Odwaga

Człowiek coraz bardziej bytuje w lęku. Żyje w lęku, że jego wytwory mogą zostać obrócone w sposób radykalny przeciwko niemu (RH 15).

Ewangelizacja oznacza, że ludzie mogą zobaczyć, dotknąć czy posmakować Dobrą Nowinę. Mają szansę dostrzec to szczęście, do którego Bóg powołuje ludzkość, a w Kościele zobaczyć wolnych mężczyzn i wolne kobiety zdolnych do pokonania tej drogi. Powinni także zwrócić uwagę na dwie bliźniacze cechy pielgrzyma — nadzieję i odwagę. Są one bardzo do siebie podobne, jednak jest między nimi także różnica: nadzieja obejmuje to, czego nie widzimy, odwaga zaś polega na uczeniu się jasnego, niezmąconego widzenia. Nadzieja stawia nas twarzą w twarz z naszą ślepotą, podczas gdy odwaga otwiera nam oczy.

Istnieje polskie powiedzenie: „Kiedy zaczynają mówić o odwadze, pora uciekać”. Nowa ewangelizacja wymaga odwagi, której teraz Kościołowi brak. Co mamy wobec tego czynić? Musimy, po pierwsze, przyznać, że kryzys odwagi nie dotyka wyłącznie nas, że jest on udziałem całego współczesnego społeczeństwa. Tegoroczne wykłady im. Johna Reitha 1 poświęcone były kryzysowi zaufania. Mamy do czynienia z kulturą podejrzliwości. Nie ma wprawdzie dowodów na to, że ludzie są dzisiaj mniej godni zaufania aniżeli kiedykolwiek wcześniej, ale staliśmy się bardziej bojaźliwi, zalęknieni i podejrzliwi. Tak naprawdę żyjemy w świecie bezpieczniejszym od tego, w którym żyli nasi przodkowie; jesteśmy lepiej zabezpieczeni od przemocy, powodzi, insektów czy złodziei, a mimo to się boimy. Żyjemy w świecie nazywanym przez Anthony’ego Giddensa „uciekającym światem” zmierzającym do zagłady ekologicznej, której sami jesteśmy przyczyną. Nie mamy nawet śmiałości pomyśleć o tym, co jest za rogiem ulicy. Żyjemy w wieku lęku, który często nami rządzi. W książce Anil’s Ghost możemy przeczytać o fascynacji bohaterki powieści, chirurga ze Sri Lanki, małym zwojem nerwów usytuowanym u pnia mózgu, odpowiedzialnym za nasz strach.

Pamiętam o wyglądającym jak migdał zwoju nerwów. Podczas autopsji wielokrotnie odchodzę od utartego schematu sekcji, aby poszukać tych nerwów, które rządzą lękiem, a więc i wszystkim innym. Tym, jak się zachowujemy i jakie podejmujemy decyzje, jak poszukujemy dla siebie bezpiecznego małżeństwa, jak budujemy dla siebie bezpieczne domy… Chcę odszukać jedno prawo, któremu poddane jest wszystko, co żyje, i odnajduję je — to strach.

W tym zawładniętym przez lęk społeczeństwie Dobrą Nowiną przekazywaną przez Ewangelię jest to, że nie musimy się niczego bać. Kiedy ludziom ukazują się anioły, ich pierwszymi słowami są nieodmiennie: „Nie lękaj się”. Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, a lęk. To on powoduje, że uciekamy od innych, zamykamy się w naszym egocentryzmie, zaciskamy oczy i zatykamy uszy. Strach zasklepia nas w samotności. Początkiem miłości jest uwolnienie się od lęku. Niewierzący świat Rzymu został zdobyty odwagą męczenników. W Listach starego diabła do młodego C. S. Lewisa stary diabeł narzeka, że w obecnym świecie wszyscy doceniają konieczność i piękno odwagi. W naszym niewierzącym świecie także musimy być postrzegani jako ludzie odwagi.

Jednak jakże często tak się nie dzieje. Ojciec Święty odbierany jest jako człowiek odwagi, ten, który nie obawia się niczego i nikogo. Nas zaprasza również do takiej postawy w swoim liście Novo millenio ineunte. Powtarzającym się tam wezwaniem jest: „Wypłyń na głębię!”. W Afryce, Ameryce Łacińskiej i w Azji widziałem chrześcijan niezwykłej odwagi, żyjących w ciągłym zagrożeniu, a mimo to heroicznie nieugiętych, trwających do końca tam, gdzie wszyscy inni już zbiegli. Na Zachodzie Kościół zazwyczaj nie jest postrzegany jako wspólnota ludzi odważnych.

Harmonogram pracy każdego biskupa wypełniają bierzmowania. W okresie mojego dzieciństwa częścią obrzędu było klepnięcie bierzmowanego w policzek. Sakrament ten traktowano jako sakrament odwagi, przygotowania do cierpienia za wiarę. Kiedy byłem dzieckiem, wyobrażałem sobie, jak na naszą szkołę podstawową spada desant Rosjan, którzy ustawiają w szeregu wszystkich uczniów i żądają od każdego, by wyrzekł się swojej wiary pod groźbą śmierci. Młody Radcliffe widział wtedy oczyma wyobraźni, jak ginie przeszyty serią, ukochany, opłakiwany i podziwiany przez wszystkich! Sakrament bierzmowania naprawdę przygotowuje prawdziwych męczenników poprzez wprowadzenie nas we wspólnotę, w której uczymy się przede wszystkim być odważni jeden wobec drugiego. Jest to wspólnota, w której mamy śmiałość mówić innym prawdę, wysłuchiwać innych ludzi, poddawać się im, ale i razem z nimi być wolnymi od lęku. Jeśli takiej odwagi nie będzie w Kościele, nie będzie też męczeństwa dla świata, nie będzie mowy o świadectwie. Jak możemy się tego nauczyć?

Twarzą w twarz z naszą słabością

Zaczynamy uczyć się odwagi od konfrontacji z naszą słabością. Joseph Pieper, komentując słowa św. Tomasza z Akwinu, stwierdził: „Pojęcie męstwa zakłada istnienie słabości; bez słabości nie może być mowy o męstwie. Bycie odważnym tak naprawdę oznacza umiejętność radzenia sobie ze zranieniami”. Tak więc, kiedy następnym razem stanie przed wami anioł i wypowie słowa: „Nie lękajcie się!”, możecie mu odpowiedzieć: „Dobrze ci mówić”. Anioły nie potrzebują odwagi, bo nie można ich zranić.

W samym centrum naszej wiary jest obraz niepojętej słabości: nagi, skatowany człowiek przybity do krzyża. Ten obraz wzywa także nas do nagości. Odwaga oznacza jasne spojrzenie na naszą słabość. W naszą ludzką kondycję wpisana jest możliwość różnego rodzaju zranień. Można nas zranić fizycznie, możemy zachorować, utracić kończyny i zdrowie. W końcu musimy umrzeć. Możemy być zranieni duchowo, poprzez utratę dobrego imienia w społeczeństwie czy Kościele, przez czyjąś pogardę i nienawiść, przez zapomnienie lub ignorowanie. Wszystko to są rzeczywiste zranienia, co do których musimy mieć pełną świadomość. Możliwe, że w naszej męskiej kulturze księżowskiej bronimy się przed pełną świadomością i uznaniem naszych słabości. Niektórzy księża zaprzeczają swoją postawą temu, że są słabi. Konfrontacja ze słabością może wydawać się czymś wstydliwym, ale tak naprawdę jest początkiem odwagi. To, co mówię, nie jest psychologizującą nowomową New Age. To czysty św. Tomasz z Akwinu. Dla niego odwaga nie była kwestią czucia; oznaczała przede wszystkim jasność widzenia rzeczy takimi, jakimi są. To jest właśnie fortitudo mentis (II II 123.1), siła umysłu. Św. Tomasz uważa, że nie ma prawdziwej odwagi bez jasności widzenia, czyli bez rozwagi. Osoba rozważna nie jest osobą ostrożną, ale żyje w realnym świecie. Dobrze się zastanawia i oblicza ryzyko. Stąd też Arystoteles uważał, że Celtowie może i są nieustraszeni, ale nie są odważni, bo są zanadto głupi!

Trudno ocenić odwagę u innych ludzi. Nie możemy dzielić z innymi ich percepcji świata. Odważny żołnierz musi podjąć roztropną decyzję, kiedy ma walczyć, a kiedy powinien się wycofać, chociaż inni mogą uważać jego odważną decyzję za tchórzliwą. To samo można powiedzieć o biskupach. Czy papież Paweł VI wykazał się odwagą czy też jej brakiem, opowiadając się po stronie tradycyjnej nauki Kościoła w sprawach kontroli urodzeń w swej encyklice Humanae vitae? Trudno jest nam to ocenić. Łatwiej jest ocenić czyjąś cnotę umiarkowania. Upicie się do nieprzytomności nigdy nie jest dobrym przykładem umiarkowania, ucieczka zaś może być aktem odwagi.

Owo fortitudo mentis osiągamy, po pierwsze, poprzez wyzwolenie się z neurotycznych lęków. Większość z nas ulega lękom bezpodstawnym, symbolicznym czy mitologicznym. Na przykład większość członków mojej rodziny to arachnofobi. To, co zobaczylibyśmy po wpuszczeniu do pokoju, w którym przebywają Radcliffe’owie, kilku pająków, nie byłoby budujące, choć przecież wiemy doskonale, że nie ma żadnego prawdziwego zagrożenia ze strony pająków, przynajmniej w Anglii. To jest fobia neurotyczna, w której pająki są symbolem jakiegoś niezdefiniowanego zagrożenia chaosem. Był taki okres, kiedy bałem się podróżować po tych częściach Afryki i Azji, gdzie musiałem regularnie dzielić pokój z wielkimi pająkami: ptasznikami, tarantulami czy czarnymi wdowami. Mogę zaświadczyć, że jest to skuteczna, acz niezbyt przyjemna terapia odwykowa od uzależnień. Trzeba jedynie otworzyć oczy, żeby zobaczyć, że pająki to po prostu tylko pająki.

Więźniowie na Robben Island dodawali sobie otuchy, przytaczając współtowarzyszom ulubione urywki z Szekspira. Nelson Mandela upodobał sobie cytat z Juliusza Cezara: „Tchórz wiele razy umiera, nim umrze” 2 Odwaga to jasne postrzeganie niebezpieczeństw wokół nas, rozpoznawanie tego, co naprawdę zagraża życiu, a co jedynie sprawia ból. Odwaga może domagać się ode mnie, abym porzucił to, co ważne, po to, abym skoncentrował się na tym, co najważniejsze. Jeśli wbiegnę do palącego się domu, by ratować dziecko, mogę oczywiście się poparzyć, a nawet umrzeć. Ogień jest silniejszy ode mnie. Bycie odważnym nie oznacza braku uczucia własnej słabości, lecz jasny osąd, że Ewangelia wymaga ode mnie przyjęcia mojej słabości. Anthony Ross OP napisał kiedyś:

Tak więc człowiek prawdziwie odważny to nie ten, kto „nigdy nie zaznał lęku”, nie furiat, który zapomina się w szale, czy nawet nie żołnierz ufny w swoje umiejętności, zaprogramowany do walki niezmąconej myślą o niebezpieczeństwie. Człowiek odważny to ktoś, kto realistycznie ocenia trudności i niebezpieczeństwa, rozeznaje daną sytuację na tyle, na ile jest to możliwe, i w świetle tego rozeznania panuje nad swoimi w naturalny sposób rodzącymi się uczuciami, takimi jak lęk, euforia, nadmierna pewność siebie czy też brak tejże.

Tak więc cnota odwagi nie oznacza braku lęku; to niepoddawanie się lękowi. Odwaga jest wyzwoleniem od tego, co św. Tomasz z Akwinu nazywa „lękiem niewolników” (II II 19.4). Odwaga uzdalnia nas do czynienia tego, czego wymaga właściwe rozpoznanie danej sytuacji.

Myślę, że jest to taki rodzaj odwagi, który Kościół dość często wykazuje w konfrontacji ze społeczeństwem. Bardzo często ośmielamy się zajmować niepopularne stanowisko w takich kwestiach, jak aborcja, ubóstwo, czy sprawy pokoju. Często również mamy odwagę narazić się na śmieszność i odrzucenie z racji naszych przekonań. Mamy świadomość naszej słabości i tego, że możemy zostać ukrzyżowani przez prasę i być niezrozumiali dla ludzi młodych. Mam jednak niejasne przeczucie — nie umiem powiedzieć, skąd się ono bierze — że nasze odważne postawy nie są do końca prawdziwe i przekonujące. Dlaczego tak się dzieje? Podejrzewam, że bierze się to stąd, że nie jesteśmy tak samo odważni w konfrontacji z naszą słabością i bezbronnością w obrębie Kościoła, dlatego że tak naprawdę jesteśmy najbardziej bezbronni wobec siebie nawzajem. Tu właśnie potrzeba największej odwagi. Jesteśmy ze sobą złączeni w ramach komunii Kościoła silnymi więzami miłości i tu też możemy zostać najpoważniej zranieni. To tu, w relacjach z innymi, może nas dotknąć najmocniej utrata twarzy, reputacji, czyjaś pogarda czy zaniedbanie. To tu właśnie musimy stanąć twarzą w twarz z najbardziej bolesnymi formami alienacji, braku zrozumienia i ostracyzmu. Skoro nie potrafimy być głęboko odważni ad intra, to może dlatego nasze odważne gesty ad extra nie są do końca przekonujące.

Od samego początku Kościoła, od momentu kiedy Piotr i Paweł po raz pierwszy starli się w Antiochii, życie Kościoła zawsze naznaczone było oskarżeniami, potępieniem i zagrożeniem. Nie ma w tym nic dziwnego. To po prostu nieunikniona konsekwencja tego, że Chrystus powołuje — do dziś — na swoich uczniów grzeszników. Jesteśmy bezbronni wobec siebie nawzajem i wobec grup nacisku, które grożą, że doniosą na nas Watykanowi. Jesteśmy bezbronni wobec reprymend ze strony przełożonych, wobec niezrozumienia ze strony naszych współbraci kapłanów, biskupów czy świeckich, wobec błędnej interpretacji naszych czynów, wobec stania się pośmiewiskiem dla innych. Jesteśmy bezbronni, ponieważ jesteśmy w istocie słabi, grzeszni i omylni. Dlatego właśnie Kościół jest wspólnotą, w której jest o wiele za dużo lęku.

W związku z tym powinniśmy pracować nad wspólnotą, w której obdarzalibyśmy się nawzajem odwagą. Musimy dzielić się odwagą po to, aby nawet ci, z którymi się nie zgadzamy, mieli jej więcej. Mój poprzednik na urzędzie generała zakonu Vincent de Couesnongle napisał kiedyś: „Odwaga jest zawsze zaraźliwa, podobnie jak lęk, wątpliwość czy defetyzm, niestety”. Jakże często to, co stanowi dla nas zagrożenie poza Kościołem — oskarżenia, potępienie, nieotrzymanie odpowiedzialnej funkcji itp. — jest oparte na strachu: strachu przed zmianą, obawą przed utratą kontroli, lękiem przed nieznaną drogą. Dopiero wtedy jednak możemy zbudować wspólnotę, w której odwaga jest zaraźliwa, kiedy uwolnimy się nawzajem od obaw. Jesteśmy bezbronnymi aniołami, które mogą mówić do innych: „Nie lękajcie się!”.

Probierzem naszej odwagi jest to, czy faktycznie ośmielimy się utracić to, co dobre, na rzecz tego, co najlepsze. Ważne jest oczywiście, abyśmy mieli nieposzlakowaną reputację, abyśmy byli zrozumiani, szanowani, kochani i akceptowani w Kościele. Ważne jest dla mnie, żeby ludzie dobrze o mnie myśleli, i rani mnie fakt, gdy tak się nie dzieje. Ważne jest, abyśmy żyli w harmonii, bez napięć i nieporozumień. Wszystko to jest autentycznym dobrem. Jednakże odwaga może od nas zażądać porzucenia tego wszystkiego na rzecz Ewangelii. Odwaga może wymagać tego, żebyśmy byli oskarżani o huśtanie łodzią, o nielojalność czy nawet o herezję. Z takimi właśnie oskarżeniami zetknął się św. Paweł, kiedy głosił Ewangelię łaski ponad prawem. Tego również doświadczył św. Tomasz z Akwinu, kiedy po raz pierwszy nauczał w Paryżu. Takie było też doświadczenie ojców Congara, Chenu i De Lubaca przed II Soborem Watykańskim. W każdym z tych przypadków potrzebne były akty osobistej odwagi w celu budowania wspólnoty odwagi, która mogła głosić śmiałe nowe słowa światu.

Jeśli odwaga polega na uczeniu się mądrego lęku, św. Tomasz przekonuje też, że uczy nas ona tego, jak wyrażać w dobry sposób gniew. Wierzył on w istnienie ścisłego związku między odwagą i słusznym gniewem: „Gniew w szczególny sposób uderza w zło. Tak więc męstwo i gniew bezpośrednio na siebie oddziałują” (II II 123.10 ad 2). Popadamy w gniew, ale niekoniecznie wtedy, kiedy należy. Złościmy się o błahostki, o to, czy uszanowano naszą godność lub czy kawa jest wystarczająco mocna. Czasami zaś nie wybuchamy słusznym gniewem ze strachu. Jeśli pozwolimy sobie na wyrażenie słusznego gniewu, np. gdy widzimy jakąś niedoskonałość w życiu Kościoła, może nas to zaprowadzić tam, gdzie wolelibyśmy nie iść. Dlatego łatwiej jest pohamować gniew, oszukując siebie samych, że nasz zły nastrój spowodowany jest nie tyle jakimś oświadczeniem Watykanu, ile niekompetencją naszej sekretarki. To jest utrata nadziei, gdyż św. Augustyn powiedział, że gniew jest jedną z córek nadziei. Chińczycy mawiają, że gniew i smutek czynią poetę. Gniew i smutek to także atrybuty odważnego kaznodziei.

Na naszej drodze wzrostu odwagi stajemy wobec czterech wyzwań: odwagi mówienia, odwagi porywania się na rzeczy wielkie, odwagi wytrwałości i odwagi umierania.

Odwaga mówienia

Kiedy u Audre Lorde, murzyńskiej feministki amerykańskiej, wykryto raka, konfrontacja ze śmiercią uprzytomniła jej wszystkie te chwile, kiedy pozostawała w milczeniu.

Stając się nagle dogłębnie świadoma własnej śmiertelności i tego, czego pragnęłam jeszcze w moim życiu osiągnąć, jakkolwiek krótkie by ono było, zobaczyłam w szczególnie jaskrawym świetle własne priorytety i zaniedbania. To, czego najbardziej żałowałam, to momenty, kiedy trwałam w milczeniu, nie zabierając głosu. Czegóż ja się bałam? Stawianie pytań i wyrażanie opinii zgodnych z moimi przekonaniami mogło przynieść ból czy nawet śmierć. Ale my wszyscy cierpimy w przeróżny sposób, cały czas, a ból albo zmieni się, albo się skończy. Z drugiej strony śmierć jest ostateczną ciszą. A ta może przyjść szybko, w tej chwili, bez względu na to, czy powiedziałam kiedyś to, co trzeba było powiedzieć, czy też oszukiwałam samą siebie tymi krótkimi momentami ciszy, kiedy wmawiałam sobie, że kiedyś jeszcze to powiem, albo czekałam na słowa pochodzące od innych.

W Starym Testamencie cisza jest oznaką śmierci. Cisza jest wyobcowaniem się od Boga, nieobecnością świata żywych, jest ciszą grobu. Wierzymy, że zmartwychwstanie przerwało tę ciszę. Słowo powstało z martwych. O. Congar powiedział kiedyś znakomite zdanie: La Bible est virilisante (Biblia jest pełna wigoru). W zetknieciu ze śmiercią podaje ona pełne życia, odważne słowo. W Biblii jest mnóstwo zwariowanych, kipiących życiem, zaciekłych i namiętnych ludzi mówiących mocne słowa, od Abrahama do św. Pawła. Czy wpuścimy takich ludzi do naszych seminariów i nowicjatów? Czy nie będziemy ich uważać za zbyt niebezpiecznych? Czy przejdą oni przez nasze testy psychologiczne? Nigdy przecież nie wiadomo, co będą rozpowiadać.

Za każdym razem, kiedy powstrzymujemy się od wypowiadania pełnych mocy, odważnych słów, zawieramy pakt z ciszą grobu, siłami śmierci. Dla Kościoła cały miniony wiek był naznaczony ogromnym milczeniem Piusa XII wobec holokaustu. Jak stwierdziłem wcześniej, trudno jest osądzić, co jest gestem odwagi, ponieważ odwaga jest nieodłączna od rozwagi. Z całą pewnością papież Pius XII uważał, że rozważniej jest nic nie mówić. Jednak wszyscy żyjemy w niewygodnym cieniu tego milczenia. Co nas skłania do milczenia?

W niektórych przypadkach mówienie wymaga heroizmu, ponieważ może nas ono doprowadzić bezpośrednio do śmierci. Kiedy Pierre Claviere, biskup Oranu, zdał sobie sprawę, że może stać się obiektem ataku islamskich fundamentalistów, którzy chcą go uciszyć, jego kapłani i przyjaciele próbowali przekonać go, by milczał. Jeden z nich powiedział biskupowi tuż przed jego śmiercią: „Uważam, że za dużo mówisz. My cię potrzebujemy”. Na co Claviere odparł: „Nie mogę milczeć; mogę dać świadectwo prawdzie”. Zdawał sobie sprawę, że mówienie jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. My w Anglii nie mamy tego problemu. Są za to inne napięcia, które mogą wymagać od nas niemal tyle samo odwagi.

Uważam, że często nasze milczenie podyktowane jest obawą przed niezrozumieniem. Jeśli mamy odwagę otworzyć puszkę Pandory, spotkamy się z fałszywą interpretacją naszych intencji. Prasa coś przekłamie, a nasza skrzynka pocztowa zapełni się listami wyrażającymi oburzenie. Może czujemy, że nie znaleźliśmy jeszcze odpowiednich słów. Bezpieczniej jest w tej chwili nic nie mówić albo mieć nadzieję, że ktoś inny zabierze głos. Musimy mieć odwagę wypowiadania się, nawet jeśli nasze słowa nie są tymi najwłaściwszymi. Nie musimy się obawiać, że coś nam się nie uda na początku, ponieważ jeśli Duch Święty został wylany na Kościół, ten nie zboczy na manowce. Musimy mieć w sobie odwagę pokornego wypowiadania nie do końca trafnych słów po to, aby pomóc ludowi bożemu dojść do prawdy. Na tym polega nasza słabość i bezbronność.

Przed odważnym zabieraniem głosu może nas powstrzymywać szacunek do władzy wewnątrz Kościoła. Może czasem sądzimy, że i innych powinien powstrzymywać szacunek dla naszej własnej władzy. Wtedy musimy przypomnieć sobie św. Katarzynę ze Sieny, która miała śmiałość mówić prawdę nawet papieżom.

Św. Katarzyna odważyła się mówić papieżom, czego Bóg od nich oczekuje. Pisała do Grzegorza XI: „Ojczulku mój miły, wybacz mi moją zuchwałość, z którą to wszystko mówię, ale jestem zmuszona przez Pierwszą Prawdę” 3 Kiedy zaś inny papież okazał się niezbyt zachwycony jej wolnością, św. Katarzyna napisała mu, że ona i jej siostry będą mówiły prawdę, „gdziekolwiek będzie to miłe Bogu, nawet przed Waszą Świątobliwością”. Nie jest to wyzywająca śmiałość tych, którzy szukają konfrontacji i cieszą się, gdy zostaną upomniani przez Kongregację Doktryny Wiary. Są to słowa kogoś, kto głęboko szanuje władzę i kto nienawidzi wchodzenia w konflikty. Dziś w Kościele jest o wiele za dużo milczenia. Przyjmując Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury w 1980 roku, Czesław Miłosz powiedział: „W pokoju, w którym panuje zmowa milczenia, pojedyncze słowo prawdy brzmi jak wystrzał”.

Krążyła niegdyś wśród dominikanów historia o poprzedniku Vincenta, arcybiskupie George’u Particku Dwyerze. Mówiono, że pewnego razu podczas Mszy św. przygotowanej bardzo drobiazgowo z uwzględnieniem najnowszych hymnów, biskup przerwał celebrę i ogłosił, że ma już dość tych nowoczesnych śpiewek i że zebrani mają zaśpiewać jakiś dawny hymn. Miejscowy ksiądz był wściekły, a wierni upokorzeni. Pod koniec Mszy ksiądz powiedział, że chce przeprosić wszystkich, którzy przygotowali liturgię, za niegrzeczne zachowanie arcybiskupa. Po chwili grobowej ciszy arcybiskup dał znak, że chce przemówić. Powiedział, że wierni powinni być dumni z kapłana o takiej odwadze i sam przeprosił za swój czyn. Widzimy tu, jak odważne słowo wywołuje reakcję — odzew kolejnego odważnego słowa.

Odwaga mówienia opiera się na odwadze słuchania. Jesteśmy w stanie przerwać ciszę grobu, ponieważ mieliśmy odwagę słuchać w milczeniu tych, którzy może mają nam coś niepokojącego do powiedzenia. Wszyscy przełożeni pragną łatwego życia. Obawiamy się tych, którzy przychodzą i mówią nam coś, czego wolelibyśmy nie słyszeć i o czym chcielibyśmy nie wiedzieć. Taką kwestią jest obecnie sprawa molestowania nieletnich. Jeśli zdobędziemy się na odwagę wysłuchania ofiar, czyż nie będziemy wstrząśnięci do samej głębi naszego jestestwa? Jeśli zdobędziemy się na odwagę wyrażenia solidarności z księżmi, którzy dopuścili się tych czynów, na poszukanie sposobu uratowania ich życia, czyż nie zostaniemy opacznie zrozumiani jako ci, którzy nie troszczą się o ofiary? Jest też kwestia homoseksualizmu. Jeśli ośmielimy się otworzyć na życie, miłość i dary ludzi o orientacji homoseksualnej, a szczególnie księży homoseksualistów, co wówczas pomyślą ludzie? Czy będą nas uważać za „jednych z nich”? Z całą pewnością będą nas podejrzewać i stawiać pod pręgierzem oskarżeń i pomówień.

Odwaga czynienia wielkich rzeczy

Według św. Tomasza dwiema cnotami powiązanymi z odwagą są rozmach i wielkoduszność. Podoba mi się zwłaszcza idea rozmachu. Oba te atrybuty odwagi służą do sięgania po rzeczy wielkie. W psalmach zawsze wysławiamy Pana, który czyni wielkie dzieła, i musimy uwierzyć, że również dziś może On je czynić, w naszym czasie i przez nas samych.

Zauważamy, że często nasze wielkie marzenia rozwiewają się. Są na nic. Ale odwaga popycha nas do dalszych marzeń, do bycia ambitnymi, do niezadawalania się nadziejami małego formatu. Henry David Thoreau napisał: „Młodzieniec zbiera materiał na wybudowanie mostu do księżyca, czasami na pałac czy świątynię na ziemi, zaś mężczyzna w średnim wieku kończy, budując drewnianą szopę”. To może i prawda, ale z całą pewnością będzie to najlepsza drewniana szopa pod słońcem. Możliwe, że pokusą naszego wieku jest mylenie czynienia wielkich dzieł z pisaniem o nich. W zakonie dominikańskim, a także, jak podejrzewam, w Kościele i w całym społeczeństwie, pisanie dokumentów zastępuje konkretne działania. Jeśli zamierzamy sprostać wyzwaniu ewangelizacji, najłatwiej jest opublikować stosowny dokument, a to zwolni nas z dalszych starań. Nie uważam, żeby wyłącznie dominikanom myliło się mówienie o czymś z działaniem. Często przywołuję konferencję na temat ubóstwa zorganizowaną przez amerykańskich dominikanów. Skończyła się ona wystawnym posiłkiem w drogiej restauracji. Jeden z braci zauważył wtedy: „Skoro tak kończymy tydzień poświęcony ubóstwu, ciekawe, czym skończy się przyszłoroczna konferencja o czystości!”.

Wielkoduszność, sięganie po czyny nieprzeciętne, wymaga ryzyka działania. Jak opisał to w swym wierszu Bonhoeffer:

Nie we wzlocie idei, lecz jedynie w działaniu jest wolność.
Nie ociągaj się i wyjdź na burzę wśród świata.

Wyzwanie do odwagi jest właśnie wyjściem poza przygotowanie dokumentów, „na burzę wśród świata”. Modlę się więc, aby nasze spotkanie nie zakończyło się spisaniem kolejnego dokumentu poświęconego ewangelizacji. A to wymaga ryzyka.

Wielkie czyny będą od nas wymagały częściowej utraty kontroli. Będziemy inicjatorami działań, których konsekwencji nie możemy przewidzieć. Odwaga Jana XXIII polegająca na ogłoszeniu II Soboru Watykańskiego wzięła się z nieprzewidywalnych konsekwencji rozpoczęcia aggiornamento. Papież nie mógł wiedzieć, dokąd to wszystko doprowadzi. Odważne działanie otwiera przestrzeń, w którą wkracza Bóg, działając i realizując swoje własne plany. Odwaga połączona z jasnością spojrzenia uwalnia takie mechanizmy, których nigdy byśmy nie byli w stanie przewidzieć. Michael Hollings twierdził, że istotną rolę w odwadze odgrywa przekazanie odpowiedzialności innym. Wspaniałomyślność oznacza odwagę powierzania własnych idei innym, przenoszenia na nich naszych praw własności. To właśnie leżało u podstaw tego tak odważnego czynu, którym było założenie zakonu braci kaznodziejów. Św. Dominik przekazał rządy w zakonie kapitule generalnej. Jako najwyższa władza zakonu dominikańskiego, kapituła miała także władzę nad swoim założycielem. Św. Dominik powierzył zakon braciom, ponieważ ufał, że Bóg jest z nimi wszystkimi. Pamiętam pewne spotkanie w Kongregacji ds. Zakonnych w Rzymie, kiedy to kardynał Somalo przypomniał mi, że jestem najwyższą władzą w zakonie. Zaprzeczyłem temu. „Któż w takim razie ma tę władzę?”, zapytał kardynał. „Bracia”, odpowiedziałem. Wielkim dziełem Dominika było to, że nie zatrzymał zakonu jako swojego dzieła dla siebie, a uczynił je dziełem nas wszystkich.

Wytrwałość

Zdaniem Arystotelesa, odwaga jest przede wszystkim odwagą żołnierza, walczącego mężczyzny. Zdaniem św. Tomasza, odwaga to najczęściej wytrwałość. To niepoddawanie się w chwilach próby. O. Congar napisał:

Wytrwałość w niepewności, w niewiedzy, jak długo jeszcze będzie trwała nasza próba, nietracenie ducha, jeśli czas ten się wydłuża, niepoddawanie się: to właśnie stanowi najwyższą cnotę męstwa i to jest powszechną wartością życia moralnego.

Tak właśnie żył przez całe lata sam Congar, zmuszony do milczenia przez Kościół, traktowany jak dziecko, wyrzucony poza nawias.

Wytrwałość jest to odwaga praktykowana przez chrześcijanina na co dzień. Nie jest tylko dla mężczyzn czy dla żołnierzy. Chesterton przypomina nam, że zawdzięczamy nasze życie odwadze naszych matek i ich wytrwałości w okresie ciąży i porodu. To odwaga codziennego życia, podejmowania zwykłych zadań. Jest to niekrzykliwa odwaga, która ożywia Kościół także w tym trudnym dla niego momencie. To wytrwałość rodziców, próbujących dzielić się swoją wiarą z odpornymi na nią dziećmi, czy też świeckich, pracujących dla Kościoła nawet wtedy, gdy wydaje się on martwy. To wytrwałość księży, którzy nie poddają się i którzy pozostają na miejscu nawet wtedy, gdy już dawno odeszli ich przyjaciele i współbracia. Jest to też odwaga biskupów, którzy muszą wytrwać do 75. roku życia!

Wytrwałość wydaje się monotonna i nudna, kojarzy się z codziennym zaciskaniem zębów i pracą nad silną wolą. Jednakże św. Tomasz łączy tę cnotę z cierpliwością, a — co może wydawać się dziwne — cierpliwość to dla niego niezezwalanie, aby jakiekolwiek przeciwności burzyły naszą radość. Jak pisze, osoba cierpliwa „to nie taka, która ucieka od zła, ale która nie pozwala sobie na niepotrzebny smutek ze złem związany” (II II 136 4 ad 2). Jesteśmy wytrwali, bo jesteśmy niebywale szczęśliwi. Tak naprawdę nie ustajemy nie tyle dzięki codziennym wysiłkom woli, ale dzięki chwilom, kiedy doświadczamy radości Królestwa. Przeczuwając ostateczne zwycięstwo, chcemy wytrwać do końca historii. Kiedy św. Szczepan staje w obliczu śmierci, mówi: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,56).

Wytrwałość jest dziś dla nas tak trudna, ponieważ my, członkowie pokolenia nastawionego na chwilę obecną, łatwo zapominamy o historii rozgrywającej się w dłuższej perspektywie i o ostatecznym zwycięstwie. Liczy się wyłącznie dzień dzisiejszy. W ten sposób wytrwałość może faktycznie stać się mozolną codzienną walką. Dla księdza, który utracił radość płynącą z powołania, który tęskni za intymnością, takie nieustawanie z dnia na dzień może okazać się praktycznie niemożliwe. Kto zresztą miałby tu wystarczająco silną wolę? Każdy z nas może doświadczać takich okresów. Wtedy musimy mieć przed oczami koniec drogi, musimy pamiętać o ostatecznym zwycięstwie i musimy karmić się doświadczaniem radości królestwa Bożego. Niebiosa muszą się w jakiś sposób otworzyć, żeby dać nam wgląd w swoje piękno.

Śmierć

To z kolei przywodzi nas do doświadczenia śmierci. Odwaga w ostatecznym rozrachunku przygotowuje nas na dobrą śmierć. Jak wspomniałem, odwaga oznacza wyrzeczenie się czegoś, co jest dobre — czy będzie to zdrowie, reputacja czy bogactwo — na rzecz tego, co lepsze. Oznacza to, że domagać się będzie od nas także złożenia daru z tego, co jest największym naturalnym dobrem, naszego życia, na rzecz życia w wieczności. Jak zwykle najlepiej oddał to Chesterton w Ortodoksji: „Odwaga jest jakąś sprzecznością. Jest ona silnym pragnieniem życia, które wyraża się gotowością na śmierć”.

Philip Larkin sądził, że nie ma znaczenia, w jaki sposób stajemy w obliczu śmierci. To w ostatecznym rozrachunku nie stanowiło żadnej różnicy:

Odwaga na nic się zdaje:
Tyle tylko, że nie straszymy innych.
Odwaga nie daje nikomu wywinąć się śmierci.
Tej obojętne jest, czy rozpaczamy, czy opieramy się mocno.

Mimo tych słów twierdzę, że to, jak umieramy, ma znaczenie. To, w jaki sposób męczennicy dawali świadectwo swojej wiary, doprowadziło do nawrócenia Rzymu. Nasza śmierć jest często największym darem, który możemy ofiarować innym. Takie było właśnie wytrwałe głoszenie Dobrej Nowiny przez kardynała Basila Hume’a. Jestem głęboko wdzięczny za możność bycia z wieloma moimi współbraćmi w momencie ich śmierci.

Muszę przyznać, że nigdy dotąd nie odczuwałem strachu przed własną śmiercią. Zawsze wydawała mi się ona jedynie chwilką w długiej historii naszej drogi do życia wiecznego. Może gdyby mi oznajmiono, że mam raka i że umrę najdalej za miesiąc, odczuwałbym to inaczej. Sądziłem niegdyś, że taka postawa oznacza, że jestem człowiekiem odważnym. Jednak lektura ulotki autorstwa Herberta McCabe’a uświadomiła mi, że może moja postawa świadczy tak naprawdę o braku odwagi. Może oznacza ona, że nie miałem dotąd śmiałości stanąć w obliczu skandalu śmierci i jej okropności. Jeżeli odwaga polega na klarownym widzeniu, może jeszcze nie osiągnąłem takiego oglądu. George Herbert pisał:

Śmierć, śmierć ludzka jest skandalem… Większość ludzi zgodnych jest co do tego, że szokiem jest śmierć dziecka, któremu nie dane było przejść przez wszystkie etapy życia. Sądzę, że w pewnym sensie każda śmierć przerywa historię, która ma potencjalnie wiele możliwości rozwoju… Jesteśmy słusznie oburzeni na śmierć, a gniew jest poważnym elementem opłakiwania zmarłych. I słusznie też zwracamy swój gniew przeciwko Bogu.

Zatem prawdziwa odwaga zaprasza nas do otwarcia oczu na skandal śmierci. Jesteśmy wszak cieleśni, a umieranie to moment destrukcji.

Mogłem doświadczyć tego skandalu śmierci, odwiedzając Rwandę i Burundi w czasie krwawych rzezi. Bardzo osobiście doświadczyłem tego również w momencie, kiedy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że jeden z moich bliskich przyjaciół, Gareth Moore, 54–letni dominikanin, umiera na raka. Ten współbrat, człowiek wielkiej łagodności i licznych talentów ma odejść, kiedy tak wiele może ofiarować. Poczułem wtedy gniew. Musimy czuć gniew w obliczu śmierci, jeżeli chcemy dać się naprawdę pochłonąć pięknu daru życia wiecznego. Odwaga musi otwierać nam oczy na okropność śmierci po to, aby nadzieja mogła dać nam wgląd w niewypowiedziany dar. Możemy potrzebować tego gniewu w stosunku do Boga za przyzwolenie na taką destrukcję, skoro mamy przejść do prawdziwej wdzięczności za dar wieczności. Odwaga przygotowuje nas na ten ostateczny kryzys nadziei, kiedy to tracimy to, co najlepsze, na rzecz tego, co niepojęte.

Śmierć może także postawić nas w obliczu samotności. Niezależnie od tego, jak wielka byłaby nasza wiara i jak wielu otaczałoby nas przyjaciół, każdy z nas umiera sam. Jest to stwierdzenie szczególnie prawdziwe w obecnym czasie, kiedy częstokroć w chwili śmierci nie mamy przy sobie naszych bliskich, a jesteśmy pacjentami szpitala, czasami umierającymi niezauważeni przez nikogo. Śmierć jest przejściem od wspólnoty osób, które nas kochają, do wspólnoty Królestwa, jednak drogę tę pokonujemy w pojedynkę. W obliczu tej samotności potrzebna jest nam odwaga nadziei. Tak naprawdę często postrzegamy odwagę jako cnotę indywidualną, prywatną odwagę samotnego żołnierza. A jednak chrześcijańska odwaga zasadza się na przekonaniu, że nigdy nie jesteśmy samotni i że w centrum najgłębszej samotności, w głębi naszego jestestwa jest Bóg. W Dialogach Bóg mówi do św. Katarzyny ze Sieny: „Boją się tylko ci, którzy uważają, że są osamotnieni”. Osoba stająca odważnie w obliczu śmierci wie, że Bóg czeka w ciemności, niewidzialny tylko dlatego, że tak bardzo bliski.

Szczodrość

Na koniec chciałbym postawić pytanie o charakterystyczną cechę każdej cnoty. W przypadku wolności cechą rozpoznawczą jest spontaniczność, w przypadku szczęścia ucztowanie, a w przypadku nadziei młodzieńczość. Jeśli chodzi o odwagę, myślę, że jej główną cechą jest szczodrość.

Rozpocząłem rozważanie od stwierdzenia, że odwaga pomaga nam stanąć w obliczu własnej słabości. Podlegamy zranieniom i w końcu śmierci. Jednak ostatecznie uznajmy naszą słabość nie ze względu na nią samą, ale ze względu na innych. Jeśli żołnierz ryzykuje życie jedynie dlatego, że sytuacja niebezpieczeństwa wyzwala w nim nadmiar adrenaliny, to nie możemy tu mówić o prawdziwej odwadze. Taką odwagę widzimy, kiedy ryzykuje on swoim życiem dla innych. Pomniki czasów wojny są pomnikami wznoszonymi szczodrości.

Odwaga wszystkich tych, którzy pomagają nam przeżyć kolejny dzień — strażaków, policjantów, lekarzy i pielęgniarek, nauczycieli w szkołach z trudną młodzieżą — jest odwagą szczodrości. Taka jest także odwaga matki, która znosi trudy ciąży po to, by narodziło się życie. Taka jest również odwaga kapłana, który nie ustaje pomimo zniechęcenia i wyczerpania, ze względu na lud boży i na swego Pana. Szczodrość nieodmiennie domaga się od nas uznania naszej słabości, a to stanowi poważne wyzwanie dla dzisiejszego kapłaństwa.

Całe to odrzucenie i zniechęcenie zