Kto wierzy w życzenia

Kto wierzy w życzenia

Dochodziła jedenasta w nocy. Dobrze, że już moi poszli spać. Nastawiłam pranie. Usiadłam w fotelu. W końcu można odetchnąć. Wyciągnęłam kartkę świąteczną, którą machinalnie wsadziłam w hospicjum do torebki. Dzień był tak zwariowany, że nie miałam nawet czasu jej przeczytać. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc przyjmujemy kilka razy więcej pacjentów niż normalnie. Pewnie to jest łaska umrzeć w święta, kiedy bramy nieba są szerzej otwarte. Pchają się trójkami, czwórkami. Może umierają z tęsknoty. Samotność w te dni dobija najbardziej.

Spojrzałam na życzenia.

„Rok mija od tego dnia, który przewrócił moje życie… Życzę, aby przeżyła Pani te święta tak szczęśliwie, jak ogromna jest we mnie wdzięczność…”.

* * *

Czasem mam wrażenie, że jakaś historia się dzieje tylko po, abyśmy ją ujrzeli. Ludzie pojawiają się przed naszymi oczami, aby odegrać powierzone im role. Ich życie jest fragmentem naszego snu.

Tadziu Przystawski trafił do nas dzień przed wigilią zeszłego roku. Płakano z jego powodu, kiedy przyjechał i kiedy odchodził.

Godzinę po tym, jak przywieziono go do hospicjum, przybiegła do mnie Kasia wolontariuszka. To był jej pierwszy ostry dyżur. I zaraz niepowodzenie. Na kursie usłyszała ode mnie, że najlepszym lekarstwem dla chorego jest drugi człowiek. Dotyk. Działa nawet wówczas, kiedy wszystko inne nie przynosi już żadnych efektów. Dotyk to zmysł, który człowiek zachowuje najdłużej. Kasia wzięła sobie moje słowa bardzo do serca.

Chciała je wypróbować na panu Tadziu. Skończyło się jej łzami.

— Jeżeli będzie miał pan jakieś pragnienie, proszę się nie krępować — zaczęła. — Bo inaczej poczuję się bezrobotna. Hospicjum to taki dom, tylko z lekarzem i pielęgniarką — usiadła na krześle i pogłaskała go po ręce. — Będę dla pana taką złotą rybką… — uśmiechnęła się i była pełna nadziei, że na twarzy chorego pojawi się uśmiech.
— Czy może mi pani dupy nie zawracać? Oboje wiemy, że przyjechałem tu umrzeć…

Musiałam ją ratować. Wbiegła do dyżurki, aby mi oświadczyć, a raczej wyszlochać, że jej przyjście do hospicjum było całkowitą pomyłką. Czułam się odpowiedzialna za to niepowodzenie.

— Kasiu, to moja wina. Chyba przekazałam ci nauki w złej kolejności. Musisz przede wszystkim pogodzić się z możliwością odrzucenia. Może powiedziałam to za mało wyraźnie. Pacjent tu ma zawsze rację. Jest kapitanem i sternikiem ostatnich chwil swego życia. Może robić wszystko. I musimy na wszystko się godzić. Dopóki nie zagraża to innym… Może palić, może nawet pić. Może w tych ostatnich chwilach zrobić ze swoim życiem, co zechce. Zastępujemy trochę Pana Boga, dając człowiekowi absolutną wolność. Do jego praw należy też, że może cię odrzucić. Bo masz za długie włosy albo paznokcie. A on ma tylko krótkie życie…

Pan Tadziu był samotny. Mieszkał w kawalerce. Od paru tygodni jeździliśmy do niego w ramach domowego hospicjum. Tego dnia zadzwoniła do nas jego sąsiadka, że „już nie wytrzyma tego wycia”. Perspektywa świąt z umierającym i zawodzącym sąsiadem, któremu nie może pomóc, przerastała ją.

— Zróbcie coś… proszę.

Wysłaliśmy lekarza, który stwierdził, że to rzeczywiście kwestia dni. Zwiększenie dawki środka przeciwbólowego nie wchodziło w grę. Jedynym sposobem była zmiana — jak to nazywamy — profilu postępowania i zapewnienie pełnej opieki. Ale to już musiało się dokonać w oddziale stacjonarnym. Zdecydowaliśmy się go przywieźć.

— Dajcie coś, żeby było jak najszybciej — powiedział jedno zdanie po przyjeździe i zamilkł. To znaczy do nikogo się nie odzywał. Dusił ból w sobie, a gdy już nie mógł, wył w poduszkę. Przy każdej próbie nawiązania kontaktu najpierw patrzył na nas, jakby szacował, co to za stwór stoi przed nim, a potem odwracał wzrok do ściany. Trochę się dziwiłam, że w ogóle próbował na nas patrzeć. Pomyślałam, że widocznie na kogoś czeka.

Pod wieczór niespodziewanie odezwał się do mnie.

— Siostro, proszę przeprosić tą dziewczynę… chyba ją obraziłem.

Zatem to na nią czekał. Miał świadomość, że rani. Wyczułam szansę kontaktu. Spojrzałam na jego parodniowy siworudy zarost.

— Jutro wigilia. Może jest jeszcze ktoś, kogo by pan chciał przeprosić: rodzinę, Boga?

W każdej chwili mogłam zadzwonić po kapelana. Byłam jednak na tyle ostrożna, że nie wspomniałam słowem o księdzu. Wyczuł. Pokręcił głową.

— Umawiamy się. Ani słowa o Bogu.

Znałam te reakcje. Uśmiechnęłam się, chcąc go zapewnić, że nie musi się obawiać. Wolność pacjentów była dla nas sprawą świętą. Czuwaliśmy, aby żaden kapłan nie próbował nikogo na siłę nawracać.

— Oczywiście… — odparłam, kiwając głową.

* * *

W wigilię o dziewiątej rano zobaczyłam przez okno samochód. Wysiadł z niego elegancki mężczyzna koło czterdziestki. Stanął, jakby się wahał, czy wejść do budynku. Po paru minutach zapukał do dyżurki.

— Proszę siostry, nazywam się Jakub Przystawski — rzekł mężczyzna. — Dowiedziałem się, że leży tu mój ojciec. Chciałbym go zobaczyć…

Byłam trochę zaskoczona. Mieliśmy informację, że nasz pacjent nie ma rodziny.

— Oczywiście, u nas można chorego odwiedzać dwadzieścia cztery godziny na dobę.
— Tak…

Dostrzegłam pytanie w jego twarzy.

— Leży na dwójce. Od wczoraj.

Mężczyzna nie ruszał się z miejsca.

— Czy on jest sam?
— Nie, leży na trzyosobowej sali. Święta… robimy, co możemy, żeby pomieścić chorych. Zawsze w tym czasie mamy zatrzęsienie. Na przyszły rok chyba już zamówimy piętrowe łóżka — zażartowałam.

Przystawski pokiwał głową.

— Siostro, chodzi o to, że ja nie widziałem ojca prawie czterdzieści lat.

Chrząknęłam i otworzyłam szeroko oczy, ale nie dlatego, żeby wydało mi się to niemożliwe. To było tak, jakby ktoś uderzył w zapomnianą strunę. Moją… Mężczyzna wyraźnie zmieszał się z powodu mojej reakcji.

— To może dla pani niewyobrażalne… Ojciec zostawił nas z mamą, gdy miałem dwa lata…

Nie zdążyłam zadać pytania. Domyślił się.

— Skąd wiem, że tu jest? Od jego sąsiadki. Stanęła na głowie, żeby mnie odnaleźć — spuścił wzrok. Po chwili znów spojrzał mi w oczy. — Ile lekarze dają mu życia?
— Tydzień, może trochę więcej. Tak mówią, ale wie pan, to jest tajemnica. To nie lekarze dają życie. Widziałam pacjentów, którzy mieli umrzeć w ciągu paru godzin, a żyli dwa, trzy miesiące. Nikt nie wie… Myślę, że większość naszych pacjentów trafia do nas, żeby załatwić przed śmiercią swoje sprawy.

Zapanowała cisza. Mężczyzna nie wychodził z pokoju. Odwlekał tę chwilę, jakby się czegoś bał. Pocierał nerwowo dłońmi.

— Czy chciałby pan, abyśmy poszli razem?

Skinął głową.

— Gdyby pani była tak dobra — uśmiechnął się zakłopotaniem. — Znam go tylko ze zdjęcia sprzed czterdziestu lat.

Czułam, że to nie jest prawdziwy powód.

Poszliśmy. Stanęłam przy wezgłowiu. Syn wszedł po chwili. Rozglądnął się po sali. Stary Przystawski coś wyczuł. Zaczął rzucać nerwowe spojrzenia to na niego, to na mnie. Jak osaczone zwierzę. Jakub podszedł do łóżka.

— Dzień dobry — rzekł z pewnym trudem.

Parę sekund stał w milczeniu. Śniada twarz syna, jakby miał domieszkę krwi cygańskiej albo tatarskiej, i pergaminowa skóra ojca. Wielkie czarne, oczy zatopione w żółtobladej studni.

— Tato! — usłyszałam.

Spuściłam wzrok i wyszłam szybko na korytarz. Jestem pewna, że płakali i ojciec, i syn. Wróciłam do dyżurki. Zamknęłam drzwi. Chciałam się ukryć przed czyimś niepożądanym wzrokiem. „Boże, ile lat tak nie płakałam”.

Wróciłam po pół godzinie. Jakub nadal siedział przy łóżku ojca. Stanęłam w progu. Wyszedł do mnie.

— Pójdę po maszynkę do golenia.

Pokręciłam przecząco głową.

— Nie trzeba, mamy. Dam panu też rękawiczki. Ojciec ma żółtaczkę.

* * *

— Zasnął — oznajmił Jakub, wchodząc do dyżurki.

Wyczułam, że czeka na jakieś moje słowo.

— Proszę mi powiedzieć, dlaczego sąsiadka zawiadomiła pana dopiero teraz.
— Nie znała mnie, wiedziała, że ojciec jest sam. Ale to wszystko… nie umiała sobie z tym poradzić. Najpierw zadzwoniła do was, bo nie była w stanie wytrzymać jego krzyku. A potem nie mogła wytrzymać tej ciszy, która zaległa, kiedy go zabraliście. Ta cisza była dla niej jeszcze gorszą udręką.
— Proszę, niech pan usiądzie. Wypije pan herbatę?
— Chętnie — odpowiedział szybko i spoczął na krześle. — Wiedziała o moim istnieniu. Ojciec kiedyś powiedział jej o tym w przypadkowej rozmowie. Innym razem mówił jej, skąd pochodzi. Skojarzyła te dwa fakty i zadzwoniła do informacji telefonicznej. W Borzykowie mieszka tylko dwóch ludzi o nazwisku Przystawski. Od razu trafiła do mnie. Mówiła, że ma wyrzuty sumienia. Rozpłakała się przez telefon. Nie wiedziałem, co robić. W końcu obca osoba płakała nad — zawahał się — nad ojcem. Coś musiałem z tym począć.

Zamieszał cukier w herbacie. Dokładnie.

— Często wyobrażałem sobie, jak ma się skończyć moja historia z ojcem. Najczęściej pragnąłem dowiedzieć się o jego śmierci i wtedy pojechać na jego grób. Pogadać z nim, jak już nie będzie żył. Nigdy bym tu nie trafił, gdyby nie jego sąsiadka. Dziwne, jeden telefon obcej osoby zmienia nasze postanowienia. Zastanawiam się, co bym zrobił, gdyby to on zadzwonił jakiś czas temu i powiedział, że jest chory.

Zamilkł. Wpatrywał się intensywnie w szklankę herbaty.

— Kiedyś ksiądz mi powiedział, że człowiek przebywa w czyśćcu, dopóki nie upora się z uczuciem nienawiści. I że wyparcie kogoś ze swej świadomości może być też wyrazem nienawiści.

Zamknęłam oczy.

— Przepraszam, męczę panią tymi zwierzeniami. W wigilię…

Zaprotestowałam gwałtownie, potrząsając głową.

— Nie wiem, co robić. Zostawiłem rodzinę w domu… Co prawda, żona sama nalegała, bym przyjechał do ojca. Siostro, czy tu można by załatwić jakiegoś księdza?
— Pana ojciec zabronił nawet słowem wspominać o Bogu.

Jakub pokiwał głową.

— Bo uważał, że to są sprawy do załatwienia między nami. Powiedział… to znaczy on tego nie powiedział, ale ja wiem… On uważa, że tylko ja mogę mu przebaczyć. Przebaczyć musi skrzywdzony, a nie Bóg. Tak uważa… Bo inaczej byłoby to nieuczciwe.
— Skąd ty to wiesz? — wyrwało mi się. — Przepraszam, skąd pan to wie…
— Nie szkodzi, jest mi siostra tak bliska… Skąd ja to wiem?… Tysiące razy wyobrażałem sobie scenę, kiedy rozmawiam z ojcem nad jego grobem. Nie możemy załatwić naszych spraw z Panem Bogiem poza plecami człowieka, którego skrzywdziliśmy. Kiedy wczoraj odebrałem telefon… to tak, jakbym przestał kierować swoimi krokami.

Do drzwi zapukała Kasia.

— Coś dzieje się z pacjentem na dwójce.

Pobiegliśmy wszyscy razem. Stary Przystawski miał problem z oddychaniem. Jakub chwycił ojca pod pachami, żeby się nie dusił. Zrobiłam mu zastrzyk i pobiegłam po księdza. Kiedy wszedł w sutannie, zdawało mi się, że w oku Przystawskiego pojawił się blask. Na pytanie, czy chce się wyspowiadać, skinął głową. Ale nie było już mowy o spowiedzi. Ksiądz namaścił umierającego. W ramionach syna.

Pan Tadziu odszedł.

* * *

Odłożyłam kartkę i podeszłam do szafki. Wyciągnęłam zeszyt. Postanowiłam tego nie odkładać ani o minutę.

„Tato, piszę do Ciebie, bo jutro jest wigilia. Nie rozmawialiśmy z sobą chyba dwadzieścia lat. Może nigdy bym się do Ciebie nie odezwała, gdyby nie Jakub Przystawski. Jutro będzie dokładnie rok, jak w naszym hospicjum zmarł jego ojciec. Dziś dostałam od niego kartkę na święta…

Tak, rok temu wylałam morze łez. A potem cały czas, aż do dziś udawałam, że nic się nie stało. Że to niczego nie zmienia między nami. Gdyby nie ta kartka… Przecież miałeś mi dać spokój… Nic od Ciebie nie chciałam. Tylko spokoju. Za to całe cierpienie — nic więcej, oprócz tego, że znikniesz z mojego życia.

Nie wiem, co się ze mną dziś dzieje.

Co ja bym dała, żeby nie było tego dnia… Byłam w ósmej klasie podstawówki. Wróciłam ze szkoły i naszłam Cię, jak biłeś mamę. W tej jednej chwili umarłeś dla mnie. Trzeba być potworem, żeby bić żonę w ciąży. Takich rzeczy się nawet nie sądzi. Od razu Cię unicestwiłam. Mój brat zmarł, mając roczek. To Ty go zabiłeś. Nas wszystkich byś zabił. Gdybyś został.

Kiedy umierałeś, zadzwonili do mnie ze szpitala. Nie pojechałam. Powiedziałam, że nie mam ojca.

Nie, to wtedy nie było łatwe, tym bardziej, że miałam zostać wkrótce pielęgniarką. Na małą chwilę coś we mnie drgnęło. Zwierzyłam się z tego mojej przyjaciółce. Ostrzegła mnie, że mogą mnie obarczyć jeszcze jakimiś kosztami. „Lepiej się w to nie ładuj”. Tak mi powiedziała. Posłuchałam jej, a potem poczułam się wstrętnie. Kiedy Cię wyrzuciłam z serca z powodu tego, co zrobiłeś mamie, czułam się w porządku… Ale po tym, jak nie pojechałam do szpitala, zaczęłam się zadręczać, że wyparłam się Ciebie z powodu pieniędzy.

Nie poszłam na Twój pogrzeb, aby się przekonać, że wymazałam Cię ze swego życia z powodu mamy.

Swoją śmiercią złamałeś mi życie po raz drugi. Nie wiesz, co to znaczy każdego dnia pielęgnować obcych ludzi ze świadomością, że nie zrobiło się tego dla własnego Ojca.

Pamiętasz, jak kiedyś przyjechałeś do domu, a mama była w sanatorium? Prosiłeś, żebym Ci dała coś do jedzenia. Oznajmiłam Ci sucho, że nie mamy nic w lodówce. To była prawda. Nic nie miałam, bo za chwilę wyjeżdżałam na obóz. Po Twoim wyjściu poszłam jednak do sąsiadki. Zaniosłam jej pieniądze, aby karmiła naszego psa w czasie mojej nieobecności.

Potraktowałam Cię gorzej niż psa.

Potem widziałam Cię jeszcze raz. Na pogrzebie mamy. Chciałeś się mną zaopiekować. Odwróciłam się na pięcie. Byłam już dojrzała. Nie miałeś nade mną żadnej władzy. Nie chciałam, żebyś uspokoił sobie sumienie przy mojej pomocy. Uważałam, że to Ty zabiłeś matkę. Przywołałam w pamięci obraz, jak ją bijesz… Pomogło. To mi dało siły, żeby na Ciebie nie spojrzeć. Nie widziałam wtedy Twoich oczu.

Czułam się czysta. Z czasem wydało mi się, że uporałam się z Tobą. Nie żywiłam do Ciebie nienawiści. Założyłam rodzinę. Musiałam stworzyć jakąś opowieść na Twój temat na użytek Rafała, mojego męża. Ani on, ani nasze dzieci nie znają prawdy o Tobie. Powiedziałam mu, że nas opuściłeś, ale nie czuję do Ciebie żadnych uczuć, ani żalu, ani miłości.

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że cierpisz. Zawsze patrzyłam na Ciebie jak na zadającego cierpienie. Nie było we mnie piekła, w które chciałabym Cię wtrącić. Powiadają, że piekłem nie jest wiekuisty ogień, który trawi grzeszników, ale świadomość rozłączenia na wieczność od Boga. Może więc takie piekło przeżywałeś. Ale nie sądziłam, żebyś się tym przejmował.

Myślałam, że przez lata uporządkowałam swoje życie. Tylko dwa razy pojawiłeś się w moim śnie. Niewyraziście. Uważałam to za łaskę Boga, że usunął Ciebie z mej świadomości.

I chyba by tak pozostało, gdyby nie Jakub. Zaczęłam go w myślach nazywać bratem. Po paru minutach miałam wrażenie, że znamy się od dziecka. Że jesteśmy bratem i siostrą. A kiedy umierał Przystawski, zobaczyłam Ciebie.

Rok walczyłam z tym wszystkim.

Jutro wigilia. Chyba nadal nie potrafię z Tobą rozmawiać. Piszę więc do Ciebie list…

Wiem, że nie mogę już dalej kłaść na szali Twojej winy i mojej krzywdy. Jest jakaś inna logika. Nie wiem, co cię zraniło, że nie potrafiłeś żyć inaczej, że musiałeś odejść z naszego domu. Mama prosiła mnie zawsze, abym Cię kochała, bo nie wiem, co się dzieje w Twoim sercu. To była chyba jej jedyna prośba, której świadomie nie spełniłam.

Tato, z moim sercem coś się stało…

W święta przyjedziemy do Ciebie. Muszę Ci przedstawić moją rodzinę. Zapalimy Ci świeczkę. A potem zapalimy świeczkę u mamy. Rodzina powinna być razem”.

Kto wierzy w życzenia
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...