fot. fot. wesley-tingey/unsplash

Michalina Kaczmarkiewicz: Natknęłam się na krzykliwy nagłówek, że mamy w Polsce najwyższą liczbę zgonów od drugiej wojny światowej – ponad 388 tysięcy!

Agata Romaniuk: Danych demograficznych nie można porównywać, przytaczając pojedynczą liczbę. Kwestie związane z jakością życia nie są opisywalne w ten sposób, wpływa na nie znacznie więcej wskaźników, które tworzą kontekst, na przykład liczba łóżek szpitalnych na głowę, śmiertelność noworodków, poziom zanieczyszczenia środowiska.

Stosowanie nieodpowiednich miar jest problematyczne, ale wcale mnie nie dziwi, bo jest niezwykle poręczne – ma to nawet nazwę: single duty preference, czyli preferowanie pojedynczej liczby – łatwo policzyć, działa na wyobraźnię, wydaje się, że wszyscy to rozumieją. Tyle że to w ogóle nie oddaje stanu rzeczy. I prowadzi między innymi do kasandrycznych przepowiedni i klikbajtowych nagłówków.

A tak po ludzku – umiera nas więcej czy mniej niż po wojnie?

Po pierwsze, nie warto porównywać populacji, które są niehomogeniczne. Populacja wtedy miała zupełnie inną strukturę niż obecna. Po drugie, tego nie sprawdzamy tym wskaźnikiem. Ale upraszczając: tak, umiera nas więcej, bo jest nas więcej, prawie 39 milionów. Szacuje się, że po wojnie było nas tylko 23 miliony, według spisu powszechnego z 1950 – 25 milionów.

Sensowniej jest spojrzeć na zgony w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. W 1946 roku było to 10,2 osoby na tysiąc, w 2018 – 10,8. A jeśli chodzi o zgony niemowląt, znowu na 1000 mieszkańców: rok 1946 – 119,8, 2018 – 3,8. Ogromna zmiana, prawda? Śmiertelność noworodków jest w Polsce poniżej średniej europejskiej. I to jest wskaźnik, który pozwala nam porównać populację Polski w 2020 roku z populacją Polski w 1946. Świadczy o rozwoju cywilizacyjnym, opiece zdrowotnej, zamożności. Tę pierwszą wartość – całkowitą liczbę zgonów – zaburza czynnik starzejącego się społeczeństwa, dlatego ona niewiele nam mówi.

Patrząc na śmiertelność noworodków, powinniśmy ogłosić raczej prosperity, a jednak dzietność w Polsce jest jedną z najniższych w Europie.

Niższą ma chyba tylko Bułgaria. Odrobinę się odbiliśmy, ale daleko nam do zastępowalności pokoleń, do czego potrzebujemy wskaźnika 2,1, a mamy 1,38. Ciągnie się to za nami od transformacji i nic nie zapowiada, by miało się zmienić.

Dlaczego rodzi się tak mało dzieci?

Wpływa na to masa czynników. W uproszczeniu można powiedzieć, że to efekt uboczny wyższej jakości życia. Im nam się lepiej żyje, tym mamy mniej dzieci, bo w inny sposób zapewniamy sobie polisę na starość. Jeżeli system opieki zdrowotnej i system ubezpieczeń społecznych są w miarę wydolne, to już nie trzeba mieć dwunastki dzieci, żeby nas na starość przechowały. 

O, to nam się niedługo może zmienić…

Jak ZUS padnie. Tyle że demograficzne skutki działają z odroczeniem, jak długim – nie wiadomo. Niska dzietność ma oczywiście związek z emancypacją kobiet, wykształceniem i tym, że współczynnik skolaryzacji kobiet już dawno przerósł współczynnik skolaryzacji mężczyzn, z wejściem kobiet na rynek pracy i ich niezależnością finansową. To się dzieje wszędzie na świecie, niezależnie od tego, z jakiego poziomu kraje startują. Oman, o którym napisałam książkę, miał w latach 90. dzietność na poziomie 8,6, a teraz ma 3,8. Dla nas to i tak kosmicznie dużo, ale obiektywnie ogromny spadek. Dlaczego w tak krótkim czasie? Bo oni doświadczyli skoku cywilizacyjnego, który nam zajął 100 lat. Nam przejście od dzietności na poziomie 6 czy 7 do dzietności 3,8, jaką mieliśmy w latach 20. XX wieku, zajęło 150 lat, a im 20. To pokazuje, jak bardzo dzietność związana jest z jednej strony z rozwojem infrastruktury i rozwojem

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się