Złamana deska

Złamana deska

, 0 recenzji

Podejrzewała coś od dawna. Mąż był niby dobry jak zawsze, a może i lepszy. Nie musiała mu dwa razy powtarzać, by zrobił to czy owo w domu. Ale przy stole w oczy jej jakoś dziwnie nie patrzył. A co gorsza, od paru niedziel do komunii nie przystępował. Dlaczego? Jaki może mieć grzech, o którym by nie wiedziała? Zbliżały się święta i oboje wybrali się do spowiedzi. Poszli do różnych konfesjonałów. Lecz kiedy przyszła męża kolejka, nie wytrzymała. Przeszła przez kościół i stanęła parę kroków za klęczącym małżonkiem. A że słuch miał on słaby, to grzechy swe głośno wyznawał. I nagle dotarły do niej słowa: „Zdradziłem żonę… z jej siostrą”. Niemożliwe… On jednak ciągnął dalej, zaczął się tłumaczyć, że tak mu żal było szwagierki, bo to wdowa i samotna biedaczka. Pewnego dnia go taka żałość nad nią opanowała, że nie wytrzymał. I tak to własna słabość i litość nad szwagierką do grzechu doprowadziły.

Wybiegła z kościoła i zalała się łzami. Co za wstyd, co za hańba! Dzieci dorosłe. Całe życie uchodzili za wzór małżeństwa. I teraz w jednej chwili to wszystko zostało przekreślone. I to przez kogo? Przez własną siostrę, którą traktowała jak domownika. Boże, ja im pokażę!

Mąż niedługo potem ciężko zachorował. Operacja. A ona nic. Do szpitala ani razu nie poszła. Dzieci jedynie wysyłała. Aż sprawa dotarła do księdza i kiedyś ją po Mszy zaczepił.

— A co tu dziwnego, proszę księdza, po tym, co on mi zrobił? Przed świętami wielkanocnymi poszliśmy do spowiedzi i wszystko usłyszałam, bo słuch mam dobry…
— Przypuszczam, że strasznie to musiała pani przeżyć, ale lepiej, żeby miała pani serce lepsze od słuchu i mu przebaczyła.
— Ja mu przebaczyłam…
— Jak to, przecież mąż nad grobem, a pani do niego słowem się nie chce odezwać?
— Proszę księdza, gdybym ja mu nie przebaczyła, to bym go musiała zabić za to, co on mi zrobił. Bo on tak jakby mnie zabił. Komu ja teraz mogę w oczy spojrzeć?
— A skąd ludzie wiedzą?
— Powiedziałam dzieciom, co mają za ojca, jak mnie ta rozpacz ogarnęła. I siostrze, by jej noga w moim domu nigdy nie stanęła.
— Pani Wando, są na świecie większe nieszczęścia, musi pani na to spojrzeć w Bożym świetle… a poza tym pani też się grzechu dopuściła, podsłuchując spowiedź męża.
— A co ksiądz może o życiu wiedzieć, jak ksiądz bez mała moim wnukiem by mógł być? Co ksiądz wie…

Nagle odezwał się dzwonek do drzwi. Pani Maria Szymanek przerwała czytanie. Odłożyła książkę, wkładając w środek zdjęcie, i poszła otworzyć.

* * *

— Proszę się częstować, panie Janku. Muszę panu wyznać, że wierzę absolutnie w to, że pana pojawienie się i zainteresowanie naszą mamą, jest zasługą Faustyny. Dla mojej mamy miłosierdzie było podstawową dewizą. Zaraz panu wszystko opowiem, tylko znajdę to zdjęcie. Te fotografie to są śmieszne historie. Moja mama znalazła po trzydziestu latach zdjęcie swojego kolegi z chóru. Było na nim napisane: „Lusiu, ja cię bardzo kocham i tym zdjęciem się oświadczam”. A mama tego w ogóle nie przeczytała i dopiero po latach odkryła to miłosne wyznanie. O proszę, mam. Człowiek zupełnie nie wie, co robi. Przed chwilą czytałam książkę księdza Grosera. Z trudem ją zdobyłam. Lubi go pan?
— No, ciekawy, styl ma trochę egzaltowany…
— Tak pan sądzi?… Niech pan spojrzy na to zdjęcie mamy. Proszę sobie wyobrazić, że ja też dopiero po trzydziestu czterech latach zobaczyłam, co jest napisane na odwrocie. „Swemu ukochanemu wnuczkowi, Wojtusiowi, słoneczku jesieni życia jego babci, daję dobrą radę: aby szukał piękna w przyrodzie, prawdziwych przyjaciół w dobrych książkach, pocieszenia w smutkach i zawodach — w dobrej muzyce i dobrym wspomnieniu własnej matki i jej rodzicielki, a Twej babki”. Czy nie fajne? To jest cała moja mama.
— Rady szczególnie cenne, bo sama nie miała łatwego życia…
— Oj, przeszła przez różne piekła na tej ziemi… chociaż nigdy nie straciła pogody ducha. Ale jedno marzenie jej się spełniło. Pragnęła, by na starość mogła siedzieć w fotelu i czytać dobre książki. I tak się stało… Książki kochała od dziecka. Kiedyś ludzie żyli książkami.

Mama miała siedem sióstr i jednego brata, który przyszedł na świat, gdy już wszyscy stracili nadzieję. Wszyscy byli niezwykle pobożni i pilni w nauce. Rodzina ze strony matki od pokoleń była święta. Liczyła się rodzina i Kościół, i dla tych dwóch spraw się żyło.

Był okres, gdy w domu mamy było bardzo ciężko. Mama, mając dwanaście albo trzynaście lat, wyczytała w gazecie, że jacyś zamożni państwo poszukują guwernantki. Warunek był jednak taki, żeby do dzieci mówiła tylko po niemiecku, bo przez wakacje miały nauczyć się tego języka. Praktycznie matka musiała dla nich uchodzić za Niemkę. To nie był problem. Od dziecka mówiła i czytała świetnie w tym języku. Bez wiedzy rodziców pojechała do tego majątku i otrzymała posadę. Kiedyś wieczorem leży w łóżku i słyszy, jak dzieci mówią: „Ona jest taka fajna, szkoda tylko, że jest Niemką”. Niech pan sobie wyobrazi, jaka ona musiała być odpowiedzialna i dojrzała, bo ja od razu bym krzyknęła: „Przecież ja jestem Polką”.

Celem matki małżeństwa były dzieci. Miała ich piątkę… Pierwsze dziecko zmarło, mając trzy miesiące. Jakiś wirus. Wkrótce urodziło się drugie. Matka już tak szalała i tak była ostrożna, że wzięła pielęgniarkę. Okazało się, że ona była ze szpitala, gdzie panowała pęcherzyca. I Stefcia zmarła na pęcherzycę. Matka patrzyła, jak umiera. Trzecie dziecko urodziło się przedwcześnie, czwarta byłam ja, a piąta Ola. Jako młoda małżonka mama stanęła trzy razy nad grobem. Miała nas dwójkę i pewnie miała by nas więcej, ale wojna wszystko pokrzyżowała i zniszczyła.

Do wybuchu wojny mieszkaliśmy w Gdyni. Ojciec był oficerem Marynarki Handlowej. Pochodził z arystokratycznej rodziny. Herbu Korab. Mówiono matce przed ślubem, że to świetna partia. A potem, gdy się okazało, co z ojca za ziółko, powiadano z kolei, że matka ponosi karę, że wyszła za człowieka nie ze swojej sfery. W rodzinie matki panowała dewiza: „Bóg, dom, ojczyzna”, a w rodzinie ojca wyznawano na ogół zasadę: „Żyje się raz, życie jest krótkie i trzeba z niego maksymalnie skorzystać”. Ojciec był niesamowicie przystojny i wysportowany. Podobno, kiedy miał dyżur na statku, kobiety rzucały się z mola do wody, żeby je ratował. Ale matka, wbrew temu, co mówi moja kochana siostrzyczka Oleńka, nie miała jeszcze wtedy powodów do zazdrości. Dopiero wojna wszystko rozwaliła.

Bomba, która uderzyła w kamienicę, zniszczyła dokładnie tylko nasz dom. Ojca jako oficera wysłano do oflagu. Nie mieliśmy dachu nad głową, więc matka zabrała nas i pojechała do Inowrocławia, gdzie mieszkał nasz stryjeczny dziadek, Józef. Był człowiekiem bardzo zamożnym. Nie miał dzieci i cały swój majątek poświęcał dla potomstwa swojego nieżyjącego brata i dla Kościoła. Niestety, wkrótce dziadka aresztowano i wysłano do Generalnej Guberni. Zamieszkałyśmy u ciotki Gertrudy. Miała swoich siedmioro, nas dwójka i jeszcze jedno dziecko, które straciło rodziców.

Mama dowiedziała się, że pod Inowrocławiem jest straszliwy obóz i zaczęła pomagać więźniom. Dostarczała im grypsy, lekarstwa. Odzież. Tam nawet z nią chodziłam. Po niedługim czasie matkę zaaresztowano. Uratowała ją ciotka Elżbieta. Dała duży brylant gestapowcowi i matkę wypuścili. Ale ona zamiast się wstrzymać, wiedząc, że ma malutkie dzieci i jest już namierzona, dopiero teraz, poznawszy całą nędzę więźniów, zaczęła działać. I w dwójnasób pomagać. Krótko mówiąc, bez reszty oddała się ofiarności.

Miałam zawsze złe przeczucia. W nocy śniło mi się, że matkę aresztuje gestapowiec, i tak się stało. Pan już rozmawiał o mamie z moją siostrą?

— Oczywiście, powiedziała zresztą, że pani musi jej „zeznania” zweryfikować.

* * *

Przy aresztowaniu moja siostra Marylka ryczała wniebogłosy i biła gestapowca. Nie chciała się od mamy oderwać. To była straszna tragedia, która całkowicie przemieniła moją siostrę. Mając niecałe sześć lat, uważała, że musi od tej pory zastąpić mi mamę. A była tylko 1,5 roku starsza ode mnie. Opiekowała się mną do tego stopnia, że kiedyś, gdy zimą zmarzły mi ręce, pomimo że miałam rękawiczki, ona zdjęła swoje i dała mi. W ten sposób ja miałam dwie pary, a ona ani jednej i odmroziła sobie ręce.

Ciotki potajemnie uczyły w czasie wojny historii, ale przede mną wszystko ukrywały, bo ja byłam niesłychanie rozrywkowym i nieodpowiedzialnym dzieckiem. Miałam cztery lata i byłam straszliwie głupiutka. Wszyscy dookoła mnie lubili. Ku przerażeniu rodziny — także Niemcy. Ja im tańczyłam, śpiewałam, opowiadałam. Cała rodzina była mną przerażona. Kiedy się odbywały tajne komplety i ja wchodziłam, to zaraz wszystko chowali. A moja siostra, raptem o półtora roku ode mnie starsza, we wszystkim brała udział i wszystko doskonale wiedziała. Była tak dojrzała, jakby już dawno zdała maturę. Po prostu dorosła kobieta.

Koło nas mieszkał Niemiec, który miał cukiernię i piekarnię. Przynosiłam od niego ciastka. Maryla, kiedy to widziała, najpierw robiła mi wykład: „Jak możesz brać od Niemca, oni zamknęli naszą mamę, napadli na nasz kraj”… a w końcu jadła połowę tego ciastka, bo przecież to było dziecko. Albo chodziłam do mleczarza i mówiłam: „Ich bin kleine und ich liebe Milch. Und ich habe solche kleine Schwester”. I pokazywałam rączkami, jakby to był niemowlaczek. Dostawałam kankę mleka. Przychodzę do domu. „Skąd to masz?” „Od mleczarza, bo powiedziałam, że mam małą siostrzyczkę”. „Jak tak mogłaś skłamać, przecież Marylka nie jest taka mała!”.

A Maryla za mną tylko chodziła i się modliła, żeby Pan Bóg nade mną miał opiekę. Była niesłychanie religijna. Kiedyś nakradłam z kuzynkami gruszek z ogrodu Niemca. Maryla powiedziała, że to grzech, że jesteśmy tyle samo warci, co Niemcy, bo oni też kradną. I my durne po jej „kazaniu” odniosłyśmy te gruszki pod drzewo. A ten szkop jak to zobaczył, chciał nas pozabijać. Przecież do głowy mu nie przyszło, że to akt skruchy religijnej.

Wojna, mama w obozie, a ciotka dbała o nasze religijne wychowanie. Byłam chowana w atmosferze prawdy, pomocy bliźnim. Musieliśmy zbierać dobre uczynki i wieczorem je zapisywać. Oczywiście ja tych złych miałam więcej niż dobrych. Kiedyś zobaczyłam jakąś babcię niosącą wiadro z węglem i pobiłam się z siostrą o to, kto ma jej pomóc. I znowu zamiast dobrego miałam zły uczynek.

Pamiętam, jesteśmy kiedyś z siostrą na ulicy, a naprzeciwko idzie młody gestapowiec czy członek Hitlerjugend. W takim wypadku trzeba było mówić „Heil Hitler”, ale Marylka była patriotką od urodzenia i tego by w życiu nie zrobiła. Ukucnęła i zaczęła wiązać sznurowadło, a ponieważ robiła to tak długo, że mu podpadło, stanął nad nią i kazał jej powiedzieć „Heil Hitler”. A ona, że nie. Wtedy on ją zaczął okładać i tak ją tłukł, że by ją zakatował. Skoczyłam do niego, tak że myślał, że go będę biła, a ja zaczęłam krzyczeć „Heil Hitler, heil Hitler, ich liebe Hitler”. Więc on w końcu zgłupiał i zaczął się śmiać, a wtedy moja siostra uciekła.

Byłam okropnym głuptaskiem, nic mi nie można było mówić. Może miałam jakąś skrzywioną mentalność. Kiedyś mama, gdy ją wypuścili z aresztu, zanim zabrali do Ravensbrück, chciała sprawdzić, jakie jesteśmy. Mówi do nas tak: „Wiecie, tak jest ciężko, wy jesteście takie chudziutkie, a mnie namawiają, żebym podpisała folkslistę. Jeśli bym to zrobiła, mielibyśmy codziennie ciepłe bułeczki, mielibyśmy dobrze, co wy na to?”. Marylka odsunęła się od mamy. Nie mogła zrozumieć, jak ona, doznawszy tylu krzywd od Niemców, chciała się z nimi skumać, i zaczęła płakać. A ja mówię: „Wiesz mamusiu, jak byśmy mieli codziennie ciepłe bułeczki, to podpisz tę listę”. Mama na to: „Oleńko, jak tak mogłaś? Nasza rodzina miałaby się sprzedać dla kilku bułeczek?”. Problem polegał na tym, że we mnie był jakiś taki duch zupełnie nie z rodziny mojej mamy, w której wszyscy wysysali patriotyzm z mlekiem matki. Cóż to były za twarde kobiety. Wszystkie ciotki potraciły mężów i nigdy żadna powtórnie nie wyszła za mąż. Takie miały zasady. To zło we mnie było odziedziczone po ojcu, bo po matce nic złego nie mogłam odziedziczyć. Zawsze mówili o moim tacie: „Jak to trzeba uważać, kogo się bierze na ojca dziecka”.

Kiedy ojca wieźli do oflagu, udało mu się wyskoczyć z transportu i ze złamaną nogą jakoś się doczołgał do Terespola. I żył tam pod zmienionym nazwiskiem. Zmienił jednak nie tylko nazwisko. Poszedł do lasu walczyć o Polskę, a jego zdobyła łączniczka. Wuj Hubert próbował mediować, ale na nic to się zdało. Kobieta pochodziła z rodziny, która specjalizowała się w odbijaniu żonatych mężczyzn. Potem także ciotki dotarły do niej i prosiły, by dała ojcu spokój, że ma żonę, która jest w obozie, i dwie małe córeczki, ale ona oświadczyła, że ojca kocha i nic ją to wszystko nie obchodzi. Ona z niego nie zrezygnuje.

* * *

Matkę, jak panu mówiłam, aresztowali po raz drugi i zamknęli w obozie pod Inowrocławiem. Ale o całym jej pobycie w tym straszliwym miejscu, o którym jakoś dziś zapomniano, daje przepiękne świadectwo Maria Czarnecka. Może je pan przeczytać w Pamiętnikach nauczycieli z obozów i więzień hitlerowskich. Potem mamę zabrano do Ravensbrück, gdzie była „królikiem doświadczalnym”. To, że matka stamtąd wyszła, było cudem.

Pewnego dnia przywieziono nowy transport więźniów i segregowano ich na placu. Starym więźniarkom, wśród których była moja matka, kazano się temu przypatrywać. Mama widzi, jak aufsejerka przechodzi obok młodej, wyzywającej dziewczyny z długimi włosami. Niemka chciała napluć na kogoś, ale plwocina upadła na jej buty. I nagle ta dziewczyna uklękła i swoimi włosami zaczęła te buty Niemce wycierać. Mamę to wzburzyło. Musiała w oczach mieć taki wyraz, że jakby mogła, to by jej dała w gębę. Aufsejerka przywołała mamę i wyznaczyła jej karcer. A to było jakieś pomieszczenie z szambem. Mama była niewysoka, więc żeby się całkowicie nie zanurzyć, musiałaby stać na palcach. Stamtąd nikt nie wychodził, po dwóch dniach konał. Traf chciał, że kiedy ją tam prowadzili, przechodził obok komendant. Mama zwróciła się do niego w biegłej niemczyźnie. Powiedziała, że go przeprasza, ale zaszło nieporozumienie i czy zechciałby jej wysłuchać: prowadzą ją do karceru, a nie jest to kara adekwatna do jej przewinienia. Nie wiadomo, co się stało, czy to sprawiła niemczyzna mamy czy jej bezczelność, ale Niemiec zechciał wysłuchać. „Herr Kommendant, nie powiedziałam ani słowa, natomiast jeśli chodzi o moją minę, to jest ona całkowicie zrozumiała. Na pewno jest pan patriotą i kocha swoją ojczyznę i gdyby pan zobaczył, że pana rodak się tak zachowuje, to czy pana spojrzenie byłoby miłe i wesołe?”. I ten Niemiec, z którego musiał być kawał potwora, bo komendantami takich obozów były tylko potwory, zgłupiał. Albo połechtała go ta uwaga o dobrym Niemcu, albo mama ujęła go znajomością języka. Diabli wiedzą co, w każdym razie mama dostała tylko karę siedzenia trzech dni w jakiejś piwnicy.

— Czy matka już wtedy była „królikiem doświadczalnym”?
— Nie, nawet nie przeczuwała, co ją czeka. Dwa tygodnie wcześniej, nim została „królikiem”, zobaczyła w ubikacji dwie młode dziewczyny o kulach. Miały powycinane jakieś części uda. Matka zapytała je naiwnie, jak mogli je w takim stanie przywieźć do obozu. Wkrótce sama się przekonała, co wyprawiał doktor Gebhardt. Do swoich doświadczeń wybierał najzdrowsze kobiety. Przeważnie nacinano więźniom uda, łydki na 20–25 centymetrów i wpychano w nie kawałki brudnego sukna, odłamki szkła albo wstrzykiwano inne paskudztwa. Długo kazano, aby ciało ropiało i gniło, a potem próbowano jakichś zastrzyków pseudomedycznych. Miało to im służyć do badań nad odpornością żołnierzy niemieckich w wypadku zranień. To, co przeszły „króliki”, nie da się opisać. Ich los był tak potworny, że współwięźniarki, współczując im, ratowały je w różnych sytuacjach, chociaż ich życie też wisiało na włosku. Władze obozowe dały, co prawda, słowo honoru, że „królikom” nie grozi rozstrzelanie. „Swoimi cierpieniami — jak mówił naczelny lekarz — na pożytek i chwałę niemieckiej medycyny okupiły swoje wszystkie, choćby największe zbrodnie”. Był to oczywiście czysty cynizm, bo w odpowiednim momencie miano się ich pozbyć.

Trudno pojąć, dlaczego mama przeżyła te wszystkie obozy. Jeszcze w Inowrocławiu kilka razy otarła się o śmierć. Jedną z ulubionych zabaw esesmanów było tam napuszczanie na bezbronnych więźniów psów. Pewnego dnia mamę wraz z całym oddziałem pędzono nago do natrysków. Mama wycieńczona chorobą, po tym, jak zlano ją wodą na mrozie, biegła na końcu. Nagle wypuszczono za nimi rozwścieczone wilczury. Wiedziała, że ją zaraz dopadną. Przez ułamek sekundy pomyślała jedynie, że nie wiadomo, co z ojcem i że musi przeżyć, żeby się naszą dwójką zaopiekować. I ona nie wie, czy Pan Bóg jej pomógł, czy miłość jej pomogła, nagle się odwróciła i zaczęła czule do tych psów przemawiać i je głaskać. Psy zgłupiały, bo pewnie nikt ich nigdy nie głaskał. Zamiast gryźć, stanęły jak wryte.

Ratowała ją zawsze jakaś niebywała odwaga, wobec której esesmani dębieli. Przez jakiś czas mama pracowała w Oranienburgu, w fabryce amunicji. Pewnego dnia zakłady wizytował sam Himmler. Moja matka miała przepiękne ręce, tak że nawet przed wojną malarze chcieli je malować. Himmler zatrzymał się przy niej i powiedział: „No tak, te śliczne ręce Niemcy wreszcie nauczyli pracować”. A ona powiedziała: „Myli się pan: te ręce całe życie potrafiły pracować”.

Matka przemawiała do Niemców w biegłej niemczyźnie i odwoływała się do wysokiej kultury ich narodu. Ale czemu przeżyła, to jest tajemnica. Wielu, postępując w ten sam sposób, ginęło. Przypadek, wybranie? Mama ciągle powtarzała, że przeżyła, bo nie mogła nas samych zostawić. Ułożyła sobie piosenkę o nas do melodii Schuberta Polna różyczka. Nuciła ją sobie cichutko, wierząc, że nas jeszcze zobaczy.

* * *

Wojna się skończyła. Matka, podobnie jak wszystkie „króliki”, miała możliwość leczenia w Szwecji. Nie pojechała tam jednak, tylko wróciła od razu do nas. Ludzie po wyjściu z obozu szabrowali, gromadzili jakieś precjoza, żeby wrócić do kraju z czymś, co by im pozwoliło zacząć życie, a matka przywiozła dwie lalki. I maleńką kuchenkę z garnuszkami do gotowania dla nich. W drugiej walizce miała jeszcze jakieś zabawki, ale gdy szła drogą, sowiecki żołnierz jadący w samochodzie wyrwał jej ją z ręki. Dotarła do domu, a właściwie dokuśtykała, ze swą chorą nogą, w łachmanach. Strzęp człowieka. W pierwszej chwili jej nie poznaliśmy.

Kiedy matka trochę odzyskała siły, pojechała ze mną do Gdyni, żeby zobaczyć, co z naszym domem. I od razu, po wyjściu z dworca wpadłyśmy na ojca. Po rozmowie z nim nie było już złudzeń. Miał drugą rodzinę. Mama wtedy wystąpiła o rozwód.

W trakcie procesu sędzia zapytał, co jest przyczyną rozpadu małżeństwa. Mama powiedziała, że wojna. Sędzia na to, że wojna się skończyła, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście się państwo zeszli, jesteście jeszcze młodzi. Mama powiedziała, że to nie wchodzi w grę, ponieważ wojna spowodowała dużo nieszczęść. „Skoro mąż założył drugą rodzinę — popełnił bigamię — nie chcę, żeby cierpiały kolejne dzieci”. Sędzia zapytał, jaki ekwiwalent życzy sobie mama za straty moralne. „Żaden” — odpowiedziała. Ale ustalono alimenty, które musiał płacić. Co prawda ta kwota po dewaluacji okazała się symboliczna.

Tak więc mieszkałyśmy z matką w Inowrocławiu, a ojciec ze swoją nową rodziną w Gdyni. Chociaż tego absolutnie nie pragnęłam, matka dbała, żebyśmy miały kontakt z ojcem. Co roku, będąc nad morzem u siostry, dzwoniła do niego, że może nas zobaczyć. Pewnego razu ojciec zabrał nas ze sobą na statek. Niestety, w towarzystwie tej kobiety. Trudno to sobie wyobrazić, ale wtedy byłyśmy ładne, szczupłe, miałyśmy płowe włosy, a Ola do tego czarne jak heban brwi. W mesie urządzono akurat wielkie przyjęcie. I w pewnym momencie jeden z oficerów tak przemówił: „Panie kapitanie… To jest dla mnie zupełny szok. Mama i ojciec bruneci, a dzieci zupełne bielasy”. Konsternacja, a ja, mając wtedy około dwunastu lat, wstałam i mówię: „Chciałam panom powiedzieć, że ta pani nie jest, broń Boże, naszą matką! Ta pani odbiła naszego ojca, kiedy mama była w obozie koncentracyjnym. Nasza mama też jest blondynką i mieszka w Inowrocławiu”. Ta stara potwora się przewróciła z wrażenia i zawału o mało nie dostała. Ojciec bardzo to przeżył. Mama była na mnie bardzo zła za ten wyczyn.

Co roku musiałyśmy pisać ojcu listy z życzeniami i zdawać relacje z naszych postępów w nauce. Byłam wściekła z tego powodu. W ogóle byłam wściekła na ojca. Na te jego bezustanne obietnice: „Co chcecie? Rowerek, wrotki, sweterek?”. Oczywiście nigdy nam tego nie kupował, tylko matka zdobywała jakieś przechodzone. Przy którymś kolejnym razie, gdy mnie zapytał, co bym chciała, to mu powiedziałam, żeby nie robił tych komedii. I że już mam dosyć tych listów pisanych do niego pod dyktando, że nic mnie nie interesuje, co on ma nam do powiedzenia o naszej nowej siostrzyczce, czyli jego córeczce. Powiedziałam mu też, że od tej pory nie będę chodziła na spotkania z nim, bo mnie to mierzi. I kiedy nam potem matka rozkazała iść, to Ola poszła do niego, a ja do kościoła. Na rozprawie rozwodowej ustalono, że ojciec musiał nam przysyłać materiał na suknie i buty. I po tych moich zagraniach zaczęłam dostawać buty w gorszym gatunku niż Ola…

Dorastałam i byłam coraz bardziej zbuntowana przeciw ojcu. Zaczęłam też studiować w Gdańsku na politechnice. Pewnego roku poszłam do tej wiedźmy razem z kolegami. Kiedy mi otworzyła drzwi, mówię: „Chciałam się widzieć z moim ojcem, by dowiedzieć się, gdzie kupił mi te za małe buty, w drugim gatunku i nie w terminie”. „Wybacz, Marylko — powiedziała — ale jest to wynikiem twojego nagannego postępowania wobec mnie…”. A ja na to: „Po pierwsze, jeśli jeszcze raz nastąpi takie opóźnienie, to sprawę wniosę do sądu, bo mam już osiemnaście lat, a po drugie nie życzę sobie, żeby osoba taka jak pani śmiała do mnie mówić per Marylka…”.

