Granice kompromisu
fot. henrique macedo / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Niezłomni i złamani

0 votes
Wyczyść

Ubek nigdy nie przedstawiał się jako wróg Kościoła. Zawsze mówił, że chce Kościołowi pomóc. I często materialnie pomagał. Parafii albo księdzu. Tylko za jaką cenę…

Włodzimierz Bogaczyk: Kto to jest patriota?

Józef Puciłowski OP: Ktoś, kto kocha swoją ojczyznę. Są dwa rodzaje patriotów. Normalny, który nie ogranicza się tylko do miłości swojej ojczyzny, ale także szanuje inne państwa, inne kraje, inne nacje. Natomiast patriota w złym tego słowa znaczeniu to ktoś, kto jest nacjonalistą i wyklucza innych.

Czy księża powinni być patriotami?

Powinni. Ale Kościół jest powszechny, chrześcijaństwo jest powszechne. Dlatego ksiądz powinien szanować inne narody. A także inne religie i wyznania.

A księża patrioci byli patriotami?

Byli sługusami.

Czyimi?

Komunistów.

Czyli nic dobrego nie da się o nich powiedzieć?

Eee, nie… Da się. Jeśli byli proboszczami, to bardzo dbali o świątynie. Na przykład ksiądz Kazimierz Lagosz, wybrany przez radę kapłańską we Wrocławiu w 1951 roku na wikariusza generalnego, czyli rządcę diecezji. Rada była nielegalna i w praktyce jednoosobowa, ale ksiądz Lagosz doprowadził do odbudowy katedry wrocławskiej, co prawda niszcząc wiele kościołów, także na terenie Wrocławia, skąd brał cegły. Ale naprawdę doprowadził do odbudowy Ostrowa Tumskiego. Takich przykładów, że księża patrioci dbali o budynki kościelne, znajdziemy naprawdę wiele.

A skąd w ogóle wzięli się księża patrioci? Wymyślili ich w 1945 roku polscy komuniści, by podzielić Kościół w naszym kraju?

Nie. Proszę zwrócić uwagę, że już w latach 20. w Związku Sowieckim po śmierci patriarchy Tichona doszło do rozbicia Cerkwi prawosławnej i podporządkowania jej Stalinowi. Ten sam pomysł wcielono w życie dwadzieścia lat później w Europie Środkowo-Wschodniej, na terenach okupowanych przez Sowietów.

Komuniści od razu przystąpili do bezwzględnej walki z katolicyzmem, który był silny w trzech krajach: na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce. Oczywiście Polska liczyła się najbardziej.

Na Węgrzech najpierw opanowali Kościół kalwiński i ewangelicko-augsburski. Potem dopiero zabrali się za katolicki, do którego należało 67–70 procent ludności. Ale ten Kościół miał kilka plam. W czasie wojny, tak to określę, niekoniecznie przyczyniał się do ratowania Żydów. Ratował nuncjusz Angelo Rotta, który wystawił im kilka tysięcy paszportów, ale węgierski Episkopat w większości był w tej sprawie bardzo długo cichy i spokojny.

W Czechosłowacji też był problem. Na czele kolaborującego z III Rzeszą państwa słowackiego stał przecież ksiądz Jozef Tiso, który wysłał do Auschwitz kilkadziesiąt tysięcy Żydów.

A w Polsce po wojnie Kościół był najbardziej liczącą się siłą. Rzeczywiście był solą w oku Stalina. Po zmianie granic w stosunku do czasów przedwojennych okrzepł, jeśli idzie o ludność i terytorium.

Chyba nie tylko z tego powodu. Także ze względu na postawę księży podczas okupacji.

Oczywiście. Tak jak powiedział Władysław Bartoszewski – duchowieństwo polskie zostało „spiątkowane”. Co piąty ksiądz zamordowany, jeśli nie w Dachau, to w Oświęcimiu. To było męczeństwo. Bardzo piękna karta w dziejach Kościoła. Ale to miało też pewne negatywne konsekwencje na przyszłość.

Jakie?

Byli wśród nich ludzie złamani psychicznie i zmęczeni fizycznie. Mieli już naprawdę wszystkiego dość. I na tym częściowo bazował reżim komunistyczny, tworząc ruch księży patriotów. To była jedna grupa. Druga to ci, którzy służyli w armii Berlinga.

A trzecią grupę stanowili księża, którzy już przed wojną mieli w Kościele jakieś problemy moralne. Ich często wysyłano do diecezji pińskiej. Tam był bardzo świątobliwy biskup Zygmunt Łoziński, który wszystkich przyjmował, bo brakowało księży. I po wojnie ci księża, oczywiście już przygotowani, z pieczęcią NKWD przyjeżdżali do Polski. To, moim zdaniem, tłumaczy prawdziwy wysyp księży patriotów w wielu miejscach na Ziemiach Odzyskanych, gdzie trafiali księża repatrianci.

Kiedy jesienią 1949 roku na Politechnice Warszawskiej powstawał ZBOWiD, to w kongresie założycielskim wzięło udział kilkudziesięciu sponiewieranych przez wojnę albo moralnie nieciekawych księży, którzy z całą salą skandowali „Stalin-Bierut, Stalin-Bierut”.

A czy nie było wśród nich osób ideowych? Wierzących w to, że nowa władza wprowadza też dobre rzeczy, takie jak na przykład reforma rolna. II Rzeczpospolita nie była państwem idealnym.

Może w 1945 roku ktoś się mógł na to nabrać. Ale bardzo szybko musiał przejrzeć na oczy. I jeśli był uczciwy, to zauroczenie musiało mu minąć.

Ilu było księży patriotów?

W porywach około 1500.

Dużo.

Mniej więcej 10 procent duchowieństwa. Ale nie wszyscy byli na tym samym poziomie, użyję mocnego słowa, sprostytuowania się. Takich zdecydowanych było może kilkuset. Różne są dane, bo oblicza się je na podstawie pobytu, niekoniecznie dobrowolnego, na różnych zjazdach. Byli tacy, którzy stale działali w różnych komisjach, i tacy, którzy tylko dawali się zwozić.

Dla władz było oczywiste, że te kilkadziesiąt osób ze zjazdu założycielskiego ZBOWiD-u niczego im nie załatwi. To był, przepraszam, proletariat księżowski. A potrzebni byli tacy, którzy mieli nazwiska. I powstała Komisja Intelektualistów i Działaczy Katolickich. No i tam już był ksiądz profesor Jan Czuj, ksiądz profesor Kazimierz Kłósak, ksiądz profesor Eugeniusz Dąbrowski. Naprawdę wybitne nazwiska, elita, aż trudno uwierzyć, że dali się tak wrobić.

Dlaczego się na to zgodzili?

Żeby po zamknięciu Wydziałów Teologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Warszawskim uzyskać zgodę na utworzenie Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie.

Nikt już wtedy nie myślał o upadku komunizmu, o tym, że wybuchnie trzecia wojna światowa, przyjdą Amerykanie i nas wyzwolą. Trzeba było ratować, co się da, w nauce polskiej. Dlatego nie oceniałbym tych ludzi w ten sam sposób, jak tych, którzy poszli na taką, powiedziałbym, chamską współpracę z reżimem, z ubecją.

Ale niewątpliwie nie przynoszą chwały Kościołowi.

Czyli, zdaniem ojca, przekroczyli granice kompromisu.

Granice kompromisu, to „warto być przyzwoitym”, jak mówi Władysław Bartoszewski, zostały przekroczone, kiedy księża czy ludzie świeccy zaczęli oficjalnie krytykować Episkopat na czele z prymasem Stefanem Wyszyńskim. To był papierek lakmusowy.

W wolnym kraju w sprawach społecznych czy politycznych każdy katolik ma prawo do krytyki biskupów. Ale wtedy nie wolno było tego robić. Przecież oni na tych zjazdach nie zostawiali suchej nitki na rzekomo reakcyjnych biskupach. Ku radości komunistów.

Komisja Intelektualistów i Działaczy Katolickich powstała przy Stowarzyszeniu „Pax”, świeckiej organizacji katolików, wspierającej komunistyczne władze.

„Pax” założył Bolesław Piasecki, twórca przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga. Dostał na to zgodę po aresztowaniu i przesłuchaniu przez generała NKWD Iwana Sierowa. Sam chciałbym wiedzieć, czy to Sierow był ojcem chrzestnym „Paxu”. Piasecki na pewno był przesłuchiwany. Czy coś przyrzekł? Nie wiem…

O działaniach politycznych „Paxu” do połowy lat 50. można mówić wyłącznie złe rzeczy. Ale ja uważam, że „Pax” miał też ogromne, naprawdę fantastyczne zasługi wydawnicze. Wiem, że w wielu krajach tzw. demokracji ludowej ludzie znający język polski dzięki „Paxowi” mogli czytać św. Augustyna czy św. Tomasza. Może zresztą stworzenie w Polsce czegoś na kształt Państwa Bożego Augustyna było jakąś idée fixe Piaseckiego?

Po 1956 roku znaczenie „Paxu” było dużo mniejsze, podobnie jak księży patriotów.

Reżim osłabł i od tej pory zwalczano Kościół w inny sposób. Na przykład przy pomocy tajnych współpracowników, także wśród duchowieństwa.

W jaki sposób zmuszano księży do podpisania deklaracji o współpracy?

Zaraz po wojnie oskarżano ich o to, że kolaborowali z Niemcami. To najczęściej nie była prawda. Niemieccy oficerowie, owszem, zatrzymywali się na kwaterze na plebanii. Co miał zrobić proboszcz? Przecież nie mógł im powiedzieć, żeby tego nie robili. Ale NKWD czy UB już miało powód do szantażu.

Najważniejsze były jednak sprawy obyczajowe i moralne. Nie zawsze chodziło o seks. Powiem tak – każda wojna powoduje rozluźnienie moralne. Od pijaństwa do braku poszanowania własności prywatnej. Podam przykład z Ziem Zachodnich. Powstaje parafia w poniemieckim miasteczku. Księża katoliccy często nie liczyli się z tym, że kościół ewangelicko-augsburski nie został im przekazany i zajmowali go. Zaczynały się nabożeństwa. I w tym momencie wkraczała władza, mówiąc, że zajęli coś, co do nich nie należało. A ludzie byli już naprawdę śmiertelnie zmęczeni, chcieli spokoju. Powiedzmy szczerze – ta władza oferowała jakiś spokój. Ksiądz, który osiedlał się na Ziemiach Zachodnich, trafiał na byłą ewangelicką plebanię o lepszym standardzie niż miał wcześniej, bo to w ogóle były tereny o wyższym poziomie cywilizacyjnym. A państwo uważało, że zajął państwową własność, bo wszystko powinno być państwowe. I już był moment zaczepienia, szantażu.

Oczywiście było też wiele przypadków odmowy współpracy. Pewien zakonnik, nie dominikanin, został zatrzymany bezpośrednio po wyjściu z – nazwijmy rzecz po imieniu – burdelu. Czyli był śledzony. Szantażowano go potem, nękano, wzywano na rozmowy. Nie dał się złamać. Po pół roku powiedział im: „Sam to ujawnię mojemu biskupowi”. Nie wiem, która rozmowa była gorsza. Czy z tym ubolem, czy później z biskupem. (śmiech)

Ale inną sprawą jest podpisanie jakiejś współpracy, a jeszcze inną jej kontynuowanie. Dlaczego niektórzy księża współpracowali przez kilka dziesięcioleci?

Czasem wystarczał kupon dobrego materiału na sutannę. Na innych były haki, bo była jakaś kobieta, z którą ksiądz był związany i się tego wstydził. Podpisywanie zaczęło się później, pod koniec lat 40. A ubek nigdy nie przedstawiał się jako wróg Kościoła. Zawsze mówił, że chce Kościołowi pomóc. I często materialnie pomagał. Parafii albo księdzu. Tylko za jaką cenę…

A za jaką?

A na przykład za taką, że będzie informował o księżach, którzy są krytyczni wobec komunizmu. Albo odwrotnie, będzie milczał i nie przeczyta listu Episkopatu krytycznego wobec władz. Albo pójdzie na jakieś zebranie.

Wielu spośród księży, którzy zostali tajnymi współpracownikami, donosiło na konkretnych ludzi ze swojej parafii. Z drugiej strony nie znam żadnego przypadku, by ktoś złamał tajemnicę spowiedzi.

Jakkolwiekby to dziwnie w kontekście współpracy zabrzmiało, wydaje mi się to w jakimś sensie budujące.

Tak, dlatego uważam, że to warte podkreślenia. Jeden z naszych współbraci, który był TW, nie chciał nawet powiedzieć, czy widział kogoś, że się spowiadał, choć go o to pytano.

Znów zapytam o liczby – ilu było tajnych współpracowników wśród księży?

Bardzo niewielu. Kilka procent, choć to zależy gdzie i kiedy. Różnie to wyglądało w poszczególnych diecezjach i zakonach. Najwięcej zdecydowało się na ten krok po gierkowskim otwarciu się na Zachód, kiedy księżom chętnie dawano paszporty. A tam już odpowiedni ludzie się z nimi kontaktowali.

Tamten okres był gorszy. Prymas Wyszyński się postarzał, nie trzymał już wszystkiego żelazną ręką. A władza miała coś do zaoferowania. Pozwolenie na budowę kościoła, zgodę na wyjazd na Zachód. Wczasy w Jugosławii to też było coś. Był tam nawet specjalny ośrodek wypoczynkowy dla księży z demoludów.

A jakby pod tym względem ojciec ocenił dominikanów?

Jezuita ojciec Jacek Prusak zwrócił mi uwagę na jedną rzecz – pomogła nam zakonna demokracja. My wybieramy władze, więc esbecji trudno było inwestować w jakichś agentów, jeśli dziś byli tu, a jutro gdzie indziej. Zasadniczo nie wyglądamy źle. I liczbowo, i jakościowo. We władzach studium, czyli seminarium, nie było takiego przypadku. Gorzej było z misjonarzami, którzy jeździli po kraju. No i poza jednym przypadkiem w kurii.

O tym jednym przypadku mówił ojciec w książce Dariusza Rosiaka Wielka odmowa. Spotkał się ojciec niedawno z tym współbratem.

Pojechałem do niego z plikiem dokumentów. Prowincjał ostrzegł mnie: „Bądź ostrożny, uważaj na jego serce”. Więc ja rzeczywiście się spociłem z początku, co to będzie, jak on mi tu padnie podczas rozmowy. Tymczasem maska. Absolutnie wszystkiego się wyparł. Gdy padało nazwisko ubeka, który był jego oficerem prowadzącym, to przyznał, że się spotykał z nim, ale „my tylko piliśmy kawę, ja nic nie mówiłem”. To co, pułkownik te wszystkie szczegółowe informacje o zakonie wyssał sobie z palca?! Po trzech czy czterech godzinach czuję, że mnie boli w okolicach mostka. Nigdy wcześniej nie miałem problemów z sercem, ale poszedłem do lekarza, który stwierdził u mnie stan przedzawałowy. A tamten wyparł się wszystkiego i nic mu się nie stało. Mnie też nic!

Dwa najbardziej znane, ujawnione nazwiska to ojciec Konrad Hejmo i ojciec Mieczysław Krąpiec.

To zupełnie różne przypadki. Ojciec Hejmo… To był dzieciak z bardzo biednej rodziny, tam było bodaj dziewięcioro rodzeństwa. Gdy trafił do niższego seminarium w 15. roku życia, to buty dostał. Dopiero po święceniach kapłańskich poszedł zdawać maturę. A na takich ludzi, nie tylko z naszego zakonu, już ubecy czekali. On na pewno został tym ustrojem zauroczony. I okazało się, że nie jest zbyt mądry.

A o Krąpcu powiem krótko – karierowicz.

Wiele osób mówi, że poszedł na współpracę, żeby bronić KUL-u.

Bo chciał być jedynym rektorem katolickim w Polsce, chciał likwidacji ATK. Dla mnie to wielki uczony, ale moralnie…

Kiedy był rektorem, nikt z władz partyjnych czy państwowych już by się KUL-u nie ośmielił zlikwidować.

Opowiem panu historię, która zdarzyła mi się w latach 70. Pracowałem wtedy na Uniwersytecie Wrocławskim, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu. Przechodziłem koło rektoratu, kiedy podszedł do mnie rektor prof. Marian Orzechowski, późniejszy minister spraw zagranicznych. Złapał mnie pod rękę i mówi: „Panie doktorze, niech pan uważa na…”. Tu padło nazwisko. Jak się później okazało, ten człowiek badał nasze maszyny do pisania i dostarczał próbki pisma esbekom. Orzechowski mnie przed nim ostrzegł.

To co – partyjny rektor Orzechowski nie musiał być świnią, a Krąpiec musiał?

A gdyby ojciec jako historyk miał ocenić to, jak Kościół w Polsce przetrwał próbę przejścia przez peerelowskie Morze Czerwone?

Kościół obronił młodzież, obronił rodzinę, katechizował. Nieprawdopodobna liczba wspaniałych duchownych, sióstr zakonnych. A „patrioci” czy TW to był margines. Groźny, bo groźny, ale margines.

Zmartwię pana – solidną czwórkę bym wystawił.

Wcale mnie ojciec nie zmartwił.

Granice kompromisu
Józef Puciłowski OP

urodzony 27 listopada 1939 r. w Paks, Węgry – dominikanin, dr historii, duszpasterz, kaznodzieja, historyk Kościoła, opozycjonista w czasach PRL, publicysta. Do zakonu wstąpił w 1981 roku. W latach 1996-2004 pełnił funkcję...

Granice kompromisu
Włodzimierz Bogaczyk

urodzony w 1966 r. – z wykształcenia historyk, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Poznaniu, przez 28 lat dziennikarz, redaktor naczelny i wydawca poznańskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Mąż Martyny. Ojciec I...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze