Przemoc w rytmie ciszy
fot. mesut kaya / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Święty Józef. Niedopowiedziana historia

0 votes
Wyczyść

Żona policjanta, reżyseria: Philip Gröning, występują: Alexandra Finder, David Zimmerschied, Pia Kleemann, Chiara Kleemann, Niemcy 2013, dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

Przemoc nie przystaje do ciszy. W odniesieniu do kina kojarzy się raczej z filmami dla dorosłych, bijatyką, strzelaniną i krwią spływającą po ekranie. Jest jednak taki rodzaj przemocy, o którym jej ofiary rzadko mówią, skrytej pod grubą warstwą makijażu i ubraniem szczelnie zasłaniającym ciało. To stwierdzenie w pierwszym odruchu może budzić sprzeciw, a nawet wywołać czyjeś oburzenie, ale domowa przemoc ma w sobie coś kameralnego. Biciu, krzykom, płaczowi daleko oczywiście do spokoju i cichości, ale najczęściej taka przemoc odbywa się za zamkniętymi drzwiami, bez rozgłosu, niemal intymnie. Nie jest ostentacyjna, jej ofiary nie obnoszą się ze swoim cierpieniem, zazwyczaj milczą. Przemoc domowa, choć tak często wyciągana na światło dzienne w mediach, w przeróżnych debatach i kampaniach społecznych, pozostaje ciągle tematem tabu, właśnie dlatego że większość dyskusji na jej temat rozbija się o mur milczenia ze strony nią dotkniętych. Najnowszy film Philipa Gröninga, Żona policjanta, porusza temat przemocy w rodzinie w sposób najbardziej adekwatny z możliwych – wyważony, spokojny, niespieszny. Nic więc dziwnego, że obraz ten jest formalnie bardzo bliski wcześniejszemu dziełu niemieckiego reżysera zatytułowanemu, nomen omen, Wielka cisza.

Życie to nie bajka

Uwe i Christine Perkingerowie mieszkają w małym niemieckim miasteczku. On jest policjantem, ona zajmuje się domem i córeczką Clarą. W wolnych chwilach chodzą na rodzinne spacery, urządzają piknik, prowadzą rozmowy przy stole, razem się bawią. Kiedy taty nie ma, mama i córka same odkrywają świat, spędzają dużo czasu na łonie natury, zakładają mały ogródek przy domu, szukają domowych skrzatów. Ich życie wydaje się sielankowe. Z każdego gestu młodych małżonków przebijają czułość i troska. Słowa w ich relacji wydają się zbędne. Wystarczy spojrzeć, jak przytulają się do siebie przez sen, on głaszcze ją po ramieniu, ona przesuwa palcami po jego włosach. Pierwszy siniak widoczny na ciele bohaterki wydaje się wpadką charakteryzatorów – jakby zapomnieli zakryć go u aktorki, która przez przypadek się uderzyła. Jakby nie był celowo pokazany. Jakby nie miał prawa tam być. Z czasem okazuje się jednak, że siniaków jest coraz więcej. Bajka zamienia się w koszmar. Tadeusz Sobolewski, komentując wenecki festiwal, pisał o Żonie policjanta: „Film przenika groza jak z okrutnej niemieckiej baśni lub romantycznej ballady Król Olch, gdzie nakładają się na siebie baśń i rzeczywistość. Ponura współczesna baśń Gröninga jest chłodną i przenikliwą analizą sytuacji, która nie jest wyłączną własnością tradycji niemieckiej. Słyszymy o niej nieustannie w naszych mediach: ojciec zabija swoją rodzinę, matka zabija dziecko, dziecko morduje matkę”. Atmosfera budowana przez reżysera za pomocą pozornej idylliczności, pod którą kryje się uśpiona agresja, w każdej chwili gotowa wybuchnąć, jest porażająca. Jakby każda scena utkana była z lęku – czekamy na jakiś wybuch, przełom. To, że on ciągle nie następuje, wcale nie uspokaja, wręcz przeciwnie – potęguje klimat napięcia i strachu. Jest to zrobione w sposób tak sugestywny, że widz może się poczuć niemal jak ofiara przemocy, która czeka na następny cios. I to nie siniaki są najgorsze, ale stan ciągłego zagrożenia, poczucie, że jeden nieprzemyślany krok, słowo wypowiedziane bez zastanowienia mogą stać się przyczyną kolejnej agresji.

Czego nie widać

Jest bardzo wymowna scena w filmie, pozornie zwyczajna. Cała rodzina siedzi przed kamerą, jakby pozowała do zdjęcia (zostało to nawet wykorzystane na jednym z plakatów reklamujących film). Uśmiechają się przyjaźnie, po czym zaczynają śpiewać piosenkę o Śpiącej Królewnie. Każde z nich śpiewa po swojemu, we własnym rytmie, nie zawsze czysto. Pomyłki są kwitowane uśmiechami. Czasami tylko Clara albo jedno z rodziców zna tekst, ale refren śpiewają zawsze razem. Ten pocztówkowy obrazek doskonale oddaje zamysł reżysera – przedstawienie z pozoru idealnej, uśmiechniętej rodziny. Sztuczność tego ujęcia w stosunku do wszystkiego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, a co widz obserwuje w kolejnych scenach, razi i budzi opór. I dlatego jest tak ważna.

Brakiem, który również uderza w tym filmie, jest nieobecność osób postronnych – sąsiadów, rodziny, ludzi, na co dzień mijanych w sklepie lub na spacerze. Póki widz jest przekonany, że Perkingerowie wiodą szczęśliwe życie, to wyobcowanie, zamknięcie we własnym świecie wydaje się kolejnym elementem rodzinnej idylli, której nikt nie powinien zakłócać. Z czasem dostrzec można nienaturalność tej izolacji. Pozornie dobrowolne zamknięcie w czterech ścianach zmienia przytulny dom w więzienie.

Nie wiemy też, czy Uwe bije żonę, bo odreagowuje stres i frustrację związane z pracą, czy przyczyna jego zachowania leży w nieszczęśliwym dzieciństwie. A może jest zazdrosny o to, że Christine ma lepszy kontakt z córeczką niż on? Na to pytanie w ogóle nie otrzymamy odpowiedzi, podobnie jak na wiele innych, na przykład o to, co mają oznaczać krótkie epizody przedstawiające zwierzęta – ptaka przelatującego między drzewami lub zagubionego w mieście lisa – albo kim jest starszy człowiek konsekwentnie pojawiający się w niektórych scenach. Choć często wydaje się to niepotrzebne i tylko przedłuża i tak długi film, wynosi go jednak ponad poziom dosłowności, nie ogranicza historii przemocy do konkretnego przypadku, ale pozwala szerzej spojrzeć na problem i wynikające z niego konsekwencje. Może więc warto docenić obecność takich scen, nawet za cenę niezrozumienia ich wymowy.

Porządek musi być

Każda scena filmu, a jest ich prawie 60, rozpoczyna się informacją „Początek rozdziału” (tu numer danej sceny) i zamyka napisem „Koniec rozdziału”. Niektóre z nich mają po kilka sekund, inne ciągną się minutami. Ten narzucony niemiecki Ordnung może irytować i szybko pojawia się pytanie o sens takiego zabiegu, tym bardziej że sceny nie są ułożone w porządku chronologicznym, często nawet w ogóle do siebie nie nawiązują. Gröning ma w tym jednak jakiś cel. Na jednej z konferencji prasowych mówił: „Ten matematyczny zabieg nałożony na historię o uczuciach przypomina widzom, że znajdują się ciągle między tym, co racjonalne, a tym, co emocjonalne. Po najmocniejszych scenach, które uruchamiają silne emocje, wracamy do chłodnych numerów. To jakby odliczanie kolejnych scen z życia, układanie ich w przeszłość. Bez oceniania i moralizowania”. Można więc powiedzieć, że te klisze, które oddzielają następujące po sobie sceny, dają widzowi czas na oddech, na ułożenie w myślach tego, co się stało, i dopasowanie do wcześniej przedstawionych obrazów. W moim odczuciu zabieg ten jednocześnie pokazuje epizodyczność takiego życia – czas odmierzany od chwil spokoju do powracających wybuchów bohatera, wyznaczany kolejnymi uderzeniami, zadanymi żonie przez męża. To, co dzieli ten film, zdaje się jednocześnie scalać poszczególne, pozornie niepasujące do siebie części.

Test na cierpliwość

Żona policjanta nie jest filmem dla osób lubiących szybką akcję i żywe dialogi.

To kino dla cierpliwych i wytrwa- łych, wizualnie wysmakowane, powoli rozwijające poszczególne wątki, często męczące niedomówieniami. Jeśli ktoś nie będzie przygotowany na trzygodzinny, niełatwy w odbiorze obraz, może zmarnować nie tylko swój czas. Ci, którzy wymagają od kina czegoś więcej, mogą być pewni, że ten film zostanie w ich myślach na długo, a temat przemocy domowej nie będzie już tylko niezręcznym punktem na mapie rozmów, który dyskretnie omijamy, kwitując go milczeniem.

Przemoc w rytmie ciszy
Magdalena Wojtaś

absolwentka filologii polskiej i germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Mieszka w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze