Radziłem się dróg

Jan Jandourek: Kiedyś wspomniałeś, że właśnie pod koniec Praskiej Wiosny pojawiły się w twoim życiu oznaki powołania do życia duchownego.

ks. Tomáš Halík: Pierwsze bardziej realne myśli o kapłaństwie pojawiły się podczas sierpniowych dni roku 1968, gdy w nocy na schodach londyńskiego domu „Velehrad” słuchaliśmy wolnej rozgłośni i zastanawialiśmy się, jak odpowiedzieć na agresję na nasz kraj. Potem jeszcze gwałtowniej nawiedziły mnie w związku z pogrzebem Jana Palacha i nasilały się przez cały rok 1969. Dosłownie w rok i dzień po powrocie z Anglii, późnym wieczorem w święto Tomasza Becketa, byłem u spowiedzi u ojca Reinsberga w zakrystii kościoła świętego Gawła. Wysłuchał moich zwierzeń, a potem powiedział mi: „Nie chcę tobą oczywiście manipulować i w żaden sposób popychać cię, ale mam wrażenie, że wyczuwam oznaki szczerego powołania do kapłaństwa. Bóg prowadzi ciebie inaczej niż twoich kolegów. Teraz jednak twoim pierwszym zadaniem jest dokończenie studiów, bo nie ma sensu ich zostawiać i robić z siebie świętego. Ta droga będzie długa! Rodzice nie będą z tego powodu zachwyceni, możliwe, że ojciec zniesie to lepiej niż matka”. Mówił tak, jakby to była oczywista sprawa. Słuchając jego słów, uświadomiłem sobie, że mówi o czymś, co rzeczywiście odpowiada moim najgłębszym pragnieniom. Miałem uczucie wielkiej ulgi i rozjaśnienia, jak gdyby narodziło się coś, co było we mnie dotąd głęboko ukryte. Powstała we mnie wielka tęsknota za kapłaństwem. Ta myśl mnie już później nie opuszczała. Jest jednak prawdą, że jeszcze przez parę lat wymigiwałem się od niej i że jej realizacja trwała jeszcze długo, prawie dziesięć lat. Może wolałbym powiedzieć: jej realizacja trwa cały czas, ponieważ kapłaństwo to świętość dynamiczna. (…)

Co dla ciebie stanowiło ideał działalności kapłańskiej?

W tym okresie dojrzewało moje powołanie do kapłaństwa, ale do seminarium i tak nie mogłem pójść, gdyż przyjmowanie absolwentów szkół wyższych na studia teologiczne było zabronione. Seminaria po krótkim okresie względnej swobody w czasie Praskiej Wiosny znów znalazły się pod kontrolą surowego reżimu, a i późniejsza działalność księży nie zależała od biskupów (w okresie mojego absolutorium praktycznie wszystkie urzędy biskupie były już puste), ale od partyjnych „sekretarzy do spraw Kościoła”. Mogli oni aktywnym księżom odbierać „zgodę państwową na wykonywanie działalności duchownej” albo jeśli zawinili największym występkiem — kontaktem z młodzieżą, przenosić ich do przygranicznych parafii.

Wspomniałem już o rozmowie z o. Reinsbergiem w rok i dzień po moim powrocie z Anglii, który poradził mi, abym dokończył studia na Wydziale Filozoficznym. Dosłownie rok i dzień później — 30 grudnia 1970 roku — miałem poważną rozmowę z jezuitą o. Mikuláškiem, któremu powiedziałem o swoim pragnieniu wstąpienia do zakonu jezuitów. Zarysował mi wtedy swoją wizję kapłana: miałbym mieć dwa zawody, kontynuować swoją profesję w świecie i być w nim przede wszystkim dla niewierzących i poszukujących. To do mnie mocno przemówiło. Już wcześniej ojciec Reinsberg pożyczył mi inspirującą książkę Budowle Europy o francuskich księżach–robotnikach, i oto latem 1969 roku poznałem w Austrii dwóch takich księży, Hiszpanów, którzy mieli poza tym doświadczenia z Ameryki Łacińskiej. W 1971 roku zakochałem się w dziele Teilharda de Chardin, przeżyłem wtedy w Ołomuńcu takie teilhardowskie lato. Byłem tam na urlopie z rodzicami. Po zabytkach kultury regionu hanackiego oprowadzał nas wspaniały człowiek, poeta i tłumacz O. F. Babler, z którym wiele rozmawiałem o Teilhardzie. W tekstach tego teologa, naukowca, mistyka i poety w jednej osobie jak błyskawica uderzyła mnie jedna myśl: tak jak działają księża pracujący jako robotnicy, którzy mają zasypać przepaść między Kościołem a proletariatem, tak samo powinni istnieć księża–naukowcy, którzy by złagodzili napięcie między wiarą a współczesnym środowiskiem intelektualnym. To jest moja droga, powiedziałem sobie. Pragnąłem być kapłanem, ale nawet przez jedną chwilę swojego życia nie czułem w sobie powołania do bycia proboszczem. Wiedziałem, że gdybym się znalazł na wiejskiej parafii, to nie tylko ja byłbym nieszczęśliwy, ale przede wszystkim moi podopieczni. To nie dlatego, że w jakimkolwiek stopniu pogardzałem wsią, ale wiedziałem, że z tym światem nie mam żadnych doświadczeń. Przez całe życie od urodzenia byłem związany z inteligencją i wielkim miastem, dlatego też pragnąłem być apostołem środowiska, które doskonale znałem. Moim ideałem był pewien studencki duszpasterz, którego poznałem w Anglii. W Czechach funkcja ta od lat 50. nie istniała. Pragnąłem wstąpić do jakiegoś zakonu, który zajmuje się działalnością intelektualną.

Moją pierwszą miłością w Kościele, miłością, która nawet po upływie ćwierć wieku nie zardzewiała, byli jezuici. (…)

Jak przeżywałeś służbę wojskową?

W wojsku służyłem w latach 1972–1973. Na początku byłem w wojskowym instytucie historycznym. Potem przenieśli mnie do kompanii wartowniczej do Dejvic. Był to bardzo dobry okres, ponieważ pracowałem w administracji. Pewnemu oficerowi pisałem referaty na szkolenia polityczne. To pikantne zadanie traktowałem z humorem i w sposób niejako dadaistyczny każdego ranka poświęcałem kwadrans na tworzenie efektownych kolaży z artykułów prasowych. Kiedy to jeszcze pomalowałem czerwonymi i zielonymi farbkami, mój oficer był bardzo szczęśliwy. Za te absolutnie bezsensowne referaty byłem ponoć zawsze bardzo chwalony. Dzięki temu miałem dość dużą swobodę. Korzystałem z kancelarii, gdzie żyłem quasi– –zakonnym życiem. Miałem tam swój brewiarz i Ćwiczenia świętego Ignacego. Nie musiałem troszczyć się o swój codzienny program i o to, co będę jeść, w co się będę ubierać, i o wszystko, o co się troszczą poganie, jak mówi Pismo. Tam postanowiłem, że odbędę Ćwiczenia Ignacego klasycznym sposobem i poświęciłem im cały adwent. Medytowałem pięć godzin dziennie. Nawet o grzechu medytowałem tak intensywnie, że z powodu siebie samego robiło mi się niedobrze i nieraz dosłownie wymiotowałem. Po tej medytacji całe dotychczasowe życie jawiło mi się jako śmierdzący wrzód, dokładnie według barokowego wyobrażenia, którym nacechowane są pierwotne ćwiczenia ignacjańskie.

Czy ćwiczenia duchowe dotyczyły także dalszych rozważań o twojej osobowości?

W ramach duchowych ćwiczeń ignacjańskich powinien odbyć się wybór stanu. Zbadałem wtedy swoje powołanie do kapłaństwa. Na świętego Mikołaja chodziłem po zaśnieżonym placu koszarowym i zastanawiałem się, do czego jestem powołany. Rok i jeden dzień po rozmowie z o. Mikuláškiem, w Sylwestra 1971 roku powiedziałem swojej tęsknocie za kapłaństwem „tak”. Pozostawał problem „jak”, ale wtedy nie było to wcale takie jednoznaczne.

Na marzec miałem wyznaczone konspiracyjne spotkanie z prowincjałem jezuitów Šilhanem. Wydawało się, iż przyjmą mnie do zakonu, oczywiście w pełnej konspiracji. Krótko przedtem poprosiłem o rozmowę o. Václava Dvořáka, który pracował wówczas w antykwariacie. Tak się przypadkowo złożyło, że rozmowa z o. Dvořákiem odbyła się wcześniej niż zaplanowana rozmowa z o. Šilhanem. Chodziliśmy razem chyba przez trzy godziny po Wyspie Libeńskiej i wtedy dowiedziałem się od niego w sekrecie, że istnieje tajna grupa kapłańska, mocno zakonspirowana, która ma charakter podobny do instytutu świeckiego: każdy pracuje w swoim zawodzie i żyje w świecie, nie nastawia się na zwyczajne duszpasterstwo, ale skromne dawanie świadectwa w środowisku niewierzących, dyskretne i głębokie uświęcanie świata.

Ta wspólnota miała już swoją historię sięgającą czasów II wojny światowej. Jej niezwykły założyciel musiał emigrować po lutym 1948 roku, a wspólnota przeszła ciężki okres lat 50. Jej ówczesny spiritus agens został w dramatycznych okolicznościach tajnie wyświęcony jako członek karnych oddziałów wojskowych PTP. W czasie Wiosny Praskiej nawiązała ona kontakty z francuskimi księżmi–robotnikami i zobaczyła, jak jej duchowość jest bliska ich metodom działania. Oparła się pokusie wyjścia z podziemia i do dzisiaj kontynuuje mocno zakonspirowaną działalność. Księża spotykają się trzy razy do roku, celem ich działalności nie jest dublowanie jawnego duszpasterstwa, ale raczej wchodzenie w głąb i specjalizowanie się w jakiejś dziedzinie. Chodzi im o teologiczne i duchowe przemyślenie relacji między zawodem cywilnym a kapłaństwem. Swojej sytuacji nie pojmują bowiem jako czegoś narzuconego przez okoliczności, ale jako nadarzającą się okazję, aby Kościół zdobył nowe doświadczenie, potrzebne również w przyszłości, kiedy — jeśli Bóg pozwoli — będzie mógł działać swobodnie. Wtedy zaistnieje potrzeba, żeby Kościół nie wrócił mechanicznie do czasów sprzed 1948 roku, ale zaowocował wszystkimi doświadczeniami, przez które Pan go w tych latach prowadził i nadal prowadzi. Także kryzys, prześladowania i krzyż są dla Kościoła stanem normalnym, ba kairosem, czasem nawiedzenia. Kapłaństwo w tym pojęciu nie jest czymś połowicznym, co się robi tylko w wolnym czasie, ale czymś, co przenika cały byt człowieka. Chodzi o to, żeby doświadczenie to w pełni przeżyć i równocześnie poddać je gruntownej refleksji teologicznej. Trzeba już dzisiaj zastanowić się nad koncepcją Kościoła w przyszłości, utrzymywać kontakt z kulturą swojego kraju, ze światowym katolicyzmem, aby czeski Kościół nie odizolował się i nie utonął w prowincjonalizmie.

Jak wpłynęła na ciebie taka propozycja? Czy już wtedy wspólnota ta miała pierwszeństwo przed jezuitami?

Głęboko to do mnie przemówiło. Ciągle jednak zostawiałem sobie możliwość wstąpienia do zakonu jezuitów. Wróciłem do koszar i wziąłem brewiarz, żeby odmówić Te Deum na dziękczynienie. Wtem otworzyły się drzwi, wszedł dowódca koszar i oznajmił mi, że jestem odwołany poza Pragę i mam się spakować. O szóstej rano kilku z nas wyruszyło w drogę. Podczas jazdy autobusem z zamalowanymi szybami zdążyliśmy się lepiej poznać i zorientowaliśmy się, że wszyscy byliśmy kiedyś przez dłuższy czas na Zachodzie. Byliśmy widocznie kadrowo niepewni i właśnie dlatego musieliśmy opuścić Pragę. Wieźli nas w nieznane miejsce. Na przodzie pilnował nas żołnierz z pistoletem maszynowym. Była to bardzo ciekawa podróż. Wysadzili nas na małym placyku, gdzie na murze widniał wielki napis grażdanką: „Chwała Wielkiemu Stalinowi!”. Pomyślałem sobie: Daj Boże zdrowie, pięknie się zaczyna — jesteśmy chyba w Mukaczewie albo zorganizowali znów jakieś PTP? Później okazało się, że była to jednostka w Taborze, a ten napis to drogocenna pamiątka z 1945 roku.

Potem zostałem przewieziony do Pilzna, gdzie było trochę bardziej swobodnie. Poznałem tam miejscowego księdza i wspólnotę chrześcijan. Lato spędzałem w Doupovie, gdzie pilnowałem parku wagonowego i medytowałem na łonie przyrody. W tym czasie powiedziałem sobie, że odesłanie mnie po rozmowie z ojcem Dvořákiem to palec Boży. To będzie moja droga. Po powrocie powiedziałem mu, że postanowiłem wstąpić do tej wspólnoty. Ojciec Dvořák zaprowadził mnie do pewnego księdza, który miał się mną opiekować, być moim przewodnikiem duchowym przez okres przygotowań. 1 października 1973 roku miałem z nim pierwsze spotkanie i od tej chwili przez dziesięć lat intensywnie współpracowaliśmy.

Jak wspominasz tę współpracę?

Człowiek ten był wtedy pracownikiem naukowym Uniwersytetu Karola i absolwentem dwóch kierunków; nikt z jego kolegów nie przypuszczał, że przed wieloma laty został za granicą tajnie wyświęcony na księdza. Był on niezwykły, bardzo inteligentny, wykształcony. Podobnie jak ja pochodził z kręgu praskiej „burżuazyjnej inteligencji”. Od razu go poznałem i pokochałem, także jego rodziców, a on zaprzyjaźnił się z moją matką. O naszej współpracy, która była dla mnie bardzo ubogacająca, nie mówi mi się łatwo. Były to relacje złożone, o których często rozmyślam, ponieważ dość długo miał znaczny wpływ na mnie i nie jestem wewnętrznie przygotowany, żeby go oceniać. Przeżyłem z moim opiekunem przez te długie lata na drodze ku kapłaństwu wiele wspaniałych chwil, kilka wspólnych wakacji, chyba setki rozmów na tematy duchowe, głębokie uczestnictwo w liturgii w najskromniejszych warunkach. Poza tym bardzo mi odpowiadał jego wyrafinowany gust i poczucie piękna. Imponował mi niezależnością rozumowania i krytycznym myśleniem, choć pod wieloma względami był konserwatystą i to w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. (W czeskim katolicyzmie, gdzie pod szyldem konserwatyzmu często znajdujemy tylko zwapnienie komórek mózgowych i strach przed przekroczeniem wąskiego klepiska własnych myśli, inteligentny konserwatyzm jest bardzo szlachetną i potrzebną cechą).

Ten ksiądz zrażał niektórych ludzi swoim stylem przemawiania, który oceniano jako ustawiczną autokreację, pozerstwo i nieodpartą potrzebę oczarowywania swojego otoczenia. Możliwe, że gdyby zajrzeli za ten pancerz ochronny, znaleźliby dla tego, z pewnością wewnętrznie skomplikowanego i wrażliwego, wręcz przewrażliwionego człowieka, więcej zrozumienia. Mimo całego towarzyskiego uroku był to człowiek osamotniony i zraniony wewnętrznie. Poznałem go, kiedy był w wieku, gdy mężczyzna, żyjący bez własnej rodziny albo wspólnoty zakonnej, tęskni za relacją, która dawałaby mu spełnienie, całkowitą akceptację i podziw, za relacją z człowiekiem, który byłby zarówno zaufanym przyjacielem, jak i oddanym uczniem, duchowym synem i spadkobiercą. Dzisiaj widzę, że w długoletnim bliskim stosunku między nami nastąpiło coś, co psychoanalitycy nazywają transmisją i antytransmisją. Ujrzeliśmy jeden w drugim jak w lustrze akurat te rysy własnej osobowości, z którymi każdemu z nas trudno było się pogodzić. W jednej chwili dostrzegłem, że widzę w nim drogę, którą nie powinienem iść, że to wielkie i cenne życiowe spotkanie ostrzega mnie i pobudza jednocześnie, abym pewne sprawy w sobie przezwyciężył. To bardzo komplikowało nasze stosunki, zwłaszcza w późniejszych latach, kiedy już byłem księdzem i czułem potrzebę własnej drogi. Ważne również jest to, że mimo dzisiejszej znacznej odmienności w poglądach na wiele spraw nie przestaję go kochać, i chociaż patrzę na niego bardziej krytycznie niż przed laty, nigdy nie przestaję być mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił.

