Web, LoveLetter i e-millennium

Web, LoveLetter i e-millennium

Niektórzy rabini dawno zrezygnowali z oglądania telewizji. Nie czytają gazet i książek laickich, nie chodzą do kina, nie chcą korzystać ze współczesnych zdobyczy technicznych. Teraz przeciwstawili się Internetowi. Zadowolenie z tej decyzji wyraził dyrektor Stowarzyszenia Studiów Spraw Międzynarodowych, rabin Shmuel Jacobowits. Stwierdził, że to przez Internet w izraelskim społeczeństwie zatriumfował permisywizm, różnego zaś rodzaju banały czy niebezpieczne idee mogą być rozpowszechniane w sposób nieograniczony. Dlatego trzeba stanąć w obronie podstawowych moralnych wartości. Czy rzeczywiście światowa sieć jest „trującym pokarmem dla duszy”? Czy wobec wirtualnych zagrożeń jedyną kontrpropozycją pozostaje rezygnacja z najnowocześniejszych środków przekazu? Czy zakazy są skuteczną bronią w walce z obecną w Internecie pornografią, ksenofobią, nienawiścią?

I LOVE YOU

Wiele zamieszania, nie tylko w wirtualnym świecie, sprawił wirus o nazwie I LOVE YOU. „To zabawne, ale trzeba przyznać, że to doskonały wirus” — stwierdził Daniel Glazman, jeden z pierwszych poszkodowanych. Nie miał najmniejszej wątpliwości, iż miała to być kara dla sieci. Serwery nie zostały zniszczone, lecz tylko… oczyszczone. Czy rzeczywiście takimi motywami kierował się hacker? A może chciał się jedynie zabawić, spróbować swoich możliwości bądź zaatakować jedną z amerykańskich firm?

LoveLetter z Manili, rozprzestrzeniający się poprzez pocztę e–mailową, pojawił się na początku maja. Program Microsoft Outlook zainfekowany wirusem automatycznie rozesłał do wszystkich adresatów z każdej skrzynki wiadomość zatytułowaną I LOVE YOU. Po zainstalowaniu się w systemie powodował dodatkowo ściągnięcie z Internetu i zainstalowanie programu przechwytującego hasła systemowe i przesyłał je dalej, na jeden adres. Reakcja była łańcuchowa. Wirus, zerując wszystkie pliki na dostępnych dyskach, tysiące firm i prywatnych internautów pozbawił niezbędnych, często cennych i bardzo kosztownych danych. Adwokat Onela de Guzmana, 23–letniego studenta AMA Computer College w Manili, przekonywał, iż filipiński wirus przedostał się w świat przez przypadek. Ów przypadek kosztował użytkowników Internetu prawie 7 miliardów dolarów. Wśród ofiar LoveLetter znalazły się CIA i Pentagon.

Sprzedam swastykę

Straty finansowe spowodowane przez hackerów są często ogromne, ale z siecią związane są jeszcze inne zagrożenia. W jednym z wielkich amerykańskich portali, Yahoo.com, pojawiła się niedawno propozycja dla… kolekcjonerów. Każdy, kto miał na to ochotę, mógł zakupić koszulkę ze swastyką, hitlerowską flagę, gestapowskie emblematy czy fotografie nazistów. W ślad za nazistowskimi gadżetami, poprzez Stany Zjednoczone, poszły w świat rasistowskie idee. „Czy wolno lekceważyć tego typu fakty? Czy należy tolerować siły, które propagują nienawiść?” — pytał Marc Knobel z Centrum Szymona Wisenthala. „Poprzez Internet, jaki postanowiliśmy powołać do istnienia, bez żadnych ograniczeń, bez najmniejszych przeszkód będzie można wszystko robić, wszystko mówić, wszystko sprzedać: samochody i maczety, którymi zabijano Rwandyjczyków, kwiaty i czaszki ofiar reżimu Pol Pota, obrazy i puszki z Cyklonem B, którym uśmiercano dzieci w komorach gazowych. Biznes to biznes” — ironizował członek Międzynarodowej Ligii, która postanowiła walczyć z rasizmem i antysemityzmem.

Niektórzy specjaliści od informatyki szacują, iż w Stanach Zjednoczonych neonaziści i różnej maści ekstremiści posiadają cztery tysiące stron. Również niemało, choć nieco mniej niż za Oceanem jest takich stron w krajach skandynawskich. We Francji, jak i w innych krajach, gdzie propagowanie idei nazistowskich jest surowo zabronione, każdy, kto chce zaspokoić swoją ciekawość, może skorzystać ze stron amerykańskich czy skandynawskich. Po aferze związanej z Yahoo.com pojawiły się głosy, że należy stworzyć nową, wirtualną linię Maginota. Znawcy odpowiadali, że zdeterminowanego internauty nic nie zatrzyma.

Za i przeciw

Internet daje zupełnie nowe możliwości. Można się przez niego porozumiewać, rozpowszechniać najbardziej szalone pomysły. Amerykańscy zwolennicy nieograniczonego dostępu do sieci powołują się na Konstytucję Stanów Zjednoczonych, gwarantującą wolność wyznania i przekonań. Wielu spośród właścicieli internetowych sklepów przywołuje zasadę wolności handlu. Nie brak głosów, iż pod pretekstem walki z pornografią czy rasizmem wprowadza się nowy rodzaj cenzury. Z kolei zwolennicy wprowadzenia ograniczeń czy nawet zakazu korzystania ze światowej sieci zwracają uwagę na pedofilię, różnego typu wirtualne piractwa i lekceważenie zasad Dekalogu. Czy zatem kanonizować, czy stanowczo potępić „najpotężniejsze medium nadchodzącego wieku”?

Deutsche Bank nie bał się zainwestować miliarda euro w rozwój swojej sieci internetowej. Stworzył nawet specjalne fundusze e–millennium, które mają służyć współpracy Niemców z Amerykanami i ekspansji niemieckiej gospodarki na rynek azjatycki. Francuski premier Lionel Jospin nie zawahał się przed użyciem sieci i na stronie francuskiej telewizji odpowiadał na pytania internautów. Rząd Francji postanowił w latach 2001–2003 wydać trzy miliardy franków na tzw. internetową formację, czyli przygotowanie szerokiej publiczności do korzystania z najnowszego cudu techniki. Swoje strony posiadają muzułmanie, protestanci, katolicy.

Niegdyś diabolizowano albo przeceniano media. Sądzono, iż należy być w stosunku do nich ostrożnym albo że powinny one służyć jedynie rozpowszechnianiu kościelnej doktryny. Teraz — jak pisał na łamach „La Croix” Michel Kubler — realizm zwyciężył. Wymowa watykańskich dokumentów — zdaniem dziennikarza — jest dzisiaj inna niż kiedyś: wszystko zależy od tego, jaki robimy użytek z dostępnych nam środków. Akcent kładzie się na indywidualną dojrzałość i odpowiedzialność, a nie na sztywne zasady.

Nic na siłę

Część Żydów twierdzi, że rabiniczne rozporządzenia niczego nie zmienią. Po pierwsze z Internetu korzysta wielu członków społeczności żydowskiej. Po wtóre również religijne organizacje posiadają swoje strony. Niektórzy uważają, że są one wręcz szkodliwe, bo światowa sieć służy rozpowszechnianiu judaizmu i nie tylko może, lecz powinna być wykorzystana. Obawy izraelskich rabinów na pewno mają podstawy, bo zagrożenia, jakie niesie ze sobą niezwykły wynalazek końca XX wieku, nie są jedynie wirtualne. Nie jest sprawą obojętną, jak korzystamy z Internetu. Niekiedy, podobnie jak w przypadku alkoholowego nałogu, jedynym wyjściem okazuje się całkowita abstynencja. Nikogo nie można jednak zmusić, aby został abstynentem. Za I LOVE YOU czy sklepy neonazistowskie odpowiadają konkretni ludzie. Sieć może być trującym pokarmem dla duszy, ale może też być wspaniałym narzędziem edukacji, humanizacji czy ewangelizacji. Karanie wszystkich za występki niektórych, jak i nawracanie kogoś siłą, nie jest najlepszym pomysłem. Złudne jest przekonanie, że Internet rozwiąże problem analfabetyzmu w Afryce, ale też rezygnacja z medium, które może ułatwić dostęp do wielu ludzi, nie jest rozsądnym wyjściem z trudnej społecznie sytuacji.

Każdy LoveLetter może okazać się fałszywym miłosnym wyznaniem, zwykłą pułapką, ale i szansą. Milionom użytkowników sieć nie służy do zabawy, walki, wyzysku, taniej propagandy czy szerzenia nienawiści. Wszystko, co rodzi się w umyśle i sercu człowieka, może stać się przyczyną katastrofy, ale też zalążkiem realnego dobra. Być może bankowe e–millennium są potrzebne, ale przydałyby się i takie specjalne, internetowe fundusze, które nie służą wyłącznie biznesowi, różnego rodzaju ideologiom czy nawiedzonym internautom.

Web, LoveLetter i e-millennium
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...