La Trappe

La Trappe

Zląkłem się, że może i ja, jeśli odkryłbym w sobie powołanie do kontemplacji Boga w samotności, musiałbym tu zostać i zostawić wszystkich, których kocham, dla tej jednej miłości.

Dzień z taką ilością zdarzeń spowodował, że jestem już bardzo zmęczony i senny. Pożegnanie brata, jazda pociągiem przez ogromne, płaskie przestrzenie Normandii, I’Aigle ze swoją przepiękną małomiasteczkowością i starszy pan, który podwiózł mnie do La Trappe. Moja modlitwa i jego słowa: „Bóg będzie przy Tobie”. Do opactwa dojechałem o zachodzie słońca.

Walka ze snem i roztargnieniem

O 4.00 wstałem na pierwszą modlitwę. Jest teraz kilkanaście osób, które przyjechały tu podobnie jak ja po odrobinę Ciszy. Pora na modlitwę jest szalona i piękna zarazem. Piękna, bo świat śpi jeszcze głęboko, gdy mnisi zanoszą modlitwy o jego przebudzenie na chwałę Boga.

Dziś pierwszy dzień mojego pobytu w opactwie trapistów w La Trappe. Poznaję program dnia. Po Vigilies a orasion jestem okropnie senny. Walczę ze sobą, by nie spać do Mszy św. o 7.30. Mnisi mają w tym czasie czytanie duchowe. Usiłuję także czytać, niestety, po krótkim czasie zasypiam nad książką. Wygląda na to, że pobyt u trapistów może być jedną wielką walką ze snem. Nie chciałbym tak tracić czasu.

Jako lekturę przywiozłem ze sobą Posiew kontemplacji Thomasa Mertona. Książka wydaje się nie łatwa. Wcześniej skończyłem książkę o Mertonie, z której zaczerpnąłem dla własnego użytku kilka modlitw. I tak po Mszy świętej mogłem modlić się słowami ojca Ludwika z Opactwa Gethsemani:

Jakakolwiek by była wyjątkowa moja głupota, modlitwy moich przyjaciół i moje zostały przecież wysłuchane i oto jestem tutaj. Gdyż to właśnie tutaj, tak myślę, chciałeś mnie widzieć i tu jestem przez Ciebie widziany. Moja obecność w tym miejscu jest odpowiedzią, o którą mnie prosiłeś, na coś, czego nie usłyszałem wyraźnie. Lecz odpowiedziałem i jest mi dobrze; i nie ma niczego więcej, o czym musiałbym wiedzieć w tej chwili, tutaj prosisz mnie tylko o to, bym był rad z tego, że jestem Twoim dzieckiem i Twoim przyjacielem… 1

Mgły opadły i skończyła się Msza św. w pięknej oprawie liturgicznej. Podczas modlitw przechodzę prawdziwą burzę uczuć, pojawiających się, gdy brakuje snu.

W tej samotności, jaką tu przeżywam, odkrywając jej niezmierne bogactwa i ogromne niebezpieczeństwa, poznaję, jak bardzo brakuje mi moich przyjaciół, którzy pozostali w Polsce, i jak bliski jest mi charyzmat dominikański. Oczywiście, nie poradzę sobie sam z tymi roztargnieniami — muszę się modlić, zatopić się w modlitwie i w niej — w tym spotkaniu, jakim jest modlitwa — znaleźć ukojenie.

Zapadł już zmrok i skończyła się modlitwa wieczorna (Compilies), po której mnisi idą spać, by następnego dnia móc znowu żyć dla chwały Pana i w Panu. Kończę dzień modlitwą o. Ludwika:

Mój Panie, nie mam pojęcia, dokąd idę. Nie widzę drogi przed sobą. Nie wiem na pewno, gdzie się kończy. Nie znam też naprawdę siebie samego i to, że sądzę, iż spełniam Twoją wolę, nie znaczy wcale, że naprawdę to robię. (…) Jednakże wierzę, że już samo pragnienie czynienia Tego, co Tobie miłe, już Cię w istocie zadowala. Mam również nadzieję, że to pragnienie obecne jest we wszystkim, co robię… 2

Panie, wysłuchaj moją modlitwę!

Docieranie do siebie

Następny dzień rozpoczął się modlitwą.

Panie, pozwól mi zostawić maski, które nakładam, i dotrzeć do siebie samego, który prawdziwy jestem tylko przed Tobą. Być sobą. Jakże to podobne do poszukiwania taniego autentyzmu, tak okrzyczanego. Ja jednak do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, jak niezmiernie trudna to sztuka. Bardzo często zupełnie nieświadomie staram się być kimś „kogo Pan Bóg zupełnie nie zna”. Nie jest to tylko problem grzechu, kiedy odwracam się plecami i odchodzę, albo śmiesznego kreowania siebie przed innymi. Chodzi tu raczej o chwile, gdy modlę się sam w ciemności i jestem taki, jakim chciałbym być, a nie taki, jaki w rzeczywistości jestem. Stwarzam ten obraz często zupełnie nieświadomie, ale to ja go stwarzam. Potrzeba mi natomiast długiej, bardzo ciężkiej „współpracy z łaską” w modlitwie i pozostawienia wszystkiego, a taką możliwość daje nam Pan Bóg, by stać się sobą. Postrzegać siebie tak, jak widzi nas Bóg.

Dzięki Ci, Panie, że pozwoliłeś mi postawić pierwszy krok na tej drodze do mnie samego, którego Ty znasz i w którym Ty jesteś.

Właśnie skończyła się Msza św. Podczas przeistoczenia odkryłem ponownie, jak Eucharystia pozwala nam na wspólne przebywanie z tymi, których kochamy, nawet jeśli są oni gdzieś kilka tysięcy kilometrów z dala od nas. Świadomość przyjmowania tego samego Boga daje psychiczny spokój i umożliwia odnajdywanie się nawzajem w Jego wszechogarniającej Miłości.

Po obiedzie miałem dość nieoczekiwane spotkanie. Do drzwi mojej celi zapukał o. Bernard, który zajmuje się takimi jak ja — czyli gośćmi na rekolekcjach. Zaproponował mały spacer. Zgodziłem się chętnie, przerywając pisanie. Wyszliśmy do lasu, który znajduje się częściowo w murach opactwa. Bałem się tej rozmowy ze względu na moje ograniczenia językowe. Na szczęście o. Bernard przyzwyczajony był do rozmów z ludźmi słabo znającymi język. Rozmawialiśmy o życiu kontemplacyjnym. O tym, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni, by w modlitwie narzucać panu Bogu swoje zdanie, swoją wolę, a trzeba nam mówić que ta volonté soit faite — „bądź wola Twoja”.

Rzeczywiście trzeba w tej ciszy odnaleźć jeszcze raz Boga, tak jak znajdować Go trzeba z wciąż nowym entuzjazmem co dzień, by być blisko Niego, bardzo, bardzo blisko Niego.

Skończył się dzień i zapadła wielka cisza.

Panie, wysłuchaj moją modlitwę!

To dla mnie za dużo

Nowy dzień. Teraz jest już ok. 8.30. Zjadłem śniadanie, poranna kawa orzeźwia. Zobaczymy na jak długo.

Merton w Posiewie kontemplacji zapisuje takie myśli:

Bóg wypowiada mnie niby słowo, zawierające cząstkę Jego myśli o Sobie (…).
Nasze odkrycie Boga jest więc w pewnym znaczeniu odkryciem nas przez Niego (…).
Poznajemy Go tylko o tyle, o ile On nas zna i nasza kontemplacja Boga jest współuczestnictwem w Jego kontemplacji samego Siebie (…) 3.

Na ile więc owoce ducha, którymi są: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” są w nas, na ile chcemy być „podobni do Boga”, który ze swej istoty przekracza każdy system myślowy, każde wyobrażenie, na tyle możemy odnajdywać samych siebie w Nim i na tyle też możemy kontemplować Boga — czyli współuczestniczyć w „Jego kontemplacji samego siebie”.

