Niezasłużony dar
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Wojciech Chmielewski: Czym jest dla Pana wiara?

Wojciech Wencel: Dynamiczną rzeczywistością, która jest w życiu najważniejsza. Trzeba o nią ciągle zabiegać. Nie da się jej posiąść na stałe, można ją łatwo utracić, zwłaszcza kiedy się o niej mówi publicznie. Mam za sobą wiele upadków, zdrad, okresów pustki duchowej i niewrażliwości na grzech. Jednak nadzieję dają mi żal za popełnione zło i mozolne podnoszenie się do dalszego życia z Bogiem. W Ewangelii możemy przeczytać historie Piotra i Judasza. Obaj zdradzili Chrystusa, ale Piotr potrafił podnieść się z upadku i stał się opoką Kościoła, a Judasz poszedł, powiesił się. Bez wiary nasze życie byłoby samą rozpaczą.

Jak traktuje Pan zatem sztukę — pisanie wierszy? Czy ona wypływa z wiary?

Oczywiście, że tak. Wielka sztuka zawsze rozgrywa się w przestrzeni duchowej. Nie może to być jednak proste relacjonowanie własnych rozterek religijnych. Potrzebna jest świadomość języka, formy, dążenie do artystycznej doskonałości… Nawet język kształtuje się w konfrontacji własnego myślenia i odczuwania z językami przeszłości, w których zawarte są doświadczenia duchowe dawnych pisarzy. W moim przekonaniu poezja powinna pomagać ludziom żyć lepiej, piękniej, wznioślej, a nie tylko zaspokajać ich potrzeby estetyczne.

Czy książka „Zamieszkać w katedrze” jest poświęcona analizie zjawisk we współczesnym życiu literackim, czy może raczej jest zbiorem polemik z adwersarzami „Frondy”, z którą jest Pan związany?

To przede wszystkim zbiór manifestów literackich i kulturowych, nawiązanie do tej tradycji eseistyki, jaką w Anglii reprezentował Thomas Stearns Eliot, a u nas Jarosław Marek Rymkiewicz. To również komentarz do moich własnych wierszy i do nurtu literackiego ostatnich lat, który — mniej lub bardziej precyzyjnie w odniesieniu do poszczególnych autorów — bywa określany jako klasycyzm. Siłą rzeczy jednak w naszej kulturze jest to książka bardzo polemiczna. Pisanie o tym, że artysta realizuje się naprawdę tylko we wspólnocie, a w sztuce chodzi bardziej o realizm w przedstawianiu świata niż o oryginalność za wszelką cenę, musi wywoływać sprzeciw wielu tak zwanych „środowisk twórczych”.

Pana wizja kultury jest bardzo osobista i — jak się wydaje po lekturze książki — ugruntowana. Czy mógłby ją Pan w kilku słowach określić?

W moim odczuciu w oświeceniu sztuka przestała opisywać świat i zaczęła być swobodną ekspresją artysty. Od tego momentu zaczęto bardziej interesować się tym, jak dane dzieło jest skonstruowane, niż tym, dla kogo je stworzono i co przedstawia. Zapomniano lub nie chciano pamiętać, że sztuka powinna wyjaśniać rzeczywistość, opisywać jej istotę i przez to kształtować życie duchowe odbiorców.

Dochodząc do artystycznej dojrzałości, dziwiłem się tej zmianie w traktowaniu powinności sztuki. Jej przedoświeceniowy model był dla mnie oczywisty; to, co stało się później, uważam za rodzaj choroby. Oczywiście, choroba ta dotknęła całą kulturę, nie tylko pojedynczych ludzi. Moja książka jest skromną próbą rozpoznania tej epidemii i odnalezienia utraconego ładu.

Czy uważa Pan, że Pańska wizja jest otwarta dla wszystkich, na przykład dla osób niewierzących, które czytają wiersze Wojciecha Wencla?

Takim ludziom bardzo trudno jest uczestniczyć w kulturze integralnej — łączącej sztukę, religię, życie społeczne i prywatne w całość — ponieważ ich podstawowym doświadczeniem egzystencjalnym jest pęknięcie, rozdarcie, niewiara w osobowego Boga. Bardzo cieszę się, że czytelnikami moich wierszy są także ludzie poszukujący, tęskniący do duchowej pełni, nawet jeśli nie są związani z Kościołem. Moja poezja rzadko jest deklaratywna, pokazuje jednak taką pełnię, a razem z nią — piękno, które jest efektem chrześcijańskiego życia. Może trafiać do wszystkich. Świadczy o tym choćby nominacja Ody na dzień św. Cecylii do Nagrody Nike, w której jury zasiadają raczej sceptycy. Wizja kultury, którą proponuję, jest intelektualną konsekwencją poezji. O tym, czy zdołam przekonać do niej czytelnika, zadecyduje wartość moich wierszy. Dlatego interesują mnie tylko arcydzieła. Nowe tysiąclecie potrzebuje nowej Boskiej Komedii.

Czy to nie zbyt wygórowane ambicje? Nie obawia się Pan śmieszności, posądzeń o pychę?

Wszystko, co dobrego w życiu napisałem, pochodzi od Boga. Ja jestem tylko narzędziem, tępym rylcem, który ma wykonać zadanie. Przed takim powołaniem nie można się cofać. Inna sprawa, czy uda się mu sprostać. Poza tym ktoś tę naszą europejską kulturę kształtował przez setki lat, zmieniał ją, kaleczył albo łatał. To byli tacy sami ludzie jak my. Jeśli poeta się boi i z góry zakłada, że nie jest w stanie wywrzeć na kulturę takiego samego wpływu jak Dante, najczęściej ogranicza także zakres problemów, które porusza. Przestaje pisać o „sprawach pierwszych”. Zaczyna się gadulstwo. Kto w historii naszej kultury tworzył arcydzieła? Na pewno Bach, Palestrina, Dante, Rafael… Wszyscy oni byli apologetami chrześcijaństwa. Ostatnim arcydziełem — niedokończonym — jest dwudziestowieczna Sagrada Familia Antonio Gaudiego. I co się okazuje? Gaudi, ten geniusz nowożytności, którym zachwycają się wyluzowani studenci architektury, będzie wkrótce beatyfikowany przez Kościół katolicki. Ten fakt świadczy o tym, że Bóg pragnie nie tylko tego, aby artyści stawali się świętymi w codziennym życiu, ale też by tworzyli współczesne arcydzieła. Nihiliści i relatywiści nigdy nie tworzyli arcydzieł — ich wpływ na kulturę zawsze polegał na destrukcji, nie na budowaniu. Do dziś — od paruset lat — ich wpływ jest ogromny, rozsiewają swój plankton, swoich Ginsbergów, Saramagów i miliony im podobnych awangardowych indywidualistów. Tymczasem my, których siłą były wielkie dzieła i wielcy artyści, daliśmy sobie wmówić, że dzisiaj takie ambicje są śmieszne. W efekcie śmieszny jest nasz wpływ na kulturę.

Co sprawiło, że zaczął Pan pisać?

Pragnienie dzielenia się pięknem. To było dziesięć lat temu. Potem okazało się, że te pierwsze wiersze wcale nie są piękne. Było też oczywiście pragnienie sławy i odpowiadające mu poczucie mocy. To jest normalne u młodych pisarzy, że zaczynają jak literaci, czyli ludzie, których interesuje tylko własny pępek i miejsce w hierarchiach literackich. Zawsze przywiązywałem wagę do formy: rymu, rytmu, tonu wierszy, ale na początku to były trochę puste konstrukcje. Jeszcze kilka lat temu pisałem, że przeznaczeniem literatury jest skrajny estetyzm. Była to, co prawda, reakcja na niechlujny język i uciekanie od piękna w poezji „bruLionu”, jednak wiele mówiła też o mojej ówczesnej świadomości. Byłem młodzieńcem, który nie prowadził przesadnego życia duchowego: przez trzy lata chodziłem do kościoła i nie przyjmowałem Komunii. Może dlatego najważniejsza była dla mnie estetyka, ewentualnie świecka „metafizyka poetycka”. Poezja jest zbyt istotnym zjawiskiem, by z triady — prawdy, dobra, piękna — wybierała tylko jeden element.

Czy to oznacza, że w Pana życiu nastąpił zasadniczy przełom i zaczął Pan pisać inaczej?

Kiedy w 1995 roku umarł mój ojciec, nagle zobaczyłem całe jego życie, które było napełnione wiarą, i odczułem z nim bardzo silną więź duchową. W tym samym roku ożeniłem się, a moja żona, która jest osobą głęboko wierzącą, już przed ślubem miała na mnie zbawienny wpływ. Znów zacząłem przyjmować Komunię i stopniowo odkrywać duchową rzeczywistość. Oda na dzień św. Cecylii to książka napisana już po tych wydarzeniach.

Kiedy poczuł Pan, że Pana pisanie jest częścią czegoś bardziej ogólnego, że wpisuje się w dzieło Stwórcy?

Takie przekonanie miałem właściwie od początku… Może właśnie w trakcie układania Ody na dzień św. Cecylii przestało być ono wyrazem pewności siebie, bo wtedy rozpoznałem swoje powołanie. Pisząc te wiersze, miałem poczucie, że sam nie byłbym w stanie ich stworzyć, że jestem na to za mały, zbyt ograniczony czy nawet zbyt prostacki. Czasami zapisywałem jakąś frazę ze słuchu i po czasie znajdowałem w niej głęboki sens, absolutnie niezamierzony. To była harmonia, która wypływała z czegoś, co było poza mną — z czegoś większego ode mnie. Do dzisiaj często miewam takie odczucie po napisaniu wiersza: to nie moje, to jest dzieło Boże. Bardzo wyraźnie rozpoznaję swoje powołanie. Jest nim rodzina, poezja, „POSTygodnik”, który współredaguję z Robertem Tekieli, i publicystyka przeciwstawiająca cywilizacji śmierci kulturę chrześcijańską. Niestety, zazwyczaj jestem sługą złym i gnuśnym. Nie wykorzystuję w pełni łaski, którą daje mi Bóg. Czasami wydaje mi się, że ją odrzucam.

Czy rodzina ma wpływ na to, o czym i jak Pan pisze?

Rodzina jest dla mnie rzeczywistością sakralną, źródłem świętości i czystości. Jesteśmy z żoną pięć lat po ślubie, mamy dwóch synów. Trudno, żeby nie miało to wpływu na moje wiersze. Moja następna książka, Ziemia Święta, będzie w całości opisem świata, w którym w czwórkę żyjemy: starej Matarni, mieszkania „z gazowym piecykiem i ciszą”, spacerów z wózkiem „z domu do kaplicy, a potem na cmentarz”, ogrodu, który trzeba skopać na wiosnę. Rytm tego świata wyznaczają rodzinne dramaty, ale i rok liturgiczny. Codzienność przeplata się z wiecznością.

Wiele miejsca w książce „Zamieszkać w katedrze” poświęcił Pan T.S. Eliotowi. Skąd fascynacja jego twórczością i osobą?

Eliot to postać zupełnie wyjątkowa w XX wieku, bo swoje najważniejsze dylematy intelektualne rozwiązał dzięki wierze. Z podobną postawą nieczęsto mamy do czynienia wśród intelektualistów, jej wartość jest zwykle pomniejszana przez wychowanków oświecenia. W przypadku Eliota żywej wierze i sprawnemu intelektowi towarzyszy artystyczny geniusz. Patrzę na autora Popielca z dwóch stron: jako na poetę, któremu można starać się dorównać, i jak na eseistę, którego twórczość jest godna wszechstronnego naświetlenia, szczególnie w Polsce. Treść dzieł Eliota jest nieustannie zniekształcana. Często mówi się o Ziemi jałowej, poemacie, który fotografował duchowy rozpad cywilizacji europejskiej epoki wielkich wojen. Nie mówi się jednak, jakie miejsce ma on w całokształcie twórczości Eliota. A przecież Ziemia jałowa była zaledwie pierwszym stopniem na drodze intelektualnej poety, drodze, która zakończyła się świadomym wyborem chrześcijaństwa jako lekarstwa na nihilizm. Jakie to politycznie niepoprawne! W eseistyce natomiast jest Eliot obrońcą integralności chrześcijańskiej kultury. Dzisiaj mówi się, że jest ona wehikułem, który przestał być nośny i potrzebny religii, która go stworzyła. Eliot przekonuje, że jest to myślenie jałowe. Wszelki bunt był możliwy właśnie w ramach chrześcijańskiej kultury. Bez niej nie byłoby Nietzschego. Jeśli kiedyś nastąpi jej rozpad, trzeba będzie setek lat, zanim zawiąże się jakakolwiek inna. Czy zatem mamy alternatywę?

Którzy twórcy, oprócz Eliota, są Panu szczególnie bliscy?

Na pewno Dante, Chesterton, a spośród polskich poetów XX wieku Lechoń, Czechowicz, Herbert. I chyba jednak Miłosz, choć jego antynarodowe fobie są irytujące. To poeta dużej klasy, a Trzy zimy są jednym z najlepszych tomów w historii polskiej poezji. Poza tym podobają mi się świadectwa eseistów: Pawła Lisickiego, Pawła Hertza i Tomasza Burka.

Dużo pisze Pan o dziewictwie. Jak rozumie Pan to zupełnie skompromitowane w świecie popkultury pojęcie?

Jako ciągłą dążność do zachowania czystości duchowej, niezgodę na sceptycyzm i ironię. Dziewictwo traci się nie wtedy, kiedy się upada, ale wtedy, kiedy zamiast podnieść się z tego upadku, mówi się: „No tak, stało się. Teraz już wszystko mi wolno”. W moim rozumieniu dziewictwo jest przeciwieństwem jadu, który nasza epoka fałszywie nazywa dojrzałością, a który tak naprawdę jest zobojętnieniem.

Czy pisanie poezji odwołującej się do Wszechmocnego musi łączyć się ze stanem łaski uświęcającej artystę?

Tak i nie. Z jednej strony, w Ewangelii czytamy słowa Chrystusa: „Trwajcie we mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we mnie trwać nie będziecie”. Zatem długotrwałe, świadome odłączenie od Boga powoduje w ludziach uwiąd mocy twórczej i prowadzi do zagubienia powołania. Poza tym, jeśli chodzi o mnie, to najlepsze wiersze apologetyczne — chwalące Boga, rodzinę, świat widzialny i niewidzialny — prawie zawsze pisałem w stanie łaski uświęcającej. Kiedy jej nie mam, czuję się zbyt nieczysty, aby pisać takie rzeczy. Z drugiej strony, istnieje doświadczenie grzeszności, które trudno oddać w stanie łaski uświęcającej, kiedy człowiek jest radosny i nie chce pamiętać swoich zdrad, bólu i zagubienia. Całą Odę chorej duszy pisałem właściwie w stanie upadku — przed kolejnymi spowiedziami. Okazało się, że pisanie potrafi też oczyszczać, przygotowywać do pojednania z Bogiem, że jest to rodzaj rozmowy, w której można wzbudzić doskonały żal za grzechy. W każdym razie bez łaski uświęcającej pisze się znacznie trudniej niż z nią. Nie ma poczucia Bożej mocy — jest lęk, wstyd i pot na plecach. Dopiero potem widać, że w trakcie pisania człowiek podnosił się z upadku.

Wydaje mi się, że w Pana tekstach jest ukryta teza o potrzebie zgodności między życiem artysty a jego dziełem. Czy zatem uważa Pan, że dobry utwór literacki sam się nie obroni?

Twierdzenie, że z punktu widzenia odbiorców sztuki utwór może się oczywiście obronić, to truizm. Jednak ideologia oświeceniowa stworzyła artystom azyl przed moralnością i to jest druga strona medalu. Mówi się, że można wybaczyć artystom ich niegodziwości wobec bliźnich, ponieważ oni tworzą dzieła. To czysty satanizm — teza stworzona przez ludzi, którym tak żyć jest po prostu wygodniej. Z tej perspektywy akcentuję potrzebę jedności życia i sztuki. Sam jestem artystą i istnienie takich fałszywych norm godzi również we mnie. Myślę też, że jest to rodzaj oszustwa wobec odbiorców. Dzieło sztuki może się obronić od strony formalnej, ale jednocześnie może pozostać zakłamane. Kiedy o tym mówię, wcale nie chodzi mi o wywyższanie się, bo błędy i upadki zdarzają się każdemu, a tylko o wskazanie, że nie można rozgrzeszać się w imię artystycznej niezwykłości. To jedno z najbardziej obrzydliwych posunięć.

Czy zatem każdy poeta powinien swym pisaniem dawać świadectwo tego, jak żyje?

Tak, choć trzeba pamiętać, że absolutna szczerość nie jest żadną cnotą w literaturze. Eliot powiedział wprost, że jeśli będziemy zdawać niczym niekontrolowaną relację ze swego życia emocjonalnego, to wywołamy tym tylko śmiech czytelników. Zachowując zaś dystans, możemy wywołać wzruszenie. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł pisać wiersze będące zabawą, grą, ćwiczeniem stylistycznym. Budowanie wiersza pozostającego w zgodzie z prawdą życia nie musi dokładnie relacjonować naszych przypadków. Szczegółowe opowiadanie o sobie często wynika z egotyzmu, co jest przywarą zwłaszcza młodej poezji. Pisanie jest przede wszystkim odpowiedzią na niezasłużony dar — powinno kierować się na coś, co przekracza piszącego. Dobra poezja z reguły jest zakorzeniona w przestrzeni, opowiada o Bogu, drugim człowieku i świecie, który będzie istniał nawet wtedy, kiedy my umrzemy.

Niezasłużony dar
Wojciech Wencel

urodzony 16 lutego 1972 r. w Gdańsku – poeta i eseista, autor tomów poetyckich, redaktor „Frondy” i „POSTygodnika” – dodatku do Nowego Państwa. Opublikował m.in.: Wiersze (1995), Oda na dzień św. Cecy...

Niezasłużony dar
Wojciech Chmielewski

urodzony  8 marca 1969 r. w Warszawie – absolwent historii i podyplomowego studium dziennikarskiego, prozaik, historyk i dziennikarz, publikował w „Rzeczpospolitej”, „Nowym Państwie”, „Tygodniku Solidarność” i „Nowych Książkach”....