Wydaje się, że wielokrotnie w twoim życiu odzywała się potrzeba oderwania się od swych nauczycieli i kroczenia własną drogą i że tego rodzaju kroki nie były łatwe.

To nigdy nie jest łatwy krok. Musimy strzec się zarówno tego, by nasi nauczyciele stawali się dla nas wzorcami, które będziemy kopiować, jak i skłonności do traktowania ich jako kamienie milowe na naszej drodze, od których z niewdzięcznością odwrócimy się, kiedy uświadomimy sobie, że musimy iść dalej. Z niektórymi nauczycielami było tak, że później spotkaliśmy się na nowej płaszczyźnie i staliśmy się przyjaciółmi, ale rzadko kiedy obeszło się bez pewnego cierpienia z powodu wzajemnej separacji. W niektórych przypadkach obawiam się, czy ten ból zostanie kiedykolwiek całkiem ukojony. Z księżmi–nauczycielami bywa o tyle trudniej, że czasami w relacjach do uczniów odzwierdziedla się pragnienie syna, który posiadałby ich rysy, dziedziczył, strzegł i pomnażał dorobek duchowy, spełniając to, czego oni sami nie osiągnęli. Wydawało mi się, że Oto Mádr chciał zrobić ze mnie owego żołnierza Kościoła, którym on sam nigdy właściwie nie przestał być — myślę, że w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu. Kiedy doszedłem do wniosku, że czas walki się skończył i że moglibyśmy znaleźć się poza trzeźwym spojrzeniem na rzeczywistość, gdybyśmy szukali stale nowych nieprzyjaciół; że nastał raczej czas dla filozofów niż dla żołnierzy, doprowadziło to do nieporozumień. Kiedy ksiądz, który mi przez tyle lat towarzyszył, zrozumiał, że muszę dalej iść drogą, która będzie się bardzo różnić od jego drogi, zobaczyłem w jego oczach smutek odzwierciedlający wiele różnych stanów emocjonalnych, z pewnością także zrozumiałe obawy o mnie. Kiedy dzisiaj po latach się spotykamy, nie umiemy się porozumieć. On wydaje mi się zgorzkniały i rozczarowany życiem, jak gdyby przestał być sługą radości innych. Ja pewnie wydaję mu się powierzchowny i zanurzony w świecie, jak człowiek, który nie troszczy się o nic innego poza własną sławą i przestał być sługą Boga. Chyba obaj się mylimy. Może nasze relacje się uzdrowią — na tym świecie albo na tamtym. (…)

Teraz już wchodzimy w okres twoich tajnych święceń kapłańskich…

Kiedy ukończyłem pięcioletnią formację duchową i studia teologiczne, moi przełożeni po wielu rozmowach i konsultacjach doszli do wniosku, że powinienem przyjąć święcenia. W naszej wspólnocie uważało się, że formacja duchowa, samowychowanie i samokształcenie księdza jest zadaniem na całe życie. Na początku czerwca 1977 zostałem w Erfurcie tajnie wyświęcony na diakona. Święcenia odbyły się w domowej kaplicy biskupa Aufderbecka. Właśnie tam poznałem biskupa pomocniczego Erfurtu dr. Joachima Meisnera. W dzień święceń diakonatu uczestniczyłem jeszcze jako świecki z grupą wiernych w wielkiej uroczystości w katedrze, gdzie byli kardynał Bengsch, przedstawiciele zakonów i inni biskupi, a więc po długim czasie zobaczyłem normalny Kościół. Kościół w NRD ograniczony został do diaspory, ale żył w niej stosunkowo swobodnie, przynajmniej w porównaniu z nami.

Latem 1978 roku przygotowywałem się do kapłaństwa, odbywając na Słowacji ćwiczenia duchowe. Rozpoczynałem, będąc pewny swojej decyzji, ale w przedostatni dzień ćwiczeń dopadł mnie nieznany dotychczas strach, zwątpienie i rozdzierający kryzys. W niczym nie przypominał chwil, które przeżyłem po swoich ćwiczeniach duchowych przed jedenastoma laty na Wyszehradzie. Zląkłem się myśli, że wkrótce mam być księdzem. Gorąco zapragnąłem cofnąć się przed tak wymagającym i wyjątkowym sposobem życia. Poczułem pragnienie posiadania kobiety i dzieci jak każdy normalny mężczyzna w moim wieku. Krótko mówiąc, chciałem być taki jak inni — nie płynąć przeciw prądowi, poświęcić się swej pracy, mieć wolny czas, nie musieć żyć w ciągłym napięciu przed ujawnieniem i policyjnymi represjami. Chyba dlatego po latach tak dobrze zrozumiałem główną wymowę kontrowersyjnego filmu Ostatnie kuszenie Chrystusa. Dotarło też do mnie, że kapłaństwo nie jest tylko pięknym uszlachetnieniem osobowego ideału, ale służbą, która wymaga ofiary, samowyrzeczenia — i stając twarzą w twarz ze swoją słabością, zacząłem wątpić, czy do tego jestem zdolny. Dokonałem wtedy symbolicznego czynu ofiary i samowyrzeczenia, ale moje niepewności tylko się wzmagały. Poznałem, jak nie jestem zdolny do prawdziwej ofiary. To strasznie bolało. Poczułem strach przed życiem, na które się decyduję. Moja dusza i ciało bolały z tęsknoty za kobietą. W bezsenne noce kręciłem się w łóżku, a rano dochodziłem do przekonania, że moje dotychczasowe życie było pomyłką i patologiczną perwersją. Zamiast uroczystego TAK było we mnie boleśnie buntujące się NIE. Zwątpiłem w przeszłość, a i przyszłość widziałem jako groźną, czarną dziurę. Pod koniec ćwiczeń dosięgła mnie myśl o samobójstwie. Przez całą podróż do domu — ponieważ czas na ćwiczenia upłynął i musiałem wrócić ze swojej samotności — w pociągu pośpiesznym trzymałem się kurczowo siedzenia, gdyż co chwilę miałem pokusę, żeby wyskoczyć w czasie jazdy prosto na głowę: całe moje życie wyglądało jak zamknięty pociąg jadący w niewłaściwym kierunku. W tym momencie sięgnąłem po małą książkę kralickiego przekładu Nowego Testamentu i Psalmów, którą od wojska nosiłem ciągle przy sobie, i zacząłem czytać jeden psalm za drugim, aż w ciągu kilku godzin jazdy przeczytałem całą Księgę Psalmów: „Obłok i ciemności są wokół Niego… Ja zaś jestem robak, a nie człowiek na pośmiewisko ludzkie i… popatrz na mnie i zmiłuj się nade mną, który jestem ubogi i opuszczony…”. Odtąd, kiedykolwiek w brewiarzu czytam te słowa, wspominam tamte chwile. Dojechałem do Pragi, wysiadłem z pociągu, burza ucichła, a z serca wydobyło się spokojne i jasne TAK. Mogłem szczerze odmówić końcową modlitwę ćwiczebną świętego Ignacego: „Weź Panie i przyjmij…”.

Wiedziałem, że nikt mi nie pokaże wcześniej drogi, na którą wstępuję, nikt nie zagwarantuje, że będzie łatwa. Trzeba na nią wejść, trzeba pytać się samej Drogi i powierzyć się jej z ufnością. Kiedy na drugi dzień powiedziałem o wszystkim spowiednikowi, odparł mi tylko: „Gdybyś podczas ćwiczeń nie przeszedł przez ten egzamin, nie mógłbym zgodzić się na twoje święcenia; teraz i ja mówię tak, i to z czystym sumieniem: idź w pokoju”.

Wszystko było przygotowane do moich tajnych święceń i czekaliśmy tylko na konspiracyjną zgodę z Niemiec, kiedy przyszła wiadomość o śmierci Papieża Pawła VI, a po krótkim czasie Jana Pawła I. Myśleliśmy, że tajne święcenia zostaną przyhamowane i będzie trzeba czekać na pojawienie się nowego papieża i na to, jakie zajmie on stanowisko wobec Kościoła podziemnego w bloku wschodnim. Niezależnie od tych zdarzeń nadszedł zaszyfrowany dekret od biskupa Meisnera, za którego pośrednictwem nasza wspólnota kapłańska miała kontakt z Rzymem, że mam przyjechać.

Tuż przed odjazdem byłem u swego spowiednika, żeby odbyć spowiedź z całego życia. Potem na małym stoliku przygotowaliśmy wszystko co potrzebne do Mszy. Na chwilę włączyliśmy radio, ponieważ w Watykanie odbywało się konklawe. W popołudniowych wiadomościach wyrażano opinię, że do wyboru nowego papieża dojdzie dopiero za kilka dni. Z radia watykańskiego rozległ się jednak podniecony głos, przerywając normalny program i przekazując łączność z placem Świętego Piotra, skąd właśnie na cały świat rozbrzmiewały słowa: „Annuntio vobis gaudium magnum! Habemus papam! — Ogłaszam wam z wielką radością, mamy papieża! Najdostojniejszego Karola, kardynała świętego Kościoła rzymskiego… Wojtyłę!”. Papież ze Wschodu! Stanąłem, jakby uderzył we mnie grom. Nie potrafiłem znaleźć słowa, które mogłoby wyrazić radość. Tuż po słowach kardynała rozpoczęliśmy Mszę — kto wie, czy nie była to w ogóle pierwsza msza na świecie za nowego papieża?

Niedługo potem pojechałem do swego przyjaciela, który został niedawno tajnie wyświęcony w Krakowie dla norbertańskiej kanonii, być może bezpośrednio przez samego kardynała Wojtyłę albo przez któregoś z biskupów pomocniczych; w konspiracji ważne jest, by człowiek nie wiedział nic więcej, niż to, co jest bezwarunkowo konieczne. Właśnie od tego mojego przyjaciela znałem setki anegdot o oryginalnym, odważnym i bardzo nonkonformistycznym kardynale krakowskim, który opowiadał się za takim samym nurtem intelektualnym jak my, uczniowie Patočki — za fenomenologią. Mój przyjaciel nie słyszał jeszcze tej wspaniałej wiadomości i zareagował z zaskoczeniem: „Zawsze przywoziłem kardynałowi Wojtyle do Krakowa jako dar ziemi morawskiej palonego calvadosa. Miałem tam jechać w przyszłym miesiącu, calvados stoi przygotowany w szafie. Do Watykanu mu go chyba nie przemycę, dlatego wypijmy razem za jego zdrowie. Jesteśmy i tak pijani z radości, więc butelka calvadosu już nie może niczego pogorszyć”. Kiedy wychodziłem, miałem ochotę napisać opowiadanie w stylu Nerudy „Jak to się stało, że wypiłem papieżowi gorzałkę”.

Potem nastała noc, a po niej poranek, dzień odjazdu. Kiedy człowiek jedzie na święcenia kapłańskie, dużo się modli i ma o czym rozmyślać. Mimo to pamiętam z tej podróży dwa humorystyczne zdarzenia. Tuż przed Erfurtem usiadła obok mnie w przepełnionym pociągu szesnastoletnia Niemka, która czytała książkę z takim ogromnym zaciekawieniem i tak głośno przy tym wzdychała, że nie wytrzymałem i spojrzałem jej przez ramię. Zagłębiała się w podręcznik z dziedziny edukacji seksualnej dla dziewcząt, pokonując właśnie rozdział Francuski pocałunek. Jechała na randkę i cała płonęła z oczekiwania, kiedy będzie mogła wykorzystać w praktyce nowo zdobyte informacje. Uświadomiłem sobie, że ja w tym samym mieście i mniej więcej w tym samym czasie będę brał na siebie zobowiązanie wstrzemięźliwości seksualnej na całe życie, i musiałem się tylko śmiać z tej koincydencji i rozmaitości ludzkich dróg.

W Erfurcie wschodnioniemieccy towarzysze rozciągnęli na cały dworzec czerwony transparent z cytatem z Lenina „Z iskry rozgorzeje płomień”. Także z tej naszej, pomyślałem sobie w duchu, tyle tylko, że będzie on płonąć dłużej niż wasz. I podziękowałem Włodzimierzowi Iljiczowi za wyjątkowo trafne hasło przy wejściu do miasta, w którym za kilka godzin miałem stać się księdzem czy, mówiąc językiem starotestamentalnym, ofiarą całopalną dla Pana. Myślałem o dniu śmierci Jana Palacha, o mojej medytacji nad tym, co bym zrobił, gdybym miał w kieszeni kartkę ze słowami „Pochodnia nr 2”. Miałem trzydzieści lat, coś we mnie umierało i coś nowego się miało narodzić.

Tuż przed swoimi święceniami spędziłem według zwyczaju trzy godziny w samotności i na modlitwie w kaplicy sióstr urszulanek Am Anger. Uświadomiłem sobie wagę chwili, w której przyjmę niezatarte znamię Chrystusowego kapłaństwa. To, co się stanie, już nigdy nie może się odmienić. Doświadczyłem w pełni swojej wolności: gdybym powiedział wtedy „nie”, całe moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, teraz trzymam w rękach całą swą przyszłość. I w tej chwili zrozumiałem jak nigdy przedtem, że przez wolny wybór i spalenie za sobą wszystkich pozostałych mostów, nie niszczę swojej wolności, ale ją realizuję. Abraham uwierzył Bogu i udał się w drogę, chociaż nie wiedział, dokąd idzie. Dlaczego się bać? Czyż Ten, który jest Drogą, nie miłuje i nie zna mnie lepiej niż ja sam, czyż nie jest mądrzejszy i mocniejszy niż ja, który chciałem bezmyślnie kierować swoim życiem z perspektywy małego ego, kiedy prawdziwym centrum mojego życia jest właśnie On? Czy mogę powiedzieć coś innego i lepszego niż słowo, które za chwilę wypowiem przed konsekrującym mnie biskupem, Adsum, jestem tutaj? Wypuściłem lejce z ręki i kłopoty z serca. Wkroczyłem na drogę.

Była sobota 21 października 1978 roku. Wieczorem po piątej zostałem wyświęcony na księdza przez biskupa Aufderbecka w prywatnej kaplicy jego rezydencji w cieniu erfurckiej katedry. Tematem kazania biskupa były trzy słowa liturgii: respicesuscipeaccipe, wejrzyj, weź na siebie i przyjmij.

tłum. Andrzej Babuchowski i Jarosław Babuchowski

Fragment książki Radziłem się dróg, która niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa W drodze (Poznań 2001).

Radziłem się dróg
ks. Tomáš Halík

urodzony 1 czerwca 1948 r. w Pradze – czeski duchowny rzymskokatolicki, konwertyta, profesor doktor habilitowany socjologii, doktor habilitowany teologii, doktor filozofii, prałat honorowy Jego Świątobliwości. Komunistycz...

Radziłem się dróg
Jan Jandourek

urodzony 12 maja 1965 r. w Nowym Mieście nad Metują, Czechosłowacja – czeski socjolog, eseista i pisarz, studiował na Wydziale Teologicznym Cyryla i Metodego w Litomierzycach i socjologię na Uniwersytecie Karola w Pradze....