Świat w odcinkach
fot. nick kwan Ybq6WkXl2 / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Ludzi lepiej dzielić nie na czytających i oglądających, tylko na zainteresowanych treściami kultury i niezainteresowanych.

Gdyby Peter Jackson kręcił Władcę Pierścieni pięć lat później, nie zrobiłby filmu, zrobiłby serial – oznajmił niedawno mój przyjaciel, koneser kultury popularnej. Pośród rozlicznych rewolucji naszych czasów dokonała się też rewolucja serialu. Z niewymagającej i taniej rozrywki stał się czołowym sposobem snucia kulturowych narracji. Oglądanie seriali jest w dobrym tonie, rozprawiają o nich intelektualiści. Zupełnie jakby serial zajmował dotychczasową pozycję książki.

Być może tak jak nasi przodkowie przesiedli się sprzed ogniska, przy którym szaman czy bajarz snuli opowieści, nad gazetę czy książkę, a krąg śpiewający swoje opowieści przy darciu pierza zmienił się w półokrąg przed telewizorem – tak ci, którzy do niedawna pogrążali się w samotnej lekturze, dziś spotykają się, dyskutując o serialu.

Czy serial faktycznie staje się obecnie tym, czym była powieść? I skoro medium zawsze oddziałuje na treść i na odbiorcę – jak to wpłynęło na nas i na nasze opowieści?

Telepowieść

Pokrewieństwa między powieścią a serialem nasuwają się jedno za drugim. Wielkie powieści doby pozytywizmu publikowane były na łamach prasy w odcinkach. To wyznaczało ich rytm, nerw. Sienkiewicz to nie tylko pokrzepienie serc, to także cliffhanger. Słowa „Bar wzięty!” mogłyby zabrzmieć w finale którejś serii Gry o tron.

Z drugiej strony, formalne cechy współczesnych seriali – takie jak wielowątkowość, rozbudowane postacie drugoplanowe czy osadzenie losów głównego bohatera na głębszym, społecznym tle – kojarzą się z cechami powieści realistycznej. Mowa o współczesnych serialach, bo te nie mają już nic wspólnego z telenowelami czy operami mydlanymi – nieznośnymi, tasiemcowymi produkcjami, których scenarzyści wymyślali losy bohaterów na bieżąco. Nie pojawiają się w nich dwa wnętrza na krzyż i drętwi aktorzy trzeciego autoramentu, a efekty specjalne to coś więcej niż sterta kartonów. Owszem, opery mydlane czy telenowele snują się dalej, mają swoje audytoria. Ale słowo serial oznacza dziś zupełnie co innego.

Telenowela niesłusznie zyskała taką nazwę. To kalka językowa z hiszpańskiego, w którym novela oznacza powieść. W języku polskim nowela to utwór krótki, fragmentaryczny. Jak pisała Eliza Orzeszkowa, „Jeżeli powieść jest zwierciadłem, w którym człowiek, pokolenie, ludzkość, przejrzeć się mogą i z zewnątrz, i z wewnątrz, od stóp do głowy, to nowele można poczytywać za taki ułamek zwierciadła, w którym odbija się tylko jeden uśmiech, jedna łza, jeden grymas twarzy, jedno poruszenie duszy”. A ileż grymasów, łez i poruszeń duszy odbija się na przykład w Niewolnicy Izaurze?

Telenoweli nie można również nazwać telepowieścią, ze względu na jej otwartą fabułę. Bo jedną z najważniejszych cech powieści jest prowadzenie fabuły skądś dokądś: od naruszenia porządku świata bohaterów ku przemianie – i bohaterów, i świata. W noweli swój literaturowy odpowiednik znalazłby raczej film. Serial, z dużo bardziej wyeksponowanymi wątkami pobocznymi, innym rytmem fabuły, większym skupieniem na bohaterach, zasługuje na nazwę telepowieść.

