To nie będzie opowieść o tym, że kiedyś było lepiej, a teraz jest źle. Bo to nie byłaby prawda. Zresztą nie chodzi o to, by porównywać i oceniać. Chodzi raczej o to, byśmy się zastanowili, jak przeżywamy sakramenty. I czy nas to satysfakcjonuje.
Ze zdjęcia spogląda na mnie drobniutka brunetka w białej sukience. Na głowie ma wianek, w ręku różaniec. Sukienka jest skromna, krótka, przed kolano. Na dziecięcej twarzy delikatny uśmiech, spojrzenie raczej zamyślone albo wzruszone. To ja. Mam osiem lat. Jest 11 maja, ciepły piękny dzień. Chociaż minęło już kilkadziesiąt lat, niektóre chwile pamiętam ze szczegółami. Na przykład to, że podczas mszy spadła mi z klęcznika książeczka do nabożeństwa i wyleciał obrazek, którym zaznaczona była modlitwa do odmówienia po przyjęciu komunii. Nie wpadłam w panikę. Odłożyłam książeczkę i obrazek na bok i pomyślałam, że przecież sama mogę powiedzieć kilka słów. Najpierw próbowałam sobie przypomnieć treść tej modlitwy, którą miałam przeczytać, ale ponieważ kiepsko mi szło, zaczęłam mówić po cichu: „Dziękuję Panie Jezu, że do mnie przyszedłeś”. Tak nam przecież mówiła siostra na religii: że tego dnia Pan Jezus przychodzi, by się z nami spotkać.
Wokół mnie nie było innych dzieci, bo do komunii szłam sama. Nie uczestniczyłam więc w przedkomunijnych próbach, nie deklamowałam wierszy, nie było przemówień, podziękowań. Była po prostu msza, w której uczestniczyli moi rodzice, rodzeństwo, rodzice chrzestni, dziadkowie, kilka cioć, wujków i kuzynostwo. Potem było śniadanie, kawa i spacer. A po południu pojechaliśmy całą rodziną nad jezioro i pływaliśmy żaglówką.
Msza odbywała się w kaplicy zaprzyjaźnionych z naszą rodziną sióstr zakonnych. Dzień wcześniej w tej samej kaplicy przystąpiłam do pierwszej spowiedzi. Pewnie byłam przejęta, bo przecież wszystko, co nowe, nieznane, co czyni nas w naszych własnych oczach trochę bardziej dorosłymi, wywołuje emocje. Ale ani wtedy, ani nigdy później nie trafiłam do spowiedzi, po której chciałabym powiedzieć: Nigdy więcej. To duże szczęście.
***
Do pierwszej komunii przygotowywałam się razem z moimi koleżankami i kolegami z klasy – na religię chodziliśmy do salek przy kościele parafialnym. Parafia była ogromna, bo należało do niej kilka dużych osiedli, kościół był drewniany, o budowie nowego dopiero się mówiło. Ponieważ należałam do pokolenia wyżu demograficznego, w klasie była n
Zostało Ci jeszcze 85% artykułu
Oceń