To za dużo, jak na jednego małego człowieka! To za dużo jak dla mnie!

Słońce powoli zbliża się ku zachodowi, mija kolejny dzień mojego pobytu tutaj. Odbyłem drugą rozmowę z o. Bernardem, nieco dłuższą niż ostatnia. To, co mówił, napawało mnie lękiem, że może i ja, jeśli odkryłbym w sobie to powołanie do kontemplacji Boga w samotności, musiałbym tu zostać i zostawić wszystkich, których kocham, dla tej jednej miłości. Zostawić po to, by odnaleźć ich w samotności z Bogiem… Wszystko zostawić w Nim. Wszystko objąć i zyskać w Nim.

Dzień zakończył się modlitwą komplety. Postaram się zasnąć jak najszybciej, by jutro móc się znowu modlić o spokojne przebudzenie świata.

Panie, wysłuchaj moją modlitwę!

Zamęt w głowie

Dzień zaczyna się jak wszystkie inne: laudesy i Msza św., śniadanie, a po nim wracam do mojej lektury:

Oto co oznacza doskonałe poszukiwanie Boga: porzucenie złudzeń i przyjemności światowych, niepokojów i pragnień, i prac, których Bóg nie chce, i sławy, będącej ludzką przechwałką; chronienie duszy przed wszelkim zamętem, tak aby moja wolność była zawsze gotowa na przyjęcie Jego woli 4.

To chyba, jak do tej pory, najtrudniejszy fragment tej książki. Jak możliwe jest porzucenie przyjemności, pragnień, chronienie się przed niepokojami tego świata, gdy często uzależnieni jesteśmy od społeczeństwa, bezwiednie wpadając w bieg jego przyjemności, pragnień, nałogów? Kiedy uzależnieni jesteśmy od jego pieniędzy w sposób zupełnie bezpośredni, a zdobywanie ich (np. dla utrzymania siebie czy rodziny) zajmuje wielu z nas większą część dnia, żeby nie powiedzieć życia.

Wydaje się to jednak możliwe…

Porzucenie złudzeń o sobie samym, o własnej wielkości, czy może tylko o inności. Jakże często gubimy się we własnych marzeniach, w których nie jesteśmy takimi, jakich nas zna Bóg i jakich my możemy w Nim i przez Niego odnaleźć. Bardzo często marzenia te są zafałszowane naszą pychą lub nieświadomością własnej wartości, tej wartości, jaką postrzega w każdym z nas Bóg.

Porzucenie przyjemności i niepokojów tego świata. Jak znaleźć się w świecie, który tak pragnie przyjemności, nie pragnąc jej? Samo pragnienie przyjemności w zapomnieniu obecności Bożej oddala nas od Pana Boga, jako że nie mogą w człowieku istnieć dwa różne pragnienia, ponieważ „jeden sługa nie może dwóm panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi”.

Chcąc żyć życiem kontemplacji w środku tego świata, tzn. będąc zmuszonym do realnego i czynnego tworzenia społeczeństwa wraz z jego niepokojami, przyjemnościami i słabościami, musimy trwać w pustelniach własnych serc. Możliwe, że przyjemności, niepokoje i bieg tego czasu mogą stać się źródłem jeszcze większego pragnienia Boga, bliższego przylgnięcia do Niego i zatopienia w Nim.

To nieprawda, że trudno jest zgrzeszyć. Trudno jest tym, którzy są blisko Boga, którzy „nie są z tego świata”. Jak dobrze znam ten stan podążania za przyjemnościami, który zmienia życie w nicość bez Boga.

(…) tak aby moja wolność była zawsze gotowa na przyjęcie Jego woli. By moja wolność w czynie, słowie i w myśli potrafiła wypowiadać z wiarą słowa… „bądź wola Twoja jako w Niebie i na Ziemi” 5.

Tak więc, bądź wola Twoja w tym świecie, w którym istnieć powinna moja wolność od wszelkich pożądliwości i nałogów, i wolność do odnajdywania w sobie Twojej woli. Wolność, którą Ty mnie bezgranicznie obdarzasz, wolność nie zawsze odkryta, często okaleczona kłamstwem o sobie samym, które jest matką wszystkich innych kłamstw.

Kończy się kolejny dzień. Dziś nie rozmawiałem z o. Bernardem i cieszę się na jutrzejszą rozmowę. Podczas ostatniej wspólnej modlitwy brewiarzowej podziwiałem piękno statuy Matki Bożej stojącej pośrodku ołtarza, a w czasie Salve Regina wyróżnionej refleksem światła w zaciemnionym kościele. Maryja spogląda na modlących się mnichów w niezwykłej pozie, stojąc pochylona lekko do tyłu, uśmiecha się.

Jeszcze różaniec i sen przed dniem jutrzejszym.

Panie, wysłuchaj moją modlitwę!

Ostatnia rozmowa

To już ostatni pełny dzień mojego pobytu u trapistów w La Trappe. Chcę go wykorzystać jak najlepiej, a wykorzystać dzień to wypełnić go obecnością Boga, czyli: wypełnić go modlitwą. Chciałbym dzisiaj pomodlić się szczególnie za moich rodziców, za mojego brata, którego pożegnałem przed tygodniem i za panią Barbarę z Poitiers, dzięki której mogłem spędzić ten wspaniały czas.

Po modlitwach i śniadaniu wracam do Mertona i cicho czekam na odwiedziny o. Bernarda. Dziś odkrywam w mojej lekturze znowu fascynujące fragmenty:

Jeśli mówię, że jestem stworzony na obraz Boga, to stwierdzam tym samym, że miłość jest uzasadnieniem mojego istnienia. (…) Jeśli więc cokolwiek czynię, mówię, poznaję lub czegokolwiek pragnę z innych pobudek (niż Bóg), nie wyłącznie dla miłości Boga, nie może mi to dać pokoju ani wytchnienia, ani radości, ani pełni 6.

Jest to kolejny fragment, który dla mnie dość jasno wypływa z Modlitwy Pańskiej. Bóg chciał usynowić tylko to stworzenie, które było najdoskonalsze wśród stworzeń, które było na Jego obraz i podobieństwo. Tylko jemu też pozwolił wołać do siebie w sposób tak bezpośredni i tak intymny. To właśnie wołanie daje uzasadnienie jego istnienia, którym jest miłość. Jeśli więc stworzenie, którego zasadą jest to, co może wypełnić bez reszty jego życie, pragnie czegoś ponad „chleb nasz powszedni”, a więc ponad to, co jest potrzebne do świadczenia o Bogu, to istnieje w jego egzystencji obszar pusty, niewypełniony. Popaść można wtedy w urojoną i chwilową pełnię grzechu, która znikając, zostawia nas na samym dnie zupełnie samych. Jest to śmiertelna fatamorgana w życiu duchowym.

Po południu zjawił się o. Bernard i poszliśmy na kolejny krótki, ale jakże dla mnie ważny spacer. Ten wspaniały trapista na moje pytania o życie mnisze opowiadał o tym, jak w życiu Chrystusa możemy odnaleźć nasze własne przeżycia. Chrystus śmiał się, radował, cierpiał, był smutny — w tym wszystkim jest także dzisiaj obecny nasz Bóg. Nie wymyślimy już niczego nowego, oprócz niewierności.

Jeżeli mam w sobie to życie, to cóż mogą znaczyć dla mnie zewnętrzne warunki: cierpienie czy rozkosz, nadzieja czy strach, radość czy smutek? Nie są one moim życiem i niewiele mają z nim wspólnego 7.

październik 1994 

1 M. Basil Pennington OCSO, Rekolekcje z Thomasem Mertonem, Poznań 1993.
2 Dz. cyt.
3 Thomas Merton, Posiew kontemplacji. Nikt nie jest samotną wyspą, Kraków 1989.
4 Dz. cyt.
5 Dz. cyt.
6 Dz. cyt.
7 Dz. cyt.

La Trappe
Maciej Godawa

urodzony w 1971 r. – absolwent Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu, pasjonuje się życiem i twórczością Thomasa Mertona OCSO....