Wschodu słońca jeszcze nie widziałam. Nie mogę się na czas obudzić. Tylko trzy godziny różnicy, a ciało skołowane, uparcie trzyma się zegara przywiezionego z Polski. Za to wiem, że zmroki są tu piękne. I dość szybkie. Główny spektakl trwa pół godziny, zaczyna się o siedemnastej trzydzieści. Ale zmierzch na zapowiedzi daje już około piętnastej. Wtedy słońce złocieje, a świat zyskuje barwy. Oczy mam szeroko otwarte, chłonę każdą chwilę i każdej mi szkoda. Jak ciepłych letnich dni w sierpniu, jak późnych wrześniowych malin.
Od przedpołudnia wszystko jest wyblakłe, pozbawione konturów i wyrazu. Tak działa pustynne słońce: spłaszcza świat, likwiduje niuanse. Za dużo światła i bieli. Niespodziewany paradoks – dojrzeć na własne oczy i poczuć, że nadmiar jasności odbiera życie. Że potrzebujemy cienia – tej przeciwstawnej siły, która nadaje sens. Słońce pali i męczy, każe zadawać sobie pytania: Po co tu jestem? Czy warto tam iść? Puchną stopy z gorąca, a głowa od wątpliwości. Upał deprymuje. Nie tylko ten arabski. Ten w Bombaju dusi wilgotnością, ten w Bangkoku traktuje mdłościami, ten w Limie smakuje słodkim pyłem, ten w Masai Marze jest gorzkawy.
Dopóki cienie się nie wydłużą, szukam chłodu i ratunku w meczetach, przy glinianych ścianach, w podcieniach z piaskowca i na podłodze, wprost pod wiatrakiem. Śpię na siedząco, z otwartymi oczami. Przeczekuję przemożne zmęczenie. Wiem, że odejdzie. I lubię ten moment, gdy pęka niewidzialna obręcz rozgrzanego powietrza. Wracam do siebie, znów mogę myśleć, być w
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń