rodzice i śpioszki dla nowonarodzonego dziecka
fot. Mon Petit Chou Photography / UNSPLASH

Tak trudno zobaczyć w nas cierpiących rodziców

Wchodzę na USG. Obok leży kobieta i słucha bicia serca swego dziecka, podczas gdy ja muszę słuchać słów obcesowego lekarza: „No tak, poroniła pani”. Pielęgniarka pyta: „A dlaczego pani płacze, nie chce pani zostać w szpitalu?”. Odpowiadam, że płaczę, bo właśnie straciłam moje dziecko. Widzę tylko jej zdziwione spojrzenie.

Jestem mamą pięciorga dzieci… To brzmi tak dumnie, tak szczęśliwie. Ale…

Gdy ktoś przygodnie spotkany zapyta, ile mam dzieci, odpowiadam: dwoje. Mówię, że mam dwoje dzieci, a w środku wszystko krzyczy: To nieprawda, mam pięcioro dzieci. Pięcioro!!!

Styczeń 1997 roku. Moje pierwsze dwie kreseczki. Zaplanowaliśmy sobie i oto jest Maleństwo. Tak po prostu. Cieszymy się na to, co nas czeka, już widzimy dziecięcy pokoik, wózek, białe łóżeczko. Ot, takie zwykłe oczywiste myśli szczęśliwych przyszłych rodziców.

Czerwiec 1997 roku. Wracamy do domu po wizycie w szpitalu. Dzidziula nieźle nas nastraszyła. Baliśmy się, że to już, a to dopiero 27. tydzień. Ale już dobrze, jesteśmy znowu w trójkę w domu zaopatrzeni w lekarstwa i zapewnienia „Wszystko będzie dobrze”. Muszę tylko leżeć, ale to żaden problem. Leżę obstawiona lekami, rozmawiam z Dzidziulą. Wszelki strach został zagłuszony tabletkami i wiarą, że nic złego się nie stanie. Bo przecież takie rzeczy wydarzają się innym ludziom, gdzieś tam w nieokreślonym bycie.

Wrzesień 1997 roku. Znów szpital, bo to już. Mąż usiłuje zasugerować położnej, że coś nie tak. Ona macha uspokajająco ręką, „Spokojnie, jeszcze czas”. Nagle wielki popłoch, tętno zanika, ogólna bieganina, nerwowa dyskusja lekarza i położnej… Ja leżę, a wszystko gdzieś poza mną, jestem dziwnie spokojna, bo głęboko przekonana, że nie może być inaczej niż dobrze.

Tym razem mieliśmy szczęście. Udało się, jest nasza maleńka Córeńka. Niewiele brakowało, ale jest. Pierwsze spojrzenie granatowych oczu, które wyryło się na zawsze w sercu.

Listopad 2000 roku. Są dwie kreseczki, cieszymy się bardzo i już mocno kochamy Maleńkiego Skarba. Znowu są plany, co będzie, gdy…

Grudzień 2000 roku. Świat trwa jeszcze rozradowany bożonarodzeniowym świętowaniem. Jest noc, nagle czuję wielki fizyczny ból, jakiego nie doświadczyłam nigdy w życiu… Przerażenie i widzę mój Skarb na rękach… Nie będzie nic… Trwamy w szoku. Jak to? Przecież takie rzeczy zdarzają się innym! Gdy wracamy ze szpitala kolorowa choinka kłuje w oczy… Córka nieustannie słucha piosenki Arki Noego: „Jestem jak małe ziarenko, czuję, że żyję, urosnę wam prędko”. Wyję! Jesteśmy z mężem sami w naszej rozpaczy. Znajomi nie rozumieją, rodzina trwa za murem milczenia. Sami – bez świadomości prawa do żałoby, do bólu, ze słowami lekarza „tak bywa”, „a może to i lepiej, pewnie było chore”. Uczymy się nowego życia, życia z Dzieckiem po tej drugiej stronie. Wychodzę do ludzi ubrana w uśmiechy, a w domu starcza tylko sił na płacz.

Październik 2001 roku. Po długiej walce znowu dwie kreski. Cieszymy się leciutko, bo już nie jesteśmy szczęśliwymi rodzicami, już wiemy… Chowamy przed światem nasze Dzieciątko, jakby to mogło je dodatkowo uchronić.

Styczeń 2002 roku. Szpital, leżę przerażona na zimnej kozetce, a bezduszna lekarka zagląda aparatem do USG do mojego brzucha. Serce moje prawie nie bije, przestałam oddychać. Zdaje się, że badanie trwa bez końca. Nagle słyszę beznamiętny głos: „No wszystko jest dobrze, dziecko żyje”. Boże – „dziecko żyje” – to najpiękniejsze słowa świata! Zaczynam oddychać.

Czerwiec 2002 roku. Po wielu miesiącach strachu rodzi się mój Synek. Jest cisza, Mały nie płacze, ma kłopoty z oddychaniem, ale żyje. Nie ma spojrzenia granatowych oczu, synek przelatuje mi tylko przed oczami do inkubatora. Wieczorem mąż ubłagał lekarzy i przynoszą nam na chwilę Małego. Jest śliczny i bardzo słabiutki, nie płacze, tylko lekko popiskuje. „To dziecko tokolityczne, jest opuchnięty, być może ma wady narządów wewnętrznych” – słyszymy. Czekam na poranny obchód, a noc nie chce się skończyć.

Lipiec 2002 roku. To był trudny czas, ale jesteśmy już w domu – w czwórkę. Z Małym jest wszystko dobrze. Przytulam Synka mocno, bardzo mocno, a w sercu tulę też moje drugie Dzieciątko.

Kwiecień/maj 2007 roku. Po roku walki, depresji, rozczarowań, leczenia mamy dwie upragnione kreseczki. Cieszymy się bardzo, są takie mocne, a to dobry znak – tak myślimy. I znowu nieopatrznie ośmielamy się snuć plany, pozwalamy marzeniom się rozwinąć, już widzimy naszą rodzinę w wersji 2 + 3 (i + 1). Nie dopuszczam do siebie złych myśli. Przecież przez 7 lat się modliłam, by nigdy więcej nas to nie spotkało. Boimy się, ale jednocześnie ufamy, że Bóg czuwa nad naszym Maleńkim Cudem, że ochroni Go przed wszystkim…

Pojawia się plamienie… Bezsenna noc i ja już wiem, że Maleństwo odeszło. Znowu szpital i USG… Słowa lekarza: „Przykro mi, serce nie bije” nie są dla mnie zaskoczeniem, ale tak bardzo bolą… Wychodzę z gabinetu, mąż patrzy przerażony na mnie, a gdy mówię, że serduszko już nie bije, zaczyna płakać – pierwszy raz w życiu…

Dostajemy osobny pokój, w którym czekamy na zabieg. Płaczę nieustannie. Pielęgniarka przychodzi, kładzie rękę na ramieniu, „Tak mi przykro, bardzo pani współczuję” – chłonę jej słowa każdą komórką ciała, dla mnie są one potwierdzeniem człowieczeństwa mojego dziecka. Zasypiam we łzach, z przytłaczającą wiedzą, że zaraz znowu będę sama… Ostatnią świadomą myślą żegnam się z naszym Maleńkim Cudem. Wracam do domu i do… nowego życia.

Mój świat roztrzaskał się po raz drugi. Jak mam dalej żyć, gdy zostałam tylko z testem ciążowym, zdjęciem USG i pustymi rękami? Pytanie „Dlaczego?” powraca bezustannie. I ta myśl, że przecież prosiłam, wierzyłam, ufałam… Wciąż pytam wszystkich, ale najczęściej słyszę tylko: „Widocznie tak miało być”, „Taka wola Boża” i to, co chyba słyszała każda z nas: „Będziesz miała następne dziecko”.

Dopadam Internetu, nagle odkrywam strony dla mnie, matki takie jak ja… Czytam i płaczę… Czytam i odkrywam, że mamy prawo do tego, by opłakiwać nasz Maleńki Niespełniony Cud. Poznaję takie dziewczyny jak ja, cudowne anielskie Matki… Chcę rozmawiać nieustannie o moich Dzieciach – wszystkich. Powiesiłam na ścianie ogromne zdjęcie Córki i Synka i dwa ulepione aniołki – to „zdjęcia” tamtej mojej dwójki. Tylko tak mam je przy sobie wszystkie. Rozpoczynamy walkę z rodziną, znajomymi o uznanie naszych dzieci. Wciąż powtarzają mi jak mantrę: „Ale przecież masz dwójkę”. A ja bezustannie, z uporem: nie, mam czwórkę.

Maj/czerwiec 2008 roku. Po roku walki… hmmm, historia lubi się powtarzać, niestety ta powtórzyła się do samego końca. Kolejne upragnione dwie kreseczki nie cieszą wcale. Jest tylko strach i oczekiwanie na to, co najgorsze, bo od początku dzieje się źle. Rozmawiam z naszą Iskiereczką bezustannie, proszę, by zechciała z nami zostać, proszę, bo chcę jej pokazać świat, chcę ją poznać, przytulić… Ostatkiem sił znów próbuję zaufać, że może jednak tym razem będzie inaczej. Przecież to niemożliwe, żeby znowu nam się to przytrafiło – myślimy… O naiwności!!! Lądujemy w szpitalu, lekarze jeszcze dają nadzieję, ale ja już wiem, że muszę tylko czekać na ostateczność. W piątkowy wieczór nasza Iskiereczka odchodzi. Trafiamy do szpitala – innego, bo nasz poprzedni został zlikwidowany. Siedzimy na korytarzu, kazano czekać. Z każdej ściany krzyczą na mnie szczęśliwe, brzuchate kobiety i rozradowane niemowlęta. W poczekalni pełno szczęśliwych ciężarnych mam, czekających na KTG. Wchodzę na USG. Obok leży kobieta i słucha bicia serca swego dziecka, podczas gdy ja muszę słuchać słów obcesowego lekarza: „No tak, poroniła pani”. Pielęgniarka pyta: „A dlaczego pani płacze, nie chce pani zostać w szpitalu?”. Odpowiadam, że płaczę, bo właśnie straciłam moje dziecko. Widzę tylko jej zdziwione spojrzenie. Znowu czekamy na korytarzu, w oddali słychać krzyki rodzącej, płacz noworodków, a przed wejściem ciężarna beztrosko zapala papierosa. Nie mogę tego znieść. Ja zrobiłam wszystko, by nasze dziecko żyło, ale nic to nie dało. Ostatnia rozmowa z lekarzem, proszę go o zwolnienie z pracy. Spogląda tylko zdziwiony i mówi „Ale po co, przecież nic się nie stało, jest pani zdrowa”. To mnie przygniata. Straciłam trzecie dziecko, a on mi mówi, że nic się nie stało?! Po raz trzeci musimy zacząć wszystko od nowa. Trwam w zawieszeniu, budzę się co rano z przerażeniem, że to jednak nie był zły sen, że ten koszmar to nasze nowe życie. To jest tak okrutne, że wydaje mi się wręcz niemożliwe, by działo się naprawdę, a jednak…

Przybyła nam kolejna smutna data. W naszym życiu jest już więcej smutnych niż radosnych rocznic. Czas będzie mijał. To nie jest nasz sprzymierzeniec, jak niektórzy uważają. Gdy mijają kolejne miesiące, otaczający nas ludzie uważają, że już jest w porządku, przecież minęło tyle czasu. Ale to tak nie działa. Dla nas czas się zatrzymał, choć żyjemy dalej, wciąż tkwimy w dniu śmierci naszych dzieci. Dlaczego inni nie potrafią, nie chcą zrozumieć, że dla nas one są tak samo rzeczywiste jak nasza żyjąca dwójka?

Jak nieodwracalna jest śmierć, tak nieodwracalne zmiany sprawia ona w naszym życiu. Nic już nie jest oczywiste, nic nie dzieje się ot tak, po prostu. Zmieniają się priorytety, spojrzenie na świat, autorytety upadają, a kontakty z naszymi bliskimi czy znajomymi ulegają weryfikacji.

My mieliśmy to szczęście, że nasi przyjaciele nas nie zawiedli. Przez ten trudny czas po prostu byli z nami – bez pouczeń, niepotrzebnych pocieszeń czy dobrych rad. Ale jest jeszcze rodzina, lekarze, księża, którym – paradoksalnie – tak trudno zobaczyć w nas cierpiących rodziców.

Tak trudno zobaczyć w nas cierpiących rodziców
Edyta Wyka

mama pięciorga dzieci....