Punkt zwrotny, który miał odmienić serial, nastał w 1990 roku, gdy David Lynch nakręcił Twin Peaks – serial, który był czymś dużo więcej niż złodziejem czasu: proponował wyrafinowaną grę z widzem, zaskakiwał konwencjami, parodiował opery mydlane, ale serwował też bystre obserwacje rzeczywistości małomiasteczkowego piekiełka. Zaś serialem skonstruowanym już ściśle według powieściowej logiki była fantastycznonaukowa space opera Babylon 5 z 1994 roku, której twórca J. Michael Straczynski od początku jednoznacznie deklarował, że to zamknięta, „pięcioletnia opowieść, powieść dla telewizji”. Dziś pisanie serialu przypomina pisanie powieści. I tak np. twórcy wybitnego The Killing (Dochodzenie), zadając pytanie „Kto zabił Rosie Larsen” (i nawiązując do pytania „Kto zabił Laurę Palmer” zadanego przez Lyncha dwie dekady wcześniej), prowadzą widza przez traumę rodziny zamordowanej nastolatki, matnię grzechów przeszłości i nieczystych powiązań, przez nieposklejane życie policjantów Sary Linden i Stephena Holdera, by ostatecznie zapleść wszystkie wątki w duszący węzeł i zacisnąć go w finale. A wszystko to z bezwzględną precyzją.

O tym, że serial i powieść przystają do siebie, świadczy też to, że wiele seriali cieszących się ogromnym powodzeniem to ekranizacje powieści. Bo serial się do tego idealnie nadaje. Bywa nawet, że z miernej powieści powstaje niezły serial, jak w przypadku fatalnego cyklu książek Charlaine Harris o wampirach z Luizjany, na podstawie których HBO stworzyło True Blood (Czysta krew).

Nie brakuje też seriali, w których każdy odcinek stanowi zamkniętą całość – minifilm. To jakby przeniesiona na ekran konstrukcja zbioru opowiadań. Ale takie seriale to bynajmniej nie cykle oderwanych od siebie, niezależnych obrazków. Zawsze spina je wątek przewodni, który rozwija się w tle, podczas kolejnych zamkniętych akcji poszczególnych odcinków. W tę logikę wpisuje się np. Wallander – nie serialowa adaptacja powieści, lecz cyklu powieści Henninga Mankella. Fabuły poszczególnych odcinków są niezależnymi filmami, spiętymi luźno wspólnym światem przedstawionym i postaciami (godna polecenia jest zwłaszcza brytyjska wersja tego serialu, w którym każdy kadr jest dziełem samym w sobie, Szwecja przenika widza chłodnym wiatrem, a tytułowego gliniarza gra sam Kenneth Branagh).

Opowieści w chmurze

Dlatego Peter Jackson może i lepiej by uczynił, gdyby z Władcy Pierścieni, a zwłaszcza z Hobbita, zrobił serial. Powieściowy gabaryt Tolkiena z trudem daje się zamknąć w filmową całość, rozdyma film i rozsadza od środka, skazując go równocześnie na bolesne skróty i jeszcze bardziej bolesne dłużyzny. Serial uniósłby to lepiej, zapewnił równowagę.

Zwłaszcza że to seriale, a nie filmy zgarniają dziś największe budżety produkcyjne, są odskoczniami do wielkiej kariery dla kolejnych aktorów. Dlaczego? Bo to seriale, a nie filmy, bardziej pasują do świata ekranowej rozrywki po rewolucji cyfrowej.

Coraz więcej właścicieli telewizorów nie podłącza ich do anteny, tylko do internetu. Cyfrowe media sprawiły, że to nie dyrektor z telewizji dyktuje, o której godzinie oglądamy film czy wiadomości, a o której odcinek serialu. Nie on decyduje, że mamy go oglądać w dużym pokoju i po jednym odcinku na tydzień. Gdy cała treść dostępna jest w chmurze, na żądanie – wtedy decyduje odbiorca. Nie sposób już dziś mówić o „zasiadaniu przed telewizorem”. Bo oglądać można na tablecie w podróży albo na smartfonie podczas ćwiczeń na bieżni. Kultowy już House of Cards na podstawie powieści (!) Michaela Dobbsa to pierwszy serial stworzony na potrzeby świata cyfrowych mediów. Jego producent, internetowy dostawca contentu Netflix, udostępnia w sieci wszystkie odcinki sezonu od razu. To odbiorca wyznacza sobie rytm, czas i miejsce oglądania. 

Z punktu widzenia producentów przerzucenie sił i środków z filmu na serial to decyzja dość oczywista: film się ogląda, a więc i sprzedaje, raz. Serial to transakcja wiązana. Bohaterowie filmów przychodzą i przemijają, bohaterowie seriali zostają z nami na dłużej, przywiązujemy się do nich. Dlatego fabuła seriali jest wprawdzie zamknięta, ale równocześnie otwarta – na ciągi dalsze, dopisywane na wypadek kasowego sukcesu. To praktyka nieobca też literaturze. W końcu nawet Arthur Conan Doyle wskrzesił Sherlocka Holmesa, bo zażądał tego rynek. 

Ale rewolucja cyfrowa zmieniła nie tylko serial. Zmieniła też widza. Dawna telewizja skupiała przed jednym telewizorem całe rodziny, a przed jednym przekazem całe społeczności. Kto pamięta lądowanie na Księżycu albo seanse Dynastii, wie, o czym mowa. Tymczasem wskutek rewolucji cyfrowej każdy dostał własny ekran – często zbyt mały, by go współdzielić – i zatrzęsienie treści, w których może się zanurzyć. Tak jak druk odbiera się w samotności, indywidualnie, tak samo jest z cyfrowym ekranem – to zresztą kolejna cecha wiążąca serial z powieścią. Czasy, gdy jeden przekaz śledziła połowa społeczeństwa, odeszły bezpowrotnie. Chyba, że akurat transmitowany jest mecz. 

Między książką a ekranem

Początkowa sugestia, że być może ci, którzy niedawno pogrążali się w samotnej lekturze, dziś się spotykają nad serialem, może się okazać nieco na wyrost. Z tym spotkaniem sprawa nie jest taka prosta, choć ekranowej alienacji nie boją się na pewno bywalcy serialowych maratonów z przyjaciółmi. Ale tamta uwaga każe postawić kolejne pytanie: Czy zamieniliśmy czytanie powieści na oglądanie seriali?

Z rynku książki płyną grobowe wieści. Według danych Biblioteki Narodowej za stałych czytelników można uznać zaledwie 11 proc. Polaków, a tylko niecałe 40 proc. z nas deklaruje, że sięgnęło po jakąkolwiek książkę w ciągu roku. Żadnej książki przez rok nie przeczytało 34 proc. Polaków z wykształceniem wyższym (dane z 2012 roku). Jak podaje Instytut Książki, wartość rynku książki w Polsce spadła z 2,71 mld zł w 2011 roku do 2,67 mld zł w 2012 roku, a spadek ten – czytamy w raporcie – „jest oczywiście wpisany w globalną tendencję coraz mniejszego zainteresowania publikacjami drukowanymi”. Zaś analitycy Biblioteki Narodowej odnotowują, że brak zainteresowania książką wiąże się z głębszym, kulturowym procesem, który zaczął się około 2006 roku. Nawet ci, którzy kiedyś czytali, dziś czytają coraz mniej.

To zjawisko nie ma jednego wytłumaczenia, wpływa na nie mnóstwo czynników, od cen i VAT-u na książki, przez dostępność bibliotek, po przemiany nawyków i sposobów czytania. Jesteśmy dziś otoczeni olbrzymią ilością tekstu, a czytamy coraz mniej. Ściślej zaś – czytamy inaczej. Użytkowo, wyrywkowo, mozaikowo, może jesteśmy przemęczeni, przebodźcowani tekstem. Przemiany sposobów czytania wymykają się jeszcze badaczom. Niby nikt nie czyta, a w tramwaju coraz częściej można spotkać kogoś pochylonego nad czytnikiem e-booków. Chyba nie da się jeszcze orzec jednoznacznie, że zamiast czytać, robimy coś innego. Raczej, że praktyki czytelnicze się zmieniają, a my do końca nie wiemy jak. 

Nie sposób jednak odmówić sobie pewnego spostrzeżenia. Nie da się go udowodnić twardymi danymi, jest to raczej daleki strzał, anegdota. Ale trudno przeoczyć, że około owego feralnego dla książki 2006 roku mieliśmy boom na Lost (Zagubieni) – który w Polsce był jednym z pierwszych zwiastunów renesansu seriali.

W każdym razie ludzi lepiej dzielić nie na czytających i oglądających, tylko na zainteresowanych treściami kultury i niezainteresowanych. Nigdy w historii mediów się nie zdarzyło, żeby jakieś nowe medium całkiem wyparło stare. Media to ekosystem. Pojawienie się jednego organizmu sprawia, że inne przesuwają się, dostosowują, czasem migrują, zmieniają specjalizację albo zdobywają nowe ewolucyjne umiejętności. Nowe media zmieniają pismo, narracje ekranowe zmieniają powieść. Opowieść zaś – jest wieczna.

Pod kostiumem

Skoro – powtórzmy za Stendhalem – powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu, to telepowieść jest może przechadzającą się po naszej rzeczywistości kamerą? Jak więc ona pokazuje ową rzeczywistość? Jak ją kształtuje? 

Przy tak olbrzymim repertuarze nie ma oczywiście jednej odpowiedzi, tym bardziej kompletnej. Na pewno świat seriali jawi się jako bardziej mroczny, niegodzien zaufania, niebezpieczny – i, z tego względu, spragniony obrońców i bohaterów. Zarówno seriale kryminalne, jak i fantasy są opowieścią o tej samej tęsknocie – za porządkiem w wytrąconym z równowagi świecie, który potrzebuje zbawcy. A przecież to narracja dużo, dużo starsza niż seriale.

Czasem zbawca nie nadchodzi. I trzeba sobie radzić samemu, jak bohaterowie The Walking Dead, którzy próbują przetrwać w postapokaliptycznym świecie pełnym zombie. A czasem może się wydawać, że już nadszedł, ale go przegapiliśmy: serial Pozostawieni (The Leftovers) opowiada o świecie, z którego zniknęło nagle dwa procent jego mieszkańców i nikt nie wie, gdzie się podziali. 

Gdy już bohater nadchodzi, nie jest tym, kogo się spodziewaliśmy. Dawni bohaterowie zawiedli, więc wolimy zawierzyć socjopatycznemu lekarzowi-geniuszowi (Dr House), przestępcy (Breaking Bad), a nawet mordercy (Dexter, Hannibal). Jeśli nie zawierzamy, to przynajmniej się oddajemy niemal perwersyjnej obserwacji potwora (Hannibal, House of Cards). Pewnie dlatego, że usilnie próbujemy zrozumieć źródła zła, o którym media mówią nam bez przerwy, że nas otacza. Ale też chcemy to zło oswoić, nazwać, sprawić, by wyszło na światło dzienne, nie czaiło się pod łóżkiem. Dlatego serialowa zbrodnia zawsze będzie przeestetyzowana (Hannibal), a nawet groteskowa (True Blood). Dlatego opowieści o złu chętnie sięgają po kostium fantasy, horroru, historie o zombie czy wampirach. Bo tego prawdziwego, banalnego zła, lękamy się najbardziej.

Bywa, że poprzez seriale przepowiadamy sobie i wyjaśniamy sprawy wynikające z naszych międzyludzkich i społecznych relacji. House of Cards to nie tylko opowieść o cynizmie władzy, ale też szansa, by zajrzeć pod maski ludziom ze świeczników. Zaś pierwsza seria True Blood – opowieści o świecie, w którym wynaleziono sztuczną krew, więc wampiry, mogąc się nią żywić, nie muszą się już ukrywać i domagają się miejsca w społeczeństwie – była znakomitą metaforą mechanizmów integracji, funkcjonowania mniejszości, postrzegania „innego”, koegzystencji z tymi, którzy nie podzielają naszych norm i wartości. To dopiero okazja do konfrontacji z własnymi uprzedzeniami – gdy dotyczą one wampira. Żal, że kolejne sezony tego serialu zamieniły się w płytką bajkę.

A seriale historyczne? Rzym, Dynastia Borgiów, Spartakus? A seriale fantasy, takie jak kultowa Gra o tron? Czy mają nam coś do powiedzenia o naszej rzeczywistości tu i teraz? Henryk Sienkiewicz, opisując losy wojowniczych i dzielnych szlachciców, opowiadał o tu i teraz: o tym, kim kiedyś byliśmy i jacy moglibyśmy być. Łatwo takiemu porównaniu zarzucić brak powagi. Bo Sienkiewicz pisał i edukował ku pokrzepieniu serc, a seriale to czysta rozrywka. Zgoda. Seriale, jak wszystko dziś, poddane są mechanizmom kultury popularnej. Leonardo da Vinci musi się okazać ekscentrycznym poszukiwaczem przygód (Demony da Vinci), a Cezar Borgia – renesansowym komandosem (Dynastia Borgiów). Ale Sienkiewicz to też nie podręcznik do historii, by wytknąć mu tylko przemianę kniazia Jaremy w prawego męża stanu. Przetwarzanie faktów w opowieść to normalny fach pisarza. I twórców seriali. Może i zbożniejsze cele przyświecały autorom piszącym ku pokrzepieniu serc. Ale, po pierwsze, serial też może być opowieścią, która pod kostiumem, pod warstwą rozrywkową, niesie ważkie treści, a nawet – bywa i tak – krzepi serca. A po drugie, czytanie Sienkiewicza to też znakomita rozrywka.

Świat w odcinkach
Michał Kuźmiński

dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”, zajmuje się też tematyką społeczną, wpływem technologii na ludzi i kulturą popularną....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze