Pobożne życzenia

Pobożne życzenia

, 0 recenzji

Pragnę sprowokować profesjonalistów, by spróbowali ocenić stosowane programy nauczania w kontekście owoców, jakie przynoszą. Pragnę sprowokować katechetów — tych, którzy owe programy realizują — aby informacji o tych owocach dostarczyli. Pragnę sprowokować rodziców, aby wyartykułowali swe oczekiwania, poglądy, wskazali jasne i ciemne strony procesu religijnej edukacji.

Trafił do mnie zestaw postulatów spisanych przez katechetę podczas jego rozmowy z matką dziecka V klasy szkoły podstawowej. Oto on:

  1. Podręczniki powinien dać katecheta.
  2. Nie powinno się nic pisać na religii.
  3. Nie powinno być zeszytów ćwiczeń.
  4. Nie powinno się wystawiać ocen.
  5. Z dziećmi trzeba tylko śpiewać, malować, kolorować.
  6. Nie można dzieciom zadawać nic do domu, bo mają inne lekcje.
  7. Trzeba chodzić z dziećmi na wycieczki.
  8. Katecheta powinien grać na gitarze, śpiewać — to by dopiero była religia, a nie taka nuda!
  9. Nie wolno stresować dziecka poprzez pytanie czy sprawdzanie zeszytów.
  10. Dzieci muszą siedzieć cicho na innych lekcjach, a religia jest od tego, aby się wygadały, bo przecież jest niemożliwe być cicho przez tyle godzin.
  11. Po co rok w rok nowy katechizm [chodzi o podręcznik religii — przypis autora], przecież powinien być jeden, od pierwszej do ósmej klasy.
  12. Jak można na religii realizować jakiś program? Kto to wymyślił?

Karteczka z owymi postulatami, pod znamiennym tytułem Pobożne życzenia, krążyła pośród katechetów, wywołując reakcję zależną od temperamentu odbiorcy: od uśmiechów politowania po wybuchy złości.

Każdy z Was, drodzy Czytelnicy, może w tym momencie bliżej przyjrzeć się swojej reakcji — myślę, że u sporej większości będzie podobna. Moja własna miała charakter ojcowski (odczuwałem przemożną chęć przełożenia autorki przez kolano i zastosowania starej jak świat techniki perswazji bezpośredniej, świadom całkowitej tu nieskuteczności racjonalnego tłumaczenia). Była więc ze wszech miar emocjonalna. Jednak ochłonąwszy, postawiłem sobie pytanie: czy możliwa jest tu reakcja inna? Bez euforii i oklasków, ale też bez uśmiechów politowania, wybuchów złości czy chęci przełożenia przez kolano? Reakcja będąca chęcią zrozumienia, a nie zmarginalizowania problemu poprzez skwitowanie zdaniem rodzaju „to jakaś kretynka”.

Ofiara systemu

By uniknąć nieporozumień, podam przykład w pewnym sensie paralelny do naszej sytuacji: lekarz psychiatra z największą uwagą słucha chorego, wygadującego same banialuki, bo są one w procesie terapii ważnym ogniwem informacyjnym. Powie ktoś: przepraszam bardzo, lecz autorka owych nieszczęsnych postulatów cieszy się jak najlepszym zdrowiem! Naprawdę? Pamiętam taką scenkę na poczcie w czasach komunizmu: kolejkowicze użerali się z opryskliwą panienką z okienka, aż wreszcie jeden zawołał: „Dajcie jej spokój! Nie widzicie, że to jest ofiara systemu?”.

Może autorka przedstawionych wyżej postulatów nie jest chora psychicznie — z pewnością jest jednak „ofiarą systemu”. Powiem więcej — każdy z nas został dotknięty w większym lub mniejszym stopniu. I jeśli ktoś czuje, że mało go to dotyczy, to tym bardziej winien się poczuwać do moralnego obowiązku pomocy innym. Już nie wspomnę o moralnym obowiązku dążenia do zmian samego systemu, tak aby nie produkował podobnych „ofiar”.

Ów system to nie komunizm, ale bezwzględnie zalewająca nas fala zsekularyzowanej, zredukowanej do konsumpcjonizmu zachodniej obyczajowości. Pożera ona kolejne dusze, całkiem pozbawione odporności. O te dusze trzeba walczyć, a nie złościć się na nie!

Zestaw Pobożnych życzeń podyktowanych katechecie stanowi świadectwo kondycji religijnej, intelektualnej i obyczajowej wcale licznej grupy rodziców, skażonych zachodnią modłą bezstresowego wychowania; stanowi też konstruktywny materiał do oceny sytuacji nauki religii w szkołach.

Religia znów w szkole

Powrót religii do szkół miał swych zwolenników i przeciwników, a linia podziału wcale nie przebiegała wzdłuż granicy: zwolennicy — wrogowie Kościoła. Wielu kapłanów i wiernych starszej daty uważało, że wraz z upadkiem komunizmu wszystko wróci do sytuacji sprzed wojny, że religia w szkole to przecież powrót do tradycji polskiego etosu edukacyjnego (pamiętam zdumienie kapłana, który opowiadał mi, że dyrektorka szkoły przyjęła go w sposób urzędowo chłodny, gdy przyszedł załatwiać pierwsze sprawy organizacyjne, tymczasem on oczekiwał entuzjazmu). Inni przypominali, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Jedni mówili, że religia w szkole to umocnienie mechanizmów ewangelizacji, że opromieni ona i ubogaci inne przedmioty nauczania, drudzy odpowiadali, że to zagrożenie dla niej samej, gdyż zostanie zredukowana do roli szeregowego przedmiotu w szkole, a nawet poniżej, bo będzie przedmiotem nieobowiązkowym. Na to wszystko nałożył się brak programów i kadr. Na domiar złego katecheci zostali chłodno przyjęci przez grono nauczycielskie, w którym dominowała opcja lewicowa (komunizująca i europeizująca), jako konkurenci nie tylko do rządu dusz, ale i skromnego portfela.

Obserwując całą tę sytuację niejako z zewnątrz, muszę rzec, że właśnie katechetów żal mi najbardziej. Lawirują między młotem rozwydrzonej młodzieży, mającej świadomość bezkarności (patrz niżej), a kowadłem rodziców pokroju autorki naszych postulatów. Rzadko mogą liczyć na wsparcie proboszcza, zainteresowanego utrzymaniem dobrych stosunków z dyrekcją i — cóż tu ukrywać — z wpływowymi wiernymi, których pociechy z założenia zawsze mają rację (a wychowuje je ulica, bo tatuś i mamusia muszą przecież robić pieniądze, żeby dziecku niczego nie brakowało).

Rozwydrzenie

W wielu przypadkach dzieci zachowują się na lekcjach religii tak skandalicznie, że gdy słyszę skargi katechetów na ten temat, zapiera mi dech w piersiach. Otrzymałem bowiem solidne galicyjskie wychowanie, w którym Dekalog (w tym czwarte przykazanie) był oczkiem w głowie. Czasem nieliczna garstka prowodyrów potrafi tak rozwydrzyć klasę, że przeprowadzenie lekcji jest niepodobieństwem. Na kulturalne uwagi katechetów (dominują tu ludzie z dużą kulturą osobistą, często obarczeni nieśmiałością i ogromną wyrozumiałością) nie ma reakcji, a jeśli już są, to w stylu: „zrób mi coś, a pójdę do dyrektora” (niewtajemniczonym wyjaśniam, że obecnie tykanie nauczyciela nie zalicza się w poczet grzechów ciężkich).

Nie należy się temu dziwić, skoro z rzadkich przypadków zastosowania kary cielesnej robi się awanturę na całe województwo, a nauczyciel, uznany za zwyrodniałego sadystę, z miejsca dostaje wilczy bilet. Wszystko to z lubością rozgrzebują mass media i dzieciaki mają nie lada widowisko, którego morał umacnia je tylko w przekonaniu o własnej bezkarności.

Problem ten dotyczy także innych nauczycieli, ale oni mają metodę dyscyplinowania klasy: sadzenie luf, która w przypadku katechetów — wobec nieobowiązkowości przedmiotu religii — jest nieskuteczna. Pomijam tu już aspekt moralny tej metody oraz zgorszenie, jakiemu ulegają nasze pociechy. „Masz dwóję z matematyki, bo byłeś niegrzeczny”. Dawniej za bycie niegrzecznym klęczało się na grochu, a dwója była za brak wiedzy. Marna to szkoła, która nie rozróżnia tak elementarnych rzeczy.

Oczywiście, wszelkie informacje o nagannym zachowaniu dziecka są bardzo często przez rodziców przyjmowane z niedowierzaniem, nierzadko też z agresją. A nawet jeśli daje się temu wiarę, padają usprawiedliwienia, które mogłyby pochodzić raczej z kabaretu niż życia: „Nie pękaj, Jasiu, ja w twoim wieku też taki byłem i zobacz, że wyrosłem na ludzi” (wezwany na rozmowę ojciec do swego dziecka, w obecności katechetki). Albo: „Proszę pani, nasze dzieci są może hałaśliwe, ale za to bardzo inteligentne!” (głos na spotkaniu rodziców z katechetą).

Generalizowanie tego zjawiska krzywdziłoby wiele dzieci i ich rodziców. Rzecz w tym, że owa garstka czarnych owieczek potrafi na tyle skutecznie namieszać, że z lekcji religii nie skorzysta nikt. Dzieci są bardzo podatne na efekt owczego pędu. Zdarza się, że taka owca jest nieobecna i klasa odmienia się nie do poznania. Niestety, nauczyciele i katecheci nie dysponują żad­nym skutecznym środkiem dyscyplinującym. Młodych szkolnych rozrabiaków chronią tzw. prawa dziecka.

Najbardziej przerażające jest jednak to, że nie zaznając znikąd wsparcia, katecheci okopali się na pozycjach obronnych i podejrzliwie (a nierzadko wrogo) reagują na wszelkie krytyczne uwagi o przedmiocie religii, sposobie jego prowadzenia, metodyce itp. Na zarzut, że dzieciaki nie lubią chodzić na religię, bo lekcje są nudne, odpowiadają więc, że taki jest program, który muszą realizować, i trywializują problem („Dziś dzieciaki to by chciały, żeby im tylko śpiewać i puszczać filmy”). Leczą swe frustracje wyłącznie poprzez użalanie się w swoim lub rodzinnym gronie, jakby odarci z wiary, że wspólna walka z istniejącym złem może przynieść owoce. Gdy im mówię: „Macie kapłanów, proboszczów, biskupa”, odpowiadają: „Oni dobrze wiedzą, jak jest. Skoro nie reagują, to znaczy, że tak ma być”.

Prowokacja

Postanowiłem się przekonać, czy rzeczywiście tak ma być. Czy jest możliwa szczera, publiczna dyskusja nad kondycją nauki religii w szkole? Czy można ją prowadzić na łamach katolickiego pisma, bo gdzież indziej mamy kierować swe problemy?

Nie jestem fachowcem od procesu kształcenia. To wada, ale ma też dobrą stronę: moje postrzeganie problemu wolne jest od skrzywienia zawodowego. Pragnę sprowokować profesjonalistów, by spróbowali ocenić stosowane programy nauczania w kontekście owoców, jakie przynoszą. Pragnę sprowokować katechetów — tych, którzy owe programy realizują — aby informacji o tych owocach dostarczyli. Pragnę sprowokować rodziców — tych zadowolonych i tych sfrustrowanych — aby wyartykułowali swe oczekiwania, poglądy, wskazali jasne i ciemne strony procesu religijnej edukacji. Pragnę sprowokować redakcję „W drodze” — by udostępniła swe łamy katechetom. Niech wymieniają się pomysłami między sobą, niech się dowiedzą, co o ich problemach sądzą księża, rodzice, metodycy… Nie powinniśmy żałować szpalt, bo „takie będą Rzeczpospolite…”. Pragnę sprowokować wszystkich — z wyłączeniem… najbardziej zainteresowanych. Wybaczcie, dzieciaki — to rozmowa dla dorosłych. Takie już mam konserwatywne poglądy.

Prowokując, nawołuję, by okiełznać swe emocje. Inaczej dyskusja przeistoczy się w kłótnię, co naszych przeciwników wprawi w błogi stan zadowolenia. Bądźmy przy tym konstruktywni: w głosie każdego — nawet gdy jest on szokujący, agresywny — szukajmy iskierki racji. Nie przypisujmy mu z założenia złej woli.

Na zakończenie postaram się dać dobry przykład i poszukać racji w przedstawionych na wstępie Pobożnych życzeniach.

Wychowanie religijne

Gdy już przeszła mi ochota przełożenia autorki przez kolano, przeanalizowałem wszystkie punkty bardziej rzeczowo — właśnie z intencją znalezienia czegoś konstruktywnego. Zauważyłem, że kobieta w sposób nieudolny usiłuje wyartykułować całkiem bliski mi pogląd: religia to przedmiot zupełnie wyjątkowy. Jest nieobowiązkowy i powinien przyciągać magnesem wolności. Taka jest istota wszelkiej religii: do wierzenia nie można przymusić. Jedyny, bardzo przerażający przykład budowania odmiennej koncepcji znajdujemy w powieści Rok 1984 Orwella — na szczęście to social fiction. Jeśli religia będzie niekończącą się opowieścią o Miłości, Prawdzie, Dobroci — opowieścią przetykaną czytelnymi, trafiającymi do wyobraźni współczesnego dziecka ilustracjami (opowiadania, przypowieści, zdarzenia z życia) i dyskusjami — dzieci będą garnąć się same. Jeśli natomiast ograniczy się do sztywnych formułek, archaicznego języka i dogmatycznych zwrotów — uznają ją za jeszcze jeden przedmiot, którego istoty nie rozumieją, którym żyć nie będą — a bez tego właśnie religia nie ma sensu.

Następną sprawą jest kwestia ocen. Mój pogląd na ten temat jest niezmienny od lat. Istnieje grupa przedmiotów związana z przyswajaniem wiedzy (matematyka, chemia, biologia itd.) i przedmiotów mających na celu wychowanie (muzyczne, plastyczne, fizyczne). Religia należy do tej drugiej grupy i na dobrą sprawę mogłaby się zwać „wychowanie religijne”. Przedmioty zajmujące się wychowaniem nie powinny podlegać ocenie, przynajmniej w klasycznym rozumieniu tego słowa. Stawianie jedynki z muzyki komuś, komu słoń nadepnął na ucho, zmuszanie słabeusza do rzutu piłką lekarską na właściwy jego wiekowi dystans — wszystkie takie praktyki napełniają mnie niesmakiem, prowadzą bowiem do pogłębiania stanu frustracji i wstydu za swe niezawinione ułomności. Oczywiście należałoby zachować jakiś system dyscyplinowania i mobilizowania uczniów, ale nie mechanicznie stawiane oceny!

Wychowanie religijne to nie faszerowanie wiedzą (tę funkcję można z powodzeniem zastąpić religioznawstwem na poziomie gimnazjum).Wychowanie religijne ma w ostatecznym celu wykreowanie homo religiosus: człowieka, dla którego rzeczywistość boska jest tak samo realna jak ziemska — tylko taki model religijności ma szansę w zderzeniu ze światem eurowartości. Za to wychowanie odpowiadają oczywiście rodzice — ale dobrze wiemy, że często tego nie robią (jak można kreować homo religiosus, gdy samemu się nim nie jest?). Religia w szkole jest — a właściwie powinna być — w takim przypadku szansą. Jeśli tak się nie stanie, to dzieci znajdujące w sobie silne pragnienie autentycznej wiary, pozbawione rodzicielskiego wsparcia, trafią do sekt.

Nasza wiara jest piękna i wspaniała w swej prostocie. Gdy, serwując ją dziecku, przesączymy ją mnóstwem skomplikowanych formułek, regułek, zasad, praw — zniknie z oczu to, co w niej najważniejsze i najpiękniejsze. A potem się dziwimy, że nasze dzieci powtarzają słowa: „Bóg jest Miłością”, jak gdyby żuły gumę.

Być może, taką prawdę o religii (ukrytą w gąszczu oczywistych idiotyzmów) chciała nam przekazać autorka postulatów? A jeśli nawet nie chciała — to czyż nie można jej tam znaleźć?

Pobożne życzenia
Tadeusz Solecki

urodzony w 1949 r. – z wykształcenia astronom, z zawodu informatyk, działacz Akcji Katolickiej. Jego zainteresowania koncentrują się wokół nauk ścisłych, filozofii, religii, muzyki, literatury, fotografii, grafiki komputer...