Antropologia walizki na kółkach

Antropologia walizki na kółkach

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Wszystkie odloty Cheyenne’a, reż. Paolo Sorrentino, wyst. Sean Penn, Frances Mcdormand, Harry Dean Stanton, Francja, Irlandia, Włochy 2011, premiera: 16 Marca 2012

Jeśli chcesz zrobić film o życiu, zainteresuj się kinem drogi. Paolo Sorrentino posłuchał tej starej kinowej mądrości, dorzucił pełną garść własnych pomysłów i wyszła mu niekonwencjonalna opowieść, którą bardzo trudno zakwalifikować. Wszystkie odloty Cheyenne’a to obraz, który można by porównać do wyrafinowanej potrawy, przyrządzonej z wielu różnorodnych składników dobranych w tak doskonałych proporcjach, że smak jest wyśmienity, a uczta przednia.

Antybohater

Głównym elementem tego dania i tym, co nadaje mu wyrazistość, jest postać tytułowa. Cheyenne to znany muzyk rockowy, którego kariera była burzliwa, ale krótka, i która zakończyła się 20 lat temu w dramatycznych okolicznościach. Dziś dawny rockman jest śmiesznym, a czasami wręcz żałosnym ekscentrykiem, bez żadnego pomysłu na własne życie. Tak właśnie oceniamy go po kwadransie filmowego seansu. Jednak w pewnym momencie łapiemy się na tym, że nasza ocena była pochopna. Z pewnością jest to celowy zabieg reżysera – przyłapać widza na szybkim zaszufladkowaniu człowieka. I udaje mu się. Gdzieś w środku tej opowieści uświadamiamy sobie, że to, co nam się wydawało takie oczywiste, wcale takie nie musi być, a prawda o człowieku jest dużo bardziej skomplikowana.

Fantastycznie grany przez Seana Penna Cheyenne okazuje się uosobieniem sprzeczności. Stary rockman – pod takim tytułem chcielibyśmy widzieć surowego, zniszczonego i wysuszonego mężczyznę twardziela, z wiecznym papierosem w ustach i szklaneczką whisky lub butelką piwa w dłoni. A tu spotykamy ufryzowanego i malującego się jak kobieta mięczaka, który nigdy w życiu nie palił papierosów, a w dłoni zamiast piwa trzyma bezalkoholowy napój. Ta gwiazda rocka – nadal rozpoznawana na ulicach przez ufarbowane na czarno nastolatki z kolczykami we wszystkich częściach ciała – niespodziewanie okazuje się wręcz antygwiazdą i zaprzeczeniem klisz, jakie sobie przez lata wyrobiliśmy o podobnych postaciach. Bo czy ktoś kiedyś widział prawdziwego rockmana, który jest wierny swojej żonie?

Ten antybohater ma jeszcze jedną bardzo niedzisiejszą i absolutnie do współczesnego showbiznesu nieprzystającą cechę. Otóż Cheyenne zawsze mówi to, co myśli, i zawsze mówi prawdę. Nie owija w bawełnę, nie ściemnia, nie lukruje, nie zależy mu na tym, co ktoś sobie o nim pomyśli. O coś pytany zawsze odpowiada wprost i z rozbrajającą szczerością. Co ciekawe, mimo to ludzie się do niego garną, chętnie z nim rozmawiają, nawet pokornie wysłuchują cierpkich słów na swój temat.

Połączenie malującego oczy faceta z tak przejrzystą, wręcz krystaliczną osobowością jest szokujące. Z pewnością zamierzony przez reżysera zabieg wyolbrzymienia tego kontrastu działa hipnotyzująco – przykuwa uwagę widza, bo nic tu nie jest przewidywalne, absolutnie nie wiadomo, czego można się po tym człowieku spodziewać. Myśl, że nie można go zaszufladkować, zaczyna uwierać i prowokować pytania: skoro tak się sprawy mają, to może i inni spotykani przeze mnie na co dzień ludzie też mają w sobie takie drugie dno i w rzeczywistości są kimś innym, niż mi się wydaje?

Coś tu jest nie tak

Cheyenne wyrusza w podróż. Zabiera ze sobą walizkę na kółkach i płynie do rodzinnego kraju, by pożegnać umierającego ojca. Gdy dociera na miejsce – po 20 latach nieobecności – wkracza do świata, o którego istnieniu zapomniał. Z osobą ojca łączy się odległa historia pobytu w obozie koncentracyjnym Auschwitz oraz niemieckiego żołnierza, który go skrzywdził. Nasz bohater nic nie wie o swoim ojcu i jego życiu, ale postanawia pójść tropem tej historii. Podróż staje się tłem filmowej opowieści, a jednocześnie okazją dla reżysera, by snuć swoją poruszającą opowieść o życiu. Cheyenne jest w drodze, zatrzymuje się w małych miasteczkach i przydrożnych motelach, spotyka ciekawych, a czasem dziwnych ludzi, rozmawia z nimi i podąża za cieniem swojego ojca. Nie wiedzieć czemu, niedokończona misja starego Żyda staje się motorem działania marnotrawnego syna.

Alegoria życia jako wiecznej podróży oraz aluzja do nowotestamentalnej przypowieści są tu bardzo silne. Emblematycznym gadżetem, który symbolizuje człowieka jako homo viator, jest wspomniana walizka na kółkach, z którą nasz bohater prawie się nie rozstaje. Równie symboliczna staje się rozmowa z przypadkowo spotkanym w podróży starcem, który w przydrożnym barze wykłada Cheyenne’owi antropologię walizki na kółkach. Pamięta pan przecież, jeszcze niedawno – opowiada starzec – ludzie taszczyli te wielkie i ciężkie walizki, które były dla nich ogromnym ciężarem. Aż tu nagle pewien człowiek wpadł na genialny pomysł, by do walizki doczepić kółeczka. I oto nagle ludzkie ciężary przestały być takie ciężkie!

Ta scena na długo pozostaje w pamięci. Jak to się dziś często mówi: daje do myślenia. Ludzkie życie, owszem, nie jest łatwe i codziennych ciężarów nam nie brakuje. Jednak jeśli dobrze się rozejrzeć dokoła, a może i jeśli dobrze poszperać w swoim wnętrzu, można znaleźć sposób na życie, w którym te ciężary nie będą aż takie dokuczliwe. Nie zmienia to naturalnie ogólnej kondycji człowieka na ziemi i jego bolesnego zagubienia. Reżyser ustami Cheyenne’a wypowiada trzykrotnie lakoniczną sentencję, która dobrze tę sytuację obrazuje: Coś tu jest nie tak. Nie wiem dokładnie, co, ale z pewnością coś tu jest nie tak…

Pochwała człowieka

Kreacja Seana Penna wypełnia ten film do ostatka. Spotykamy, co prawda, na ekranie wiele barwnych i ciekawych postaci, z reguły bardzo dobrze zagranych. Jednak to, co zaprezentował aktor – którego znamy choćby z takich tytułów jak Życie Carlita czy 21 gramów – mocno wykracza poza standardy hollywoodzkich produkcji. Stworzona przez niego osobowość, tak bardzo autentyczna w swojej sztuczności (sic!), roztacza przed widzem prawdziwy mikrokosmos, w którym spotykają się tragizm i komedia, życie i śmierć, miłość i pragnienie zemsty, autentyczność i pozerstwo… Moglibyśmy tych „i” wymienić tu mnóstwo, bo faktycznie Cheyenne grany przez Penna jest całym światem samym w sobie.

Ten wątek opowiadany jest przez reżysera po wielekroć i powtarzany jak refren. Praktycznie każda pojawiająca się na ekranie postać jest tak skonstruowana, że mamy świadomość jej całkowitej odrębności i niepowtarzalności. Z tuzina niby przypadkowych ludzi wyłaniają się autentyczne i kipiące swoim własnym unikalnym życiem osoby, z których każda ma swą własną unikalną historię.

Można by więc Wszystkie odloty Cheyenne’a potraktować jako pochwałę pojedynczego człowieka, jako laudację na cześć bogactwa ludzkich wnętrz i żyć. Każda postać, choćby tylko mignęła nam na ekranie – jak ten stary Indianin, który nie odzywa się ani jednym słowem – zapada nam w pamięć, zapowiadając zupełnie inną i niewątpliwie równie ciekawą historię.

A jednocześnie jest to film o tym, że w historię każdego, dosłownie każdego człowieka wpisany jest jakiś dramat. Paolo Sorrentino nakręcił więc film o ludzkim życiu, które każde z osobna nosi w sobie odrębny kosmos, a które wszystkie razem wzięte, połączone są wspólnotą tragizmu. Co ciekawe, ów tragizm nie jest tu opowiedziany, jak to często bywa, w formie wyrzutu do Boga czy Losu, nie jest to krzyk w stronę nieba typu „Dlaczego Ty na to wszystko pozwalasz?!”. Tragizm Cheyenne’a i innych bohaterów filmu okazuje się tu elementem wspólnym, łączącym wszystkich ludzi, dającym im – tak bardzo różnym i często tak bardzo zagubionym – jakąś nić porozumienia. To właśnie w tragicznych losach poszczególnych postaci niespodziewanie następuje ich spotkanie i porozumienie.

Jest to ewidentnie poważna próba afirmacji tego, co na co dzień wydaje nam się złe, trudne do zniesienia, depresyjne i niezrozumiałe. Ta głęboko humanistyczna myśl – że wobec bólu i tragedii wszyscy jesteśmy braćmi – daje w efekcie pocieszenie. Bo choć wraz z filmowymi bohaterami doświadczamy smutku i często chce nam się śmiać przez łzy, to wychodzimy z kina pogodzeni z życiem jako takim i co więcej – silniejsi.

Antropologia walizki na kółkach
Konrad Sawicki

urodzony w 1974 r. – absolwent teologii, publicysta, redaktor „Więzi”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i Deon.pl. Żonaty, mieszka w Warszawie....

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze