Racja, czyli to, co mam ja
fot. peter zhou / UNSPLASH.COM

Racja, czyli to, co mam ja

To się często zdarza. Rozmawiasz z kimś i nagle pada argument, na który nie ma odpowiedzi. Taki argument ma zadać ostateczny cios przeciwnikowi, skończyć rozmowę bez cienia wątpliwości, kto ma rację, kto zawsze ją miał, zgodnie z definicją racji (patrz: tytuł). Ostatnio zdarzyło się coś takiego przy okazji wizyty u znajomych. Wdałem się w dyskusję na temat dotkliwych problemów Warszawy i nagle mój rozmówca rzuca: – No przecież widzi pan, że w Warszawie właściwie nie ma samochodów na warszawskich numerach. Wszyscy się rejestrują gdzie indziej.

– Aha… – mówię. – Wie pan, nie zauważyłem, zwykle ten przede mną na warszawskich jeździ. Ale co z tego?

– Jak to, pan nie wie? – naciska mój rozmówca. – Zaledwie 30 procent samochodów w Warszawie jest rejestrowanych w stolicy. Reszta gdzie indziej – żeby niższe podatki płacić. I dlatego jest, jak jest, drogi beznadziejne, urzędy nie działają, poczta, proszę pana, non stop kolejki. Jak pan może nie widzieć związku?

Ostatnie zdanie miało nie tylko pogrążyć mnie jako ignoranta w dziedzinie znajomości sprawy tablic rejestracyjnych, dróg, urzędów, poczty, ale też dobić jako dziennikarza ignoranta.

Potem przyszedł cios ostateczny: Wie pan oczywiście, że FED to jest instytucja prywatna?

– No w zasadzie od strony formalnej to może tak, choć to jest trochę bardziej skomplikowane…

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się