, kto jest pod wielkim wrażeniem kardynała Wyszyńskiego, ale nie ma potrzeby go kopiować. Prymas był w pewnym sensie reklamą polskiego Kościoła. W czasie pierwszego zgromadzenia został wybrany do grona dziesięciu dyrektorów soboru, czyli ciała, które miało zawiadywać jego przebiegiem. Mało kto wie czy pamięta, że na tym samym zgromadzeniu kardynał Wyszyński został przyjęty w Bazylice św. Piotra oklaskami na stojąco. Traktowano go jako kardynała męczennika. Kiedy prymas rok po wyjściu z więzienia jechał na spotkanie z Piusem XII, żeby odebrać kapelusz kardynalski, witano go na stacjach przesiadkowych właśnie jako męczennika. Wyszyński był więc na soborze emblematem Kościoła uciskanego, Kościoła herosów. Natomiast Wojtyła dał się tam poznać z zupełnie innej strony – jako biskup otwarty, odważny w debatach, wykształcony, znający języki i bardzo komunikatywny.
W czasie soboru watykańskiego II nie brakowało ostrych sporów i kłótni.
Były kłótnie – chociaż bez wulgaryzmów i mordobicia, ojcowie soborowi wyłączali sobie nawzajem mikrofony, obrażali się – np. sekretarz Świętego Oficjum kardynał Alfredo Ottaviani, kiedy wyłączono mu mikrofon w czasie jednego z pierwszych posiedzeń, przez parę tygodni nie pojawiał się na obradach. Jednak nie ma w tych emocjach niczego niezwykłego, bo kiedy człowiekowi na czymś zależy, to się denerwuje i złości. Sobór jest zgromadzeniem ludzi wolnych, ludzi, co ważne, którzy próbują się wsłuchiwać w głos Boga. Przecież ojcowie soborowi bardzo dużo się modlili, o czym też się zapomina. Każde zgromadzenie zaczynało się od liturgii odprawianej w różnych rytach, zawsze była homilia, intronizacja Pisma Świętego, inwokacja do Ducha Świętego, a dopiero potem dyskusje. Trwała nieustanna adoracja, więc ci, który nie szli do barów ustawionych w Bazylice św. Piotra, szli przed Najświętszy Sakrament. Tak robił często Karol Wojtyła, który w ten sposób zaprzyjaźnił się z bratem Rogerem, założycielem wspólnoty z Taizé.
To, że Duch Święty był obecny w modlitwie ojców soborowych, nie budzi żadnych wątpliwości. Ale gdzie dla Ducha Świętego miejsce w tych sporach i kłótniach?
Kościół jest taki, jaki jest Pan Bóg. Nam się wydaje, że Pan Bóg jest Jeden, i kropka. A jeśli tak, to Pan Bóg jest monarchą rządzącym światem, który ustanowił Kościół jako swoją reprezentację na tym świecie i ten Kościół ma dbać o to, żeby Szef był przez wszystkich respektowany. To dobrze widać na przykładzie islamu. Ale Bóg jest przecież Jeden w Trójcy Przenajświętszej, czyli jest dynamiką, różnorodnością, nieustannym ustępowaniem sobie, dawaniem siebie. Jeśli więc żyjemy w Kościele prowadzonym przez Trójcę Świętą, różnorodność nigdy nie będzie przeszkodą do osiągnięcia komunii.
Oceń