* * *

Moja siostra studiowała na politechnice. Ojciec chciał jej pomóc. Zaproponował jej, by zamieszkała u niego. „Będziesz miała wszystkiego pod dostatkiem, pod warunkiem jednak, że polubisz moją żonę”. Powiedziała, że nigdy. Zawsze taka była: nago, ale w ostrogach. A przecież musiała ojca bardzo kochać, bo jako dziecko chowała jego zdjęcie pod poduszkę i od całowania całe było powycierane. Aż pewnego dnia, gdy dowiedziała się prawdy, podarła je na strzępy.

Chowana byłam w całkowicie babskim otoczeniu — jeśli widziałam mężczyznę, to był to wezwany do naprawy hydraulik albo dekarz. Dopiero gdy poszłam na studia, mogłam do woli nagadać się z kolegami bez brania ich pod lupę przez moją mamę, czy nie mają złych zamiarów. Wydawało mi się, że weszłam do raju. Ta cała święta rodzina mojej matki. Tylko nabożeństwa majowe, czerwcowe, rekolekcje. Nikt nigdy nie miał kochanków, do ślubu szły same dziewice, nikt nigdy nie skłamał. Ja zawsze od tej rodziny odbiegałam, bo się wdałam w tatusia. Po maturze nie wytrzymałam. Pokłóciłam się z matką. I uciekłam z domu. Nie mogłam ścierpieć tych jej nieugiętych zasad, ciągłego kształtowania charakteru. Tak jakby w życiu nic innego się nie liczyło tylko zasady i charakter. Za przykład miałam zawsze brać Marylkę. Ułożoną, posłuszną i pracowitą.

Na studiach i po miałam różnych chłopaków, którzy mogli stanowić tzw. świetne partie. Lekarze, prawnicy, architekci. A ja pokochałam artystę i to na dodatek kabaretowego. Dla rodziny nie mogło być nic gorszego. Po latach pojechałam z córką odwiedzić ciotkę Stefcię. Ona miała dobrze po dziewięćdziesiątce, więc ją skleroza już atakowała. Nie wiedziała, kim jestem. Była bardzo wzruszona, że „w tych nieludzkich czasach, zdarzyło się, że ktoś obcy przyszedł ją odwiedzić”. Powiedziałam, że jestem jej siostrzenicą. A ona: „Marylka czy Oleńka?”. „Oleńka”. I wtedy jej się coś otworzyło, co widocznie dla niej było tak straszne, że to sobie zakodowała. „To ty taki wstyd naszej rodzinie przyniosłaś, to ty z tym komediantem żyłaś bez ślubu”. „Tak, ciociu, to ja”. „I co, nie ożenił się z tobą?”. „Ożenił się, to jest właśnie Ania, nasze dziecko”. A ona na to. „Jaki ten Pan Bóg dobry! Za naszych czasów z takimi się nie żenili”.

* * *

Ola szła na wszystko. W czasie wojny brała od szkopów ciastka, których ja nie brałam, a potem nam je dawała. Ona patriotyzmu nie miała nigdy. Życie było dla niej przygodą i dowcipem. Ja się podniecałam „Solidarnością”, a jej te sprawy właściwie były obojętne. Ja na przykład nigdy nie miałam siły patrzeć na tych łajdaków z lewicy. Dostawałam na ich widok wysypki na plecach, a ją to w ogóle nie interesowało. Oczywiście do PZPR–u nigdy nie wstąpiła, bo jednak jakieś rozeznanie z domu wyniosła. W pewne sprawy nie angażowała się, ale nigdy by nikomu nie zrobiła świństwa. Miała szalone powodzenie u mężczyzn, zawsze była królową balu, ale nigdy nie umówiła się z mężczyzną, który był żonaty. Karała mężczyzn–lowelasów. Jeśli któryś skrzywdził jakąś dziewczynę, to ona dla draki go emablowała, a kiedy ten myślał, że ją zdobył, odpalała, mówiąc, że to w rewanżu za jego poprzednią ofiarę. Ona miała zawsze do wszystkiego niefrasobliwy stosunek, ale w końcu potrafiła zachować w życiu to, co najważniejsze. Kiedyś znajoma chciała, żeby kryła ją przed mężem, że ma kochanka. Zdecydowanie odmówiła. Kiedy ta zdziwiona, zapytała: „Jak to? Przecież zawsze byłaś taka nowoczesna?”. Usłyszała: „Do ślubu”. Ola miała sporo soli i pieprzu i chyba o to chodzi.

— Soli i pieprzu?
— To znaczy, że jest artystką życia. Jej małżeństwo przetrwało, choć przez długi czas było tak, jakby chodzili po linie w cyrku. I teraz stanowią dla innych wzór. Mama przed śmiercią nie wołała ani mnie, ani Oli, tylko Zenka, swego zięcia, o którym na początku nawet słyszeć nie chciała. Tak pokochała tego komedianta za jego serce. Mój szwagier w pewnym momencie porzucił scenę, bo nie chciał już dłużej schlebiać publiczności… Powiada, że prawdziwy kabaret, to jest taki, w którym Pan Bóg zasiadłby w pierwszym rzędzie, a jemu udałoby się Go rozśmieszyć. I czy to ich małżeństwo nie jest takim kabaretem?

Mnie, która Oleńce byłam stawiana jako wzór cnót moralnych i religijnych, życie się poplątało. Moje pierwsze małżeństwo się rozpadło. Okazało się, że nie wyszłam za swego męża, ale poślubiłam teściową, która o wszystkim decydowała, a jej syn się na to godził. Gdzie ja miałam wtedy oczy, a raczej rozum? Pan Bóg, gdy chce kogoś pokarać, to najpierw mu rozum odbiera, ale za co ja zostałam pokarana? Czy mogłam przypuszczać, że dzień mojego rozwodu będzie najszczęśliwszym w moim życiu…

No tak, ale miałam panu opowiadać o naszej mamie, a ja się rozwodzę nad sobą i siostrą…

— To na jedno wychodzi. Ale niech mi pani jeszcze coś powie o ojcu.
— To jest trudne, może go za surowo oceniam… Od czasu studiów zerwałam z nim kontakty. O jego śmierci, w obawie chyba o jakieś roszczenia majątkowe, nie powiadomiono ani mnie, ani siostry. Zażywał życia, kiedy mama siedziała w obozie. Ola ma taką teorię, że to nie była do końca jego wina. Był oficerem marynarki, natura się w nim kłębiła, a matka z kolei całkowicie święta. Romantyczka i jednocześnie zimna. Seks dla niej oznaczał wyłącznie prokreację, a ojciec chciał w łóżku trochę rozkoszy. Myślę, że tak jest w wielu małżeństwach. Świętość jednego prowadzi drugiego do grzechu. Nieraz ludzie przejdą przez ten okres „biologiczny”, i gdy seks schodzi na dalszy plan, odnajdują się jako przyjaciele. Niektórzy nawet powiadają, że to prawdziwe małżeństwo zaczyna się po pięćdziesiątce. Małżeństwo jest jak przejście na drugi brzeg życia przez most. Część ludzi się chwieje, chwyta za poręcz i jakoś dociera do celu. Ale pod niektórymi deska się załamuje i chlup do wody… Dla moich rodziców wojna była jak ta złamana deska. Gdyby nie ona, może by się ich życie inaczej potoczyło. I mama to pewnie jakoś czuła, dlatego ojcu przebaczyła. Zresztą ona wszystkim przebaczała, nawet Niemcom. Jedynie sobie nie mogła wybaczyć, że nie wychowała Oli.

Ale muszę jeszcze na koniec jedną rzecz o mamie powiedzieć. Przed śmiercią zleciła mi pewną sprawę. Zawsze kochała dzieci. Nigdy nie przeszła obojętnie koło dziecka. Stawiała im lody albo ciastka. Patronka dzieci. Uzbierała dość pokaźną sumę i kazała mi, bym znalazła jakieś zgromadzenie, które zajmuje się biednymi dziećmi — ale w żadnym wypadku świeckie — i wręczyła te pieniądze. Po wielkich trudach, przez przypadek, trafiłam w pewnym mieście do zgromadzenia o takim charakterze. Przełożona była zaskoczona i uradowana. Zaprosiła mnie na kawę i pyta: „A komu mamy przekazać informację, co za tę kwotę kupiłyśmy?”. „Temu na górze, bo mama już nie żyje, a ja mam pełne do was zaufanie”.

To było zgromadzenie Opatrzności Bożej. To nie był przypadek.

* * *

— Hmm. To dziękuję. Muszę teraz jakoś te relacje — pani i siostry — połączyć w jedną całość.
— Współczuję. Ale wyznam, że tym razem moja siostrzyczka nie fantazjowała jak zwykle. Pan do pracy, a ja dokończę sobie księdza Grosera. Czyta się go jak najlepszy kryminał.
— No właśnie, zarzucają mu, że pisze tak trochę pod publikę.
— To bardzo dobrze, że ktoś w Kościele wreszcie pisze o tych sprawach w ten sposób. Może młodzi zaczną coś czytać. Bo, niestety, proszę pana, kto dziś będzie czytał o wojnie?

Złamana deska
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...