Tsunami na rekolekcje

Tsunami na rekolekcje

Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Po raz kolejny postanowiłem odprawić swoje doroczne, ośmiodniowe rekolekcje na przełomie starego i nowego… Zaraz po świętach Bożego Narodzenia spakowałem więc walizkę i udałem się w drogę, by zaszyć się na tydzień w gościnnym domu sióstr Sacré–Coeur w Pobiedziskach koło Poznania. Ów dom to właściwie szkoła: gimnazjum i liceum z internatem. Wszystko to mieści się w majestatycznym pałacu wśród sielskich pól, blisko malowniczego jeziora. Młodzież wyjechała na ferie świąteczne, mogłem zatem spacerować po pustych korytarzach, odmawiając spokojnie różaniec. A tak naprawdę to niezupełnie spokojnie.

Trudno bowiem zachować spokój, jeśli odpowiedzią żywiołów naszej planety na liczne życzenia szczęśliwych świąt jest straszliwe trzęsienie ziemi i kilkunastometrowe fale, które zabierają sto pięćdziesiąt tysięcy ludzkich istnień, a miliony pozbawiają dachu nad głową.

Powraca pytanie, które od wieków stawiają sobie nie tylko filozofowie i teologowie. Pytanie o przyczynę zła i cierpienia w świecie. Nie, nie chodzi mi o to, że istnienie zła jest argumentem przeciwko istnieniu Boga (Gdyby Bóg istniał, takie rzeczy by się nie działy!). Po pierwsze, nie wierzymy w Boga, który przyszedł z czarodziejską różdżką w dłoni i obiecał, iż wszystko od razu uporządkuje, ale w Boga, który umarł na krzyżu. Potem zmartwychwstał, zwyciężając śmierć, ale najpierw doświadczył cierpienia i umierania. Po drugie, obrażanie się na Boga w obliczu nieszczęść dotykających ludzkość nie ma wielkiego sensu, bo w niczym nie poprawia losu tej ludzkości; wręcz przeciwnie, jest uznaniem, że ostatnie słowo należy do nieszczęść właśnie, a nie do dobrego Boga. A po trzecie, dzieje się tak, że jednych cierpienie i śmierć oddala od Boga, innych jednak zdecydowanie przybliża, otwierając nowe horyzonty tajemnicy istnienia. Istota sprawy nie tkwi zatem w samym cierpieniu.

Pytanie, które mi się nasuwa, brzmi: czy ten świat nie mógłby być choć trochę bardziej doskonały? To, co nazywamy grzechem pierworodnym, tłumaczy zło, które jest wynikiem ludzkiej wolności. Stworzenie istot obdarzonych wolnością było ryzykownym aktem Pana Boga, ale przecież bez wolności nie byłoby człowieka. Trzeba więc być wdzięcznym Stwórcy, że mimo wszystko podjął ryzyko powołania do istnienia kogoś, kto może Mu powiedzieć „nie”. Bo to „nie” jest negatywnym warunkiem możliwości dużo ważniejszego „tak”: „tak” na miłość, „tak” na życie. Grzech pierworodny nie tłumaczy jednak ślepych sił natury, które niejednokrotnie niszczą ludzkie marzenia. Stąd trochę naiwne i bluźniercze zarazem pytania: Czy Bóg nie mógłby ukształtować naszej planety tak, aby nie było na niej trzęsień ziemi? Czy rzeczywiście potrzeba kataklizmów, aby z jednej strony nauczyć nas pokory, a z drugiej pobudzić do solidarnego działania i myślenia? Czy świata materialnego nie można stwarzać inaczej niż w toku ogarniającej wszystko ewolucji, która po prostu potrzebuje ofiar?

Powyższe pytania nie wyrażają pretensji do Stwórcy. Nie są też w stanie zabić wdzięczności dla Niego za ten zadziwiający świat i każdy przeżyty dzień. Nie wątpię, że to, co jest, jest nieskończenie lepsze niż nic. Ponadto wierzę, że zmierzamy ku nowemu niebu i nowej ziemi, gdzie „śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu…” (Ap 21,4). W ten sposób na końcu wypełni się początek, w którym „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Mimo to pytania pozostają. A odpowiedzi? Jedną z nich są słowa psalmu: „Bóg jest dla nas ucieczką i mocą […]. Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia i góry zapadały w otchłań morza. Niech wody jego burzą się i kipią […]: Pan Zastępów jest z nami…” (Ps 46,2–4).

Świąteczne życzenia byłyby niejednokrotnie żenująco nieskuteczne, gdyby nie fakt, że przekraczają one doczesność, otwierając nieskończony horyzont możliwości ich spełnienia. Życzenia są jak modlitwa. Prosimy o konkretne sprawy: zdrowie, pokój, godziwy sukces. Jednak autentyczna modlitwa prośby nie zamyka się w samej tej oto konkretnej prośbie, ale wychyla się ku temu, co ostateczne. Dlatego pozostaje otwarta na to, że zostanie wysłuchana w sposób nieoczekiwany. Jezus modlił się do Ojca: „Zabierz ten kielich ode Mnie!” (Mk 14,36). Czy Ojciec pozostał na tę modlitwę głuchy? Czyż życzenie Syna nie spełniło się? Trzeba by na te pytania z przygnębieniem odpowiedzieć twierdząco, gdyby nie to, że Ojciec wskrzesił Syna z martwych i w ten sposób wysłuchał Jego modlitwy.

Kiedy więc życzymy sobie i światu „Błogosławionych Świąt”, to – nawet jeśli zdaje się, że jakieś tsunami drwi z owych życzeń – możemy ufać, że owo błogosławieństwo nie pójdzie na marne, lecz ziści się we właściwym czasie.

Tsunami na rekolekcje
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....