Na kanale Planete bardzo lubię oglądać cykl reportaży zatytułowany Niezwykłe podróże koleją. Jego gospodarz Francuz Philippe Gougler jest mężczyzną w średnim wieku, obdarzonym niezwykłym urokiem osobistym. Ma coś tak ujmującego w twarzy i w oczach za okularami, że z nim mógłbym ruszyć w każdą podróż, a może nawet powierzyć mu wnuki pod opiekę. I do tego ma dobrą robotę. Jeździ po całym świecie, nie dość, że zwiedza go za darmo, to jeszcze mu za to płacą. Miałem taki okres w życiu, że robiłem to samo. Bo przecież, gdyby nie dziennikarstwo sportowe, nie zobaczyłbym wielu pięknych miejsc, gdyż nie byłoby mnie na to stać. Oczywiście taka robota tylko z daleka – z ekranu telewizora czy szpalt w gazecie – wygląda bardzo przyjemnie. W rzeczywistości jest to normalna praca, do której jedzie się w konkretnym celu i dopiero po jej wykonaniu można sobie pozwolić na przyjemności. A wtedy zwykle nie ma już na to czasu.
Pamiętam bardzo miłe sytuacje, od których zaczynał się dzień. Gdzieś daleko w świecie, hotel raz lepszy, raz gorszy, ze śniadaniem lub bez. I od rana w drogę, żeby zobaczyć jak najwięcej. Szczęśliwie moje mecze zaczynały się najwcześniej po południu, a najczęściej wieczorem. Mogłem więc swobodnie buszować po miejscach wybranych na podstawie lektur jeszcze przed wyjazdem z Polski. Zazwyczaj zaraz po godzinie 9 rano, przed zbliżającym się kolegium redakcyjnym dzwonił do mnie mój szef i przyjaciel Mirek Żukowski zawsze z tym sa
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń