Dwa dramaty

Warto czasem odkurzyć dramaty ludzi złączonych miłością i bliskich sobie nawet w wielkim oddaleniu.

Niektóre czynności nie sprawiają nam najmniejszych problemów. Jedną z nich jest szufladkowanie. Wszystko, co odbiega od szeroko rozumianej normy, nierzadko bywa wrzucane do wielkiego worka z napisem „fikcja”. A to, co fikcyjne, nie budzi niczyjej pogardy — broń Boże! — nawet urozmaica i osładza życie; to twarde życie, które nie oszczędza. I chociaż pan czy pani X, pretendujący do miana osób inteligentnych, nie zlekceważą wielkich systemów filozoficznych wypracowanych przez wieki średnie, to na myśl o Tristanie i Izoldzie uśmiechną się pobłażliwie. Niekoniecznie dlatego, że są parą legendarną. Uśmiechną się, bo ta miłość średniowieczna, tak namiętna i płomienna, jest tak nierealna…

Drugą równie łatwą czynnością jest ukiczowienie — nieuchronna konsekwencja odrealnienia wielkich dramatów, wielkich tragedii, zamiana żywych osób w bohaterów literackich. Okrywają się więc kurzem na dnie naszego worka, a wyciągamy ich na chwilę wtedy, gdy chcemy się zrelaksować, oderwać od rzeczywistości. Błąd. Oni tak naprawdę zbliżają nas do rzeczywistości. Zbliżają, wyznaczając normę opartą na logice miłości.

Heloiza i Abelard. Diana i Jordan — znacznie mniej dziś znani. Nie sposób jednoznacznie wskazać różnice i podobieństwa między nimi, nie popadając w schematyzm, ale warto przyjrzeć się ich historiom oddalonym od siebie w czasie o jedno stulecie, by logikę tę spróbować na nowo wydobyć.

* * *

„Im szerzej rozchodziła się sława mego imienia, tym silniej wzmagała się do mnie wroga nienawiść” — pisze Abelard do przyjaciela w sumie swojego życia, już jako mnich tułający się od klasztoru do klasztoru. Czy to przed dybiącymi na jego życie zakonnikami uciekał, czy przed karzącą ręką Boga lub też cieniami przeszłości — do końca sam pewnie nie wiedział. Nie tak wyobrażał sobie przyszłość uzdolniony i rozpieszczany przez ojca pierworodny syn.

Był rok 1094, gdy w Paryżu, ówczesnym centrum życia intelektualnego, postanowił pobierać nauki logiczne u Wilhelma z Champeaux. Wkrótce też uczeń — gorliwy naśladowca perypatetyków, jak mawiał o sobie — przerósł mistrza. Wdał się z nim w filozoficzne spory, podważył jego tezy, a obaliwszy wreszcie jego autorytet, sam zajął miejsce Wilhelma na katedrze.

Głód wiedzy teologicznej przywiódł go następnie do mistrza Anzelma z Laonu. Historia prędko miała się powtórzyć: „Kiedy więc zbliżyłem się do tego drzewa, by zerwać owoc z jego gałęzi, zauważyłem, że jest ono jak figa przeklęta przez Pana”.

Podjudzany przez złośliwych towarzyszy, dumny i ambitny Piotr zaczął wygłaszać komentarze do Pisma Świętego, nie opierając się na zbędnych, jego zdaniem, innych księgach. Zazdrość Anzelma była już tylko tłem, na którym tym jaśniej mógł błyszczeć jego geniusz. „Uległem złudzeniu, że jestem jedynym mędrcem na świecie”, wyznaje szczerze Abelard.

Wiedza, pycha, wpatrzone w niego oczy setek uczniów dodawały mu sił i unosiły na sztuczne wyżyny, z których strąciła go — jak nazwie to sam Piotr — litość Boża. Na drodze zaczytanego w księgach filozofa stanęła Heloiza. Namiętność, żądza czy miłość — powstrzymajmy się na razie z wyrokiem — pozbawiły go rozsądku.

„Jeżeli czasem zdobyłem się jeszcze na jakiś zryw twórczy, były to pieśni, w których sławiłem jedynie miłość, nie żadne tajniki mądrości”. Chęć pozyskania dla siebie młodszej o dwadzieścia lat, mądrej i pięknej siostrzenicy kanonika Fulberta zawładnęła nim całym. Fulbert, dając Piotrowi wolną rękę w wychowaniu i kształceniu Heloizy, „powierzał jakby niewinne jagnię wilkowi”. Dziewczyna z radością uległa swemu nauczycielowi, lecz rozkosze, którym się oddawali, niedługo pozostały w ukryciu.

Wściekłość i żal kanonika złagodził Abelard obietnicą poślubienia Heloizy, która spodziewała się dziecka. Ona zaś odwodziła go od tego postanowienia wszystkimi siłami. W XI wieku małżeństwo było bowiem hańbą i przeszkodą dla rozpoczynającego karierę kleryka i filozofa.

Po narodzinach ich syna doszło jednak do zaślubin. Gdy zaś wieść o zawarciu małżeństwa zataczała coraz szersze kręgi, a Heloiza swym zapamiętałym zaprzeczaniem temu rozdrażniała Fulberta, Piotr ukrył ją u mniszek w opactwie Argenteuil. Sam znalazł schronienie w opactwie św. Dionizego, po tym jak przyjaciele Fulberta, mszcząc się okrutnie, okaleczyli go, „pozbawiając nożem tej części ciała, przez którą uczynił to, co było dla nich przyczyną rozgoryczenia”.

Piotr nie taił, iż to nie powołanie nim powodowało, lecz wstyd. Tym niemniej decyzja o wstąpieniu do klasztoru była punktem zwrotnym miłości jego i Heloizy. Kolejne etapy dramatu nakreślone są wyraziście w listach, które sobie nawzajem przesyłali.

„Jedynemu w Chrystusie”

Heloiza. Kim naprawdę była, co czuła? Zamknięta za murami, pokorna. Nie sprzeciwiała się. Cierpiała, wierząc, że cierpi słusznie, przekonana w pełni o swojej winie. Patrząc przez pryzmat bezgranicznej miłości, mogła czynić Piotrowi wyrzuty, mogła narzekać, że przygnębiał ją listami, miast pocieszać, że wylewał swoją gorycz, o niej zapominając, jednak ani na chwilę nie zmieniło się jej serce. „Tylko Ty jeden mnie możesz zasmucić, tylko Ty jeden możesz mnie również pocieszyć i rozweselić”, wyznała Abelardowi, który nie przestał być spiritus movens wszystkich jej poczynań, panem duszy i ciała, chociaż przywdziawszy habit zakonny, należała do Chrystusa.

Szaleństwo — już nie zmysłów, ale ducha — kierowało nią nadal. Godziła się na rozstanie z Abelardem, nie mając żadnej nadziei na odzyskanie go, co więcej — wcale nie próbowała tego czynić.

„Nigdy nie pragnęłam niczego od Ciebie — prócz Ciebie”. To najlepsza odpowiedź na pytanie, dlaczego nigdy nie chciała go poślubić. Zdanie to jest ilustracją okrzyku św. Bernarda z Clairvaux — „Amo, quia amo”. Kocham, bo kocham. Heloiza nie myślała o sobie, wyrzekając się małżeńskiego szczęścia, i nie wstyd ani żadne pragmatyczne pobudki kazały jej wyrazić zgodę na zamknięcie w klasztorze. Kierowała nią szczera troska o Piotra.

„Liczyłam na to, że im się bardziej dla Ciebie poniżę, zasłużę na tym większą Twą miłość i mniej zaszkodzę sławie Twego imienia”. Rozgrzeszenie lub potępienie mniszki za przedkładanie roli kochanki nad godność żony nie do nas należy. Czy jednak nie można dostrzec w płomieniu jej uczuć jakiegoś bardzo schorowanego i poranionego znamienia Bożej miłości? Łatwo zawyrokować, iż to Piotr Abelard był jej bogiem. Sama Heloiza z bolesną szczerością pisze: „Nie żadna pobożność czy powołanie od Boga, ale polecenie od Ciebie zawiodło mnie w pierwszym rozkwicie młodości w ponure mury klasztorne”.

Swego syna nazwała Astrolabiuszem. Imię to może wyrażać, jak interpretuje Paweł Krupa OP, „krzyk tęsknoty za lepszym, nieskażonym niedoskonałością światem”.

Jednak listy śle do „swojego jedynego po Chrystusie”. Łaciński oryginał jednego z nagłówków oddaje to jeszcze lepiej: „Domino specialiter sua singulariter”, „Bogu w sposób szczególny, Abelardowi — osobiście” (E. Gilson).

Pełne rozpaczy jest wołanie Heloizy: „Boże, okrutny dla mnie nad wszelkie wyobrażenie! O, niełaskawy mimo swej łaskawości!”. Pełne rozpaczy i nakazujące pochylić się nad tragizmem jej obecnej relacji ze Stwórcą. Odgrodzona „karzącą ręką Pańską od świata i ukochanego” nie potrafi odnaleźć Boga miłującego i wybaczającego, lecz przebija przez to niedowierzanie głęboka wiara, a poniżenie kryje w sobie wielkość. „W jakim zakątku nieba zechce Bóg mnie umieścić, z takiego będę zadowolona”. To wielkość ewangelicznego setnika z Kafarnaum, który mówi Chrystusowi: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój”.

Heloiza czy Heloim?

Mury klasztoru nie stały się dla Abelarda twierdzą obronną. Szyderstwa i prześladowania dawnych wrogów dosięgły go nawet w Argenteuil, ledwie ukończył swoją rozprawę o Trójcy Świętej. Oskarżony o herezję, potępiony przez synod, „jako tułacz i rozbitek” znajduje wytchnienie w pustelni Parakleta, którą sam wybudował. Nie na długo. Powołany na stanowisko opata klasztoru św. Gildazego — siedliska cudzołóstwa i rozprzężenia — będzie wkrótce uciekał przed próbującymi go otruć, niechętnymi próbom zmiany ich sposobu życia mnichami.

Już nie za mistrza scholastyków, ale za „najbardziej wzgardzonego nędzarza na świecie” uważa się teraz Piotr, za nędzarza, co w wielkim udręczeniu dopiero uczy się mówić „bądź wola Twoja”. Jest silniejszy niż Heloiza, to zrozumiałe. Przykłada jednak do niej swoją miarę, żywiąc przekonanie, iż czas upływa jej na modlitwie i kontemplacji spraw Boskich raczej niż ziemskich. „Ucisz swe żale, które są całkiem obce naturze prawdziwej miłości” — gani Heloizę, gdy ta wyrzuca mu w listach oziębłość i brak umiaru w opisywaniu niebezpieczeństw, które na niego czyhają.

Heloiza drży z niepokoju o życie Abelarda i niezmiennie jest gotowa pójść za nim „w same otchłanie piekielne”. A Piotr? Czy po stłumieniu porywów namiętności nie czuje z Heloizą żadnej już więzi? Przestał ją kochać czy może nie kochał jej nigdy? Jego słowa tylko pozornie zdają się nie pozostawiać wątpliwości: „Nasycałem z Tobą tylko swoje żądze”— przyznaje bez ogródek i próbuje skłonić Heloizę do całkowitego powierzenia się Bogu, wskazując na analogię między jej imieniem a świętym imieniem Boga Heloim. Pozornie, gdyż listów — nie całkiem ciepłych i nie do końca takich, jakimi chciałaby się cieszyć stęskniona kobieta — pisać nie przestaje. I to Heloizie powierza później pustelnię Parakleta, by zamieszkała tam wraz z innymi siostrami. Potępiony zaś ostatecznie przez synod w Sens w 1141 roku, ekskomunikowany, swój wzruszający list — wyznanie wiary kieruje właśnie do niej. Do Heloizy, „niegdyś drogiej jego sercu na świecie, dziś najdroższej w Chrystusie”. Może właśnie w tym oddaleniu są sobie bliżsi niż kiedykolwiek.

* * *

Nie znamy dokładnej daty urodzin Jordana z Saksonii, następcy św. Dominika. Do spotkania tych dwóch mężów doszło w 1219 roku, a już rok później Jordan przywdział habit zakonny. Pełen temperamentu, zdolności i nade wszystko gorącej wiary bardzo szybko wybrano go na generała Zakonu Kaznodziejskiego.

Czytając Apoftegmaty, zobaczymy pokornego, a jednocześnie stanowczego i błyskotliwego zakonnika, który na wiadomość o możliwości wyniesienia jednego z braci do godności biskupiej reaguje stwierdzeniem, że „wolałby raczej ujrzeć, jak opuszczają go w trumnie do grobu”.

Gwałtownością temperamentu Diana Andalň nie ustępowała Jordanowi. Gdy w 1218 roku do Bolonii przybył mistrz Reginald, kilkunastoletnia dziewczynka pod wpływem jego kazań odkryła swoje powołanie i złożyła śluby zakonne na ręce św. Dominika. Nie wahała się, podobnie jak później św. Tomasz z Akwinu, stawić czoło rodzinie, zdecydowanie przeciwnej wyborowi córki. Gdy po wielu perypetiach miała już rozpocząć życie mniszki na Wzgórzu św. Agnieszki, Bóg połączył jej losy ze starszym o kilkanaście lat prowincjałem Lombardii, Jordanem. Z jego rąk Diana i cztery inne siostry przyjęły habit dominikański.

Młodziutka zakonnica była od tej chwili siostrą, córką i ukochaną towarzyszką zakonnika — nieustannie podróżującego, zajętego wizytowaniem podlegających mu klasztorów.

Jordan nie bał się nazwać więzi, która łączyła go z Dianą, miłosną, nie obawiał się też wyznać tej miłości Dianie. Dzięki temu uczucie to mogło trwać, pozostając piękne i czyste, bez żadnych niedomówień. Nieskazitelny obraz więzi ukazują listy pisane przez Jordana do Diany z każdego miejsca, w które się udał. Obraz ten budują zarówno sprawy wzniosłe, jak i codzienne, nie mniej przecież istotne. Informuje więc Jordan swoją przyjaciółkę o radujących jego serce nowych powołaniach do zakonu, w drobnych szczegółach opisuje trasę swej podróży, pisze o przebytej chorobie.

Ziemskie smutki nie omijają obojga. Gdy umarł brat Diany, Brancaleon, Jordan, aby ją pocieszyć, posyła do Bolonii jednego ze swych współbraci. Kiedy zaś odszedł ze świata jego najdroższy przyjaciel, Henryk, sam pisze o wielkim bólu, jaki przeżywa po stracie towarzysza. „Po trudzie przychodzi odpoczynek, a po bólu wieczna pociecha”.

Nie jest też Jordan stoikiem deprecjonującym doczesne utrapienia. Między rzeczywistością ziemską a niebiańską nie ma dla niego przepaści. Łączy je on w niezwykły nieraz sposób, równie wielką wagę przywiązując do kanonizacji Dominika, jak i do niepokojących go wieści o chorej nodze Diany. W licznych listach zamieszcza krótkie napomnienia i prośby, by młoda siostra powstrzymała się od nadmiernych postów czy zbyt uciążliwej pracy.

Ich miłość to więź duchowa, znacznie silniejsza od fizycznej, wybiegająca, dzięki swej niematerialności, poza świat zmysłowy. „Chociaż nie odwiedzam Cię we własnej osobie, to przecież jestem z Tobą duchowo, a dokądkolwiek bym się udał, wciąż trwam przy Tobie”.

Z tym chyba do końca nie potrafił sobie poradzić Abelard, oddzielając grubą kreską sferę ciała i ducha. Choć Jordan poucza Dianę, by jak najczęściej karmiła swoją duszę „miodem z nieba”, nie stawia sztucznej zapory między miłością do przyjaciółki a miłością Boga. Te dwa strumienie mają jedno źródło i płynąc wspólnym korytem, tworzą jedną rzekę.

Nieszczęsny nasz los

Niemało jednak było w tej miłości i cierpienia. W końcu zakonnik i mniszka zakonu św. Dominika, ogłoszeni przez Kościół błogosławionymi, byli ludźmi niepozbawionymi ograniczeń i słabości istot stworzonych. Oddaleni od siebie nieraz o setki kilometrów, widywali się niezmiernie rzadko i całkiem po ludzku tęsknili za sobą. Jordan boleśnie odczuwał brak — najzupełniej cielesnej już — obecności Diany: „Jakże nieszczęsny jest los nasz, który teraz znosimy: iż nie możemy obdarzać się wzajem miłością bez bólu i lęku! Ty smucisz się i cierpisz, bo nie dane Ci jest widzieć mnie nieustannie. Ja ginę z niepokoju, gdyż nieczęsto zdarza mi się mieć Cię przy sobie”.

Diana i Heloiza… Przełożona klasztoru Parakleta nosiła na swoich ramionach jarzmo cięższe niż młoda dominikanka. Uczucie Heloizy płonęło bardziej rozpaczliwym płomieniem, nie do końca rozświetlonym miłością Stwórcy. Dianę i Jordana dzieliła odległość jedynie fizyczna, łatwiejsza do zniesienia od nieustannego sporu, który wiedli w listach Abelard i Heloiza. Jednak i Diana usłyszała od ukochanego brata: „On, Chrystus, przemówi do Ciebie piękniej i mądrzej niż Jordan”. Nieraz przecież cierpienie zakonnika potęgował widok przyjaciółki rozpaczającej przy każdym pożegnaniu — stąd to stanowcze przypomnienie, kto ma być jej Oblubieńcem.

Wraz z kresem ziemskiej wędrówki ich rozłąka miała się jednak zakończyć. Oboje wierzyli, że miłość silniejsza niż śmierć, już bez cienia smutnych pożegnań, zajaśnieje pełnym blaskiem dopiero w Domu Ojca, wśród „powszechnego grania obywateli nieba”. Tą nadzieją niczym niezmąconego, przebóstwionego spotkania pokrzepiał Jordan swą towarzyszkę, pocieszając w ten sposób i siebie. Zachwycający jest ślad ponadczasowości w skierowanych do ukochanej słowach zakonnika: „Czyż nie jestem Twój — Twój, gdy przebywam z Tobą, i Twój, gdy odchodzę, Twój, gdy się modlę, Twój w tym życiu i Twój, jak ufam, w wiecznej szczęśliwości?”.

Ziarno Słowa

Nie ma w listach Jordana śladu uzurpowania sobie pierwszeństwa w sercu Diany. Tęsknota, troska o dom św. Agnieszki, nawet miłosne wyznania oparte są na fundamencie niezniszczalnym. Są domem zbudowanym na skale. To Chrystusa nazwie Jordan małżonkiem młodej mniszki, to Jemu poświęcona jest każda zapisana karta: „Albowiem serce, w którym brakuje Chrystusa, jest jak łupinka pozbawiona ziarna i każda pokusa, jak wiatr, może ją porwać ze sobą”. Nawet w swoim śnie widzi ją „w sposób tak prawdziwy i z taką dojrzałością”, przekazującą mu słowa Pana po trzykroć do niej skierowane: „Ja, Diano, jestem dobry”.

Zachęcając Dianę do umiaru, przekonuje ją zarazem, że tylko Boża miłość nie zna miary. Powtarzając za św. Bernardem, „Amo, quia amo”, Jordan mógłby dodać: „Kocham, bo najpierw ukochałem Boga”. Własne słowa, które kieruje do drogiej mu siostry, wydają mu się tak bardzo skromne i niepozorne przy Słowie — „chwalebnym i pełnym słodyczy”, przy wiecznym Słowie — Chrystusie.

* * *

„Miłość czysta to zgoda na dystans — pisała w połowie XX wieku mistyczka Simone Weil. — To cześć dla dystansu pomiędzy sobą a tym, co się kocha”.

Logika miłości? Paradoks. Czy logiczne jest to, że rozstania i odległości mierzone kolejnymi dniami nie dzielą, lecz scalają; że fizyczny dystans nie stanowi przeszkody dla pełnej komunii kochających się osób?

„Miłość czysta przeszła przez Boga, jak przez ogień” — to znowuż Weil. Nieodłącznymi towarzyszami ognia są od zawsze cierpienie i ból. Czy można wytłumaczyć, dlaczego niejeden — w wieku XII czy XXI — przedłoży je nad spokój i przyjemne życie? Dlaczego takim brakiem racjonalizmu wykazał się św. Paweł, pisząc do Koryntian, że „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję”?

Logika miłości. Wielka w swojej nielogiczności, szaleństwie. W zgodzie na Krzyż. Wielka, bo to w niej został nam ofiarowany skrawek Nieba, delikatny i ledwie uchwytny posmak wieczności.

Bibliografia

Piotr Abelard, Historia moich niedoli, Warszawa 1993.
Étienne Gilson, Heloiza i Abelard, Warszawa 2000.
bł. Jordan z Saksonii, Najdroższej Dianie…, Poznań 1998.
Simone Weil, Świadomość nadprzyrodzona, Warszawa 1999.

Dwa dramaty
Katarzyna Wiśniewska

urodzona w 1979 r. – absolwentka filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikowała w „Azymucie”, „Znaku”, „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”. Mieszka w Warszawie....