Poszukiwanie nowego bukłaka

Poszukiwanie nowego bukłaka

Rekolekcje szkolne nie mogą być jednorazową akcją, niemającą nic wspólnego z całoroczną pracą duszpasterską i wychowawczą w danej szkole. To nie powinien być zlepek przypadkowych zajęć. Jeśli tylko będziemy chcieli coś zrobić, by te dni były twórcze i choć w części uzdrowiły naszą szkołę, to sami odkryjemy odpowiednie formy zajęć rekolekcyjnych.

Po dziesięciu latach od wejścia religii do szkół i wprowadzenia rekolekcji ciągle stoi przed nami pytanie: czym są szkolne rekolekcje i jak je sensownie organizować?

Odpowiedzi udzielę jako katecheta. Inni być może patrzą inaczej. Ufam, że zejdę się w pół drogi z tymi, którzy szukają sensownego przeżycia rekolekcji. Zobaczmy, jak to bywa w praktyce.

Cienie

Katecheci, pragnąc urozmaicić dni rekolekcyjne, przyszli do księdza proboszcza po pomoc. Odpowiedział: „Mnie szkoła nie interesuje — mnie interesuje tylko Msza św. i nauka w kościele”.

Szkoła wiejska. Dzieci uczestniczą w godzinach wieczornych w rekolekcjach parafialnych. „Moglibyśmy w takim wypadku mieć normalne lekcje, ale skoro wszyscy mają wolne, to dlaczego my nie mamy mieć?” — mówi jedna z nauczycielek.

W czasie rekolekcji w jednej ze szkół średnich nauczyciele organizują fakultety dla uczniów przygotowujących się do matury. „Program jest tak niejasny i słaby, że uczniowie nie chcą chodzić na rekolekcje i proszą o te zajęcia” — mówią.

Księża z różnych dekanatów, zapytani o rekolekcje, stwierdzają, że przez dziesięć lat na spotkaniach dekanalnych nie poruszano tej tematyki.

Zespół Szkół Zawodowych. Około 1500 uczniów. Na rekolekcje od samego początku przychodzi około 10% młodzieży.

Szkoła ponadpodstawowa. Od początku ciągle tak samo: ksiądz uczący w tej szkole podsyła młodzież na rekolekcje do innej parafii (bez wiedzy tamtej). Sam się tam nie pojawia.

Wioska. Katecheta chciał podzielić dzieci na grupy. Ksiądz rekolekcjonista się nie zgodził. Uważał, że powinny przyjść wszystkie razem od pierwszej do ósmej klasy. Stały i ziewały. Nikt nie wiedział, do kogo była adresowana nauka.

Na terenie pewnej parafii są cztery szkoły podstawowe, to jest około 3000 dzieci. Wszystkie mają rekolekcje w tym samym czasie — Msza święta i nauka w kościele. Razem prawie półtorej godziny.

Blaski

Nauczyciele pewnej podstawówki, wbrew sugestiom księdza proboszcza, zorganizowali spotkania dla dzieci w szkole. Choć przyszło ich niewiele, były bardzo zadowolone. Organizatorzy zarazili swoją inicjatywą innych nauczycieli.

Jedna ze szkół podstawowych w dużym mieście. Dzieci już we wrześniu pytają katechetę o rekolekcje szkolne. „To są dla nas piękne dni” — mówią.

Dyrektorzy szkół jednej z Delegatur Kuratorium Oświaty postanowili włączyć tematykę rekolekcji do swoich spotkań. Kuratorium zaś rozesłało do wszystkich szkół ankietę na temat rekolekcji.

Wydaje się, że cienie i blaski rekolekcji szkolnych mówią nam o jednym: że ktoś już zrozumiał, a ktoś jeszcze nie — czym one są.

Dobra Nowina extra muros

Przyznajmy szczerze: wlecze się za nami zaskoczenie. I będzie pewnie tak jeszcze dość długo, bo na samym początku (rok 1990) nie znalazł się, niestety, prawie nikt, kto by rozsądnie wytłumaczył (proboszczom, księżom, katechetom, dyrektorom szkół, nauczycielom, rodzicom, uczniom), po co są te nowe rekolekcje. Mówiąc językiem sportowym — był to falstart. Dlatego zaczęliśmy na nie patrzeć — i nadal patrzymy — przez pryzmat rekolekcji parafialnych. Te zaś odbywały się zazwyczaj popołudniami i ograniczały do Mszy połączonej z nauką. Stąd dla wielu uczniów (szczególnie szkół średnich) dni rekolekcyjne są teraz jedynie dniami wolnymi od zajęć. Rozsądek zaś podpowiada, że gdyby rzeczywiście tak miało być, to po co zawieszać lekcje na trzy dni? Głosy mówiące o potrzebie wykorzystania pozostałego czasu na wyciszenie i refleksję to dla większości pobożne życzenia.

Rekolekcje powinny być wyjątkową formą głoszenia Dobrej Nowiny (odpowiadają za nią katecheci i proboszcz parafii, na terenie której znajduje się szkoła) i prowadzenia działań wychowawczych (odpowiada za nią dyrektor szkoły, wychowawcy, pedagog i psycholog). Skierowane do dzieci i młodzieży uczęszczających na katechezę, mają rozwijać ich religijność i osobowość. Część liturgiczna tych dni (Msza św., spowiedź) winna się odbyć w kościele położonym najbliżej szkoły (nie musi nim być kościół parafialny). Mogłaby też, według mnie, odbywać się — w uzasadnionych przypadkach — w szkole.

To bardzo smutne, że nadal wielu księży patrzy na budynek szkoły jako na gorsze miejsce głoszenia Dobrej Nowiny. Rekolekcje szkolne nie mają zbliżyć dzieci i młodzieży do kościoła–budynku, ale do Boga. Człowiek, który odnajdzie Boga, sam znajdzie drogę do Jego świątyni. Pan Jezus nie głosił swych nauk tylko w synagodze. Rekolekcyjne dni są szansą wyjścia z Dobrą Nowiną poza mury kościoła.

Bardzo naglące jest ukazanie — zarówno odpowiedzialnym za przebieg rekolekcji, jak i uczniom — sensu przychodzenia do szkoły przez trzy dni bez książek po to, by wspólnie szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania. Koniecznie trzeba też rozdzielić rekolekcje szkolne od parafialnych. Cele jednych i drugich, choć częściowo zbieżne, są jednak inne. Zadaniem rekolekcji szkolnych nie jest zbliżanie do parafii.

Wychowawca z klasą

Utarło się, że za te dni odpowiedzialni są katecheci i księża. Zresztą sama nazwa — rekolekcje szkolne — jest ściśle religijna i wiadomo, kto się nimi ma zająć. Powoli uświadamiamy sobie, że dniami rekolekcyjnymi — jeśli mają być sensowne — muszą się zająć wszyscy tworzący społeczność szkolną.

Zaczynamy dostrzegać potrzebę jakichś szczególnych działań, bo ze szkół docierają coraz bardziej niepokojące głosy o agresji, wulgaryzmie, apatii, narkotykach i przemocy. Aby rekolekcje mogły tutaj pomóc, za ich program odpowiadać powinni, prócz katechetów, dyrektorzy szkół i wychowawcy klas w porozumieniu z pedagogiem i psychologiem.

To oni wraz z katechetami muszą ustalić, co jest „chorobą” szkoły czy konkretnej klasy, i na podstawie tej diagnozy zbudować blok zajęć terapeutycznych, które byłyby zsynchronizowane z działaniami duszpasterskimi (np. kazaniami). Sprawa rekolekcji winna być przedmiotem osobnej rady pedagogicznej. Dobrze, aby wychowawcy byli obecni podczas wszystkich zajęć rekolekcyjnych (w szkole, w kinie, w sali gimnastycznej, w sali parafialnej, w kościele…) jako opiekunowie. Zasada jest prosta: wychowawca jest tam, gdzie jest jego klasa.

Programujemy

Rekolekcje szkolne nie mogą być jednorazową akcją, niemającą nic wspólnego z całoroczną pracą duszpasterską i wychowawczą w danej szkole. Należy poszukiwać takich form, które wyzwolą aktywność i zainteresowanie uczestników. Grupy rekolekcyjne nie mogą być zbyt liczne. Doświadczenie uczy, że jeśli tylko będziemy chcieli coś zrobić, by te dni były twórcze i choć w części uzdrowiły naszą szkołę (może jednego ucznia!), to sami odkryjemy odpowiednie formuły zajęć. Ważne jest, by nie robić tych dni „dla” uczniów, ale bardziej „z” nimi. Trzeba uwzględnić ich podstawowe problemy życiowe i religijne. Pomocą w budowaniu programu szkolnych rekolekcji może być przeprowadzona wśród przyszłych uczestników ankieta albo rozmowa z poszczególnymi klasami.

Słowo „rekolekcje” pochodzi od łacińskiego recollectio, tzn. pozbierać się. Pozbierać się zaś można w różny sposób. Stąd program ma poruszyć sferę intelektu, emocji i woli.

Warto na koniec uprzytomnić sobie, że rozbudowany program zajęć łączy się z ich finansowaniem. Możliwości jest tu kilka — parafia, rada rodziców szkoły, drobne opłaty od uczniów, sponsorzy czy wreszcie fundusze własne — nie możemy tylko liczyć na innych, nic nie dając od siebie.

Dogodny termin

Rekolekcje nazywają się wielkopostnymi ze względu na czas, w którym winny być przeprowadzone. Uważam, że decyzję o ich terminie powinna podjąć lokalna parafia. I to w parafii należałoby się zastanowić, czy rekolekcji szkolnych nie przenieść w konkretnej szkole na inny czas (np. na początek roku — z okazji dnia św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży, na jesień, adwent, na koniec roku szkolnego — po wystawieniu ocen). Nietrudno byłoby wówczas zaprosić lepszych rekolekcjonistów, spowiedników czy inne osoby. Uczniowie, którzy chcieliby pogłębić swe życie duchowe, powinni mieć możliwość wyjazdu do domu rekolekcyjnego.

W naszym kościele

Katechizuję w szkole podstawowej, liczącej 650 uczniów. Oprócz mnie uczą jeszcze dwie katechetki. Od samego początku (od roku 1991) wiedzieliśmy jedno: nikt za nas rekolekcji nie zorganizuje. Sądzę, że była to myśl zbawienna, bo dzięki temu każdy z nas poczuł się odpowiedzialny za rekolekcje. Dni rekolekcyjne podzieliliśmy na dwie części: liturgiczną (w kościele) i duszpastersko–wychowawczą (w szkole).

Część liturgiczna obejmuje: liturgię Słowa, adorację Krzyża, sakrament pojednania i Mszę świętą. Przyglądając się tej części, obserwuję dziwne zjawisko. Otóż o ile moi podopieczni w większości (około 90%) przychodzą na zajęcia rekolekcyjne do szkoły, to do kościoła wielu nie chce iść. U niektórych dosłownie widać „kościołowstręt”. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele, ale najczęściej wymieniane przez nich to: nuda i dokuczliwe zimno w kościele. Z ankiety wynika, że ważnym problemem jest często brak dobrego kaznodziei. Potrzeba dziś nowych sposobów dotarcia ze Słowem do dzieci i młodzieży. A jeśli kazanie to suchy monolog przez 40 minut, nie dziwmy się, że w kościele często potrzebni byliby policjanci.

W naszej szkole

Część duszpastersko–wychowawcza odbywa się w szkole (a także w innych miejscach — np. w sali gimnastycznej, w kinie) i trwa codziennie około 3–5 godzin. Przed rozpoczęciem zajęć „odszkalniamy” sale lekcyjne, odsuwając ławki tak, aby można było usiąść w kręgu. Przystosowujemy też aulę do podsumowań warsztatów wychowawczych. Warsztaty są prowadzone albo w grupach klasowych, albo z całym rocznikiem (ok. 90 osób). Są przerwy na rozmowy i herbatę (stołówka jest czynna). Otwarta jest też świetlica i biblioteka dla osób, które nie chodzą na katechezę i nie biorą udziału w rekolekcjach.

Miniankieta, którą przeprowadzam co roku po zakończeniu rekolekcji, pokazuje, że moi uczniowie najbardziej lubią spotykać się z ciekawymi ludźmi, którzy ich nie nawracają, ale dzielą się swoimi doświadczeniami Boga i opowiadają o swojej drodze do Niego. Spotkania i rozmowy z takimi ludźmi zostają na długo w pamięci. Wielkim zainteresowaniem cieszą się też przeprowadzane przez osoby z Duszpasterstwa Rodzin rozmowy o dorastaniu (pt. „Seks i te sprawy”).

Odwiedzają też naszą szkołę przedstawiciele różnych zakonów żeńskich i męskich (habitowych i bezhabitowych). Co roku jest ktoś inny. Myślę, że to bardzo ważne, by młodzi wiedzieli, jak jest za klasztorną bramą i by poznawali wielość różnych dróg do Boga.

Do tych, do których nie dociera Ewangelia w piosence, adresowane są sztuki teatralne i filmy (ze szczególnym sentymentem wspominamy film pt. Agnus). Są też konkursy. Największą popularnością cieszyły się „nocne podchody Ewangelistów”. Przed rekolekcjami trzeba było przeczytać wyznaczoną Ewangelię. Przeszkody na trasie to po prostu pytania ze znajomości tekstu. Podchody odbywały się nocą (w scenerii lasu i różnych mokradeł) — trasę obsługiwało około 30 osób. Były one tylko dla chętnych, ale przychodzili prawie wszyscy.

Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o Drodze krzyżowej w szkole. Przychodzą na nią chętni. Spotykamy się wieczorem i ze świecami w ręku zaczynamy wędrówkę od sali do sali. Pierwsza stacja jest zawsze w pokoju nauczycielskim. To tu — mówię — zapadają czasem „niesprawiedliwe wyroki”. Modlimy się za nauczycieli, ale i za uczniów niesprawiedliwie ich oceniających. Sale lekcyjne, które do tej pory kojarzyły się z chemią czy matematyką, nabierają nowego znaczenia. Ponieważ mamy w szkole 15 sal, postanowiłem, aby w ostatniej było rozważane Zmartwychwstanie Jezusa. Długo szukałem człowieka, który przy tej stacji opowiedziałby o swoim „zmartwychwstaniu”. Wreszcie znalazłem — narkomana, który po 12 latach porzucił narkotyki. Podczas innej Drogi krzyżowej przybijaliśmy do krzyża, zrobionego przez jednego z największych łobuzów naszej szkoły, kartki z wypisanymi najczęściej przez nas popełnianymi grzechami. Później w sali „zmartwychwstania” paliliśmy je. Innym razem podczas rozważania czwartej stacji Drogi krzyżowej odbyło się spotkanie z matką, która ma syna w więzieniu. Na zakończenie spotkania modliliśmy się w tej sali za nasze mamy, które często ranimy słowem, czynem lub milczeniem.

„Kościołowstręt” przezwyciężany

W naszej szkole pracuje około 50 nauczycieli. Jedni bardziej „czują” rekolekcje szkolne, inni mniej. Niektórzy nadal myślą, że zrobią je za nas zaproszeni goście, i bardzo powoli dociera do nich, że to my sami musimy pracować z dziećmi i młodzieżą, a nie tylko liczyć na osoby z zewnątrz. Przyzwyczaiłem bowiem nauczycieli i uczniów do konsumpcji — do tego, że ktoś za nich te rekolekcje przeprowadzi.

Często żartuję sobie, że gdyby co roku jeden (dosłownie: jeden) nauczyciel przekonał się o ich sensowności, to byłoby dobrze. Ci, którzy się przekonali, przychodzą z pomysłami, pieniędzmi, oferują pomoc, obiecują modlitwę. Jestem im wdzięczny — rozumiejąc, jak bardzo jest im czasami ciężko. Porównują się z nauczycielami z innych szkół, którzy mają trzy dni wolnego, i znoszą rozmaite zaczepki i drwiny (np. „święta szkoła”). Najpiękniejsze jest jednak to, że rekolekcje powoli organizujemy razem.

Dni rekolekcyjne wymuszają nieco inny sposób bycia nauczycieli i uczniów. Obnażają nasze nieudolności katechetyczne i wychowawcze. Obnażają też nasz katolicyzm. Szczególnie smuci fakt, że katoliccy wychowawcy niechętnie przychodzą z dziećmi i młodzieżą do świątyni.

Rekolekcje szkolne są dla mnie poszukiwaniem „nowego bukłaka dla młodego wina”. To nie jest łatwe poszukiwanie. Do wielu uczniów w ogóle nie docieram. Po prostu świat „katechizuje” ich lepiej ode mnie. Bardzo mnie to boli, ale tak po prostu jest.

Uczniowie o rekolekcjach szkolnych

— Rekolekcje to czas, gdzie można spotkać się i porozmawiać z ciekawymi ludźmi. Nakierowują mnie na to, co warto w życiu mieć i zdobywać.

— Dla niektórych to tylko trzy dni wolnego, ale ja widzę w nich sens. Miałam nadzieję, że pomogą mi one w 100% uwierzyć w Boga. Czy tak się stało? Chyba nie, ale to raczej z mojej winy.

— Te trzy dni na nowo natchnęły mnie do dobra.

— Przez te dni zbliżam się do Boga. Upewniam się, że jest KTOŚ, dla kogo się żyje. Doceniłam to, że żyję.

— Nie chodziłem na rekolekcje dlatego, że mi się nie chciało. Wydawało mi się, że iść trzy razy w tygodniu do kościoła, to będzie bardzo nudno. Ja chodzę raz na tydzień i bardzo się nudzę, a gdzie tu trzy razy?

— Rekolekcje szkolne to według mnie strata czasu.

— Dla mnie te rekolekcje są niepotrzebne, bo w kościele są straszne nudy, a w szkole to tylko dwa spotkania mi się podobały.

— Rekolekcje powinny być co miesiąc, a nie raz w roku.

— Po ich zakończeniu pojawiła się w mym oku łezka, to już koniec.

— Najlepsze z tych rekolekcji to to, że nauczyciele byli dla nas milsi.

— Rekolekcje pomogły mi odnaleźć siebie.

— Szkoła się zmieniła i my się zmieniliśmy, więc te rekolekcje są potrzebne i szkole, i nam.

wypowiedzi uczniów klas VI–VIII ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Śremie
zebrał J.T. Skotarczak

Poszukiwanie nowego bukłaka
Janusz T. Skotarczak

nauczyciel religii w Liceum Ogólnokształcącym i Gimnazjum Dwujęzycznym w Śremie, ekspert MEN, publicysta, twórca i organizator m.in.: Śremsongu – Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Religijnej, Śremsk...