Jeden taki musi być!

Jeden taki musi być!

Od śmierci księdza Tischnera minęły już dwa miesiące, a ja nie mogę jakoś przyjść do siebie. Najzwyczajniej mi go brakuje. Nie modliłem się do niego, ale dobrze mi było, gdy był. Nie uświadamiałem sobie tego, bo zwykle obecność kogoś żywego traktujemy jako oczywistość. Był ważnym punktem na mapie polskiego katolicyzmu. Teraz modlę się za niego. I stale się łapię na tym, że z nim gadam godzinami. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale o wszystkim mogę z nim rozmawiać. To był człowiek w myśleniu wolny. Podsłuchuję kaset z nagraniami jego historii filozofii po góralsku. Wzruszam się i uśmiecham, bo mam tę samą miłość.

Pamiętam, jaką był dla nas gwiazdą w czasie studiów w Krakowie. Chciałem u niego studiować, chadzałem na jego konferencje i seminaria. Lubiłem jego dowcipy. Jego głos hipnotyzował, porywał, umacniał. Był taki silny, że dobrze było stanąć w jego cieniu. W cieniu jego głosu. W „Tygodniku Powszechnym” słychać było, jak jego głos odbija od drewnianych przepierzeń. I jakież to dziwne, że właśnie z tego talentu przyszło mu na koniec złożyć ofiarę.

Kiedy ojciec Nikodem wybierał się przed rokiem do Knurowa, odwiedził księdza Tischnera w Łopusznej. Wraz z Cezarym, studentem filozofii, i Hanką odwiedzili Profesora w jego domu. Prosiłem, aby przekazali moje ukłony i uszanowania, co też uczynili. Ksiądz Tischner już nie mówił. Na pytania odpowiadał, pisząc na kartce. Na mój temat zapytał: „Czy Jan Góra nadal pisze o sobie?”. Goście, nie znający moich najnowszych publikacji, potwierdzili z pobłażliwym uśmiechem, że nadal. Uśmiechając się, ksiądz Tischner napisał na kartce: „Jest, jaki jest, jeden taki musi być!”.

Był wychudzony, ale nadal miał błysk orła w oku.

Dla mnie też był jednym jedynym. Pociągał mnie. Bo jakby się nie bał. Krytykował tomizm, którym mnie onegdaj karmiono, jak francuskie kaczki młótem dla ich smakowitych wątróbek.

Zbliżyliśmy się do siebie w Paryżu, gdzie głosił kazania o nadziei. Nadziei, która w Biblii wyraża się pieśnią. Snuliśmy plany pisywania do siebie listów.

— Jesteś w Poznaniu. Tam są inni ludzie. Mógłbyś pisywać do mnie jako do górala. To bym ci odpowiadał, góralską mową. Ja bym u ciebie zamawiał korbowód, bo akurat mi się urwał, a ty u mnie kwaterę w Tatrach. I tak wspólnie dziwowalibyśmy się światu i przestrzegali rodaków przed złem.

Ale wybuchł stan wojenny, przerwał i udaremnił nasze wspólne plany.

Raz jeden odwiedziłem go z młodzieżą w Łopusznej w jego bacówce. Niezapomniana noc przegadana przy ognisku. W następnych dniach wspólnie kręciliśmy jakiś film dla Francuzów. Ksiądz Tischner gadał w nim swoje, a ja swoje.

Czytam po raz kolejny jego książkę Przekonać Pana Boga. Nie znałem go w intymności jego kapłaństwa. Jawił mi się jako showman i watażka. Teraz wzruszam się i zaskakuję jego osobistym nurtem refleksji i trwaniem przy Jezusie, jego gorliwymi i pokornymi myślami. Ale przecież i ten jego zewnętrzny, medialny wizerunek był Polakom potrzebny, bo w tamtych czasach jego obecność, dynamiczna i kolorowa, była swoistego rodzaju punktem odniesienia, stwarzała przestrzeń wiary, nadziei i wolności. Dobrze, że taki był. Bo i ci, którzy atakowali Kościół, wiarę i Boga, chociaż się z nim nie zgadzali, to przecież się z nim liczyli.

Wierzę, że odchodząc od nas, otrzymał odpowiedź w języku, którego używał. Jestem bowiem przekonany, że jakim kto językiem się posługuje i w jakim się zwraca do Boga, w takim samym otrzymuje odpowiedź. Józef Tischner otrzymał swoją odpowiedź i został wezwany po imieniu.

Jeden taki musi być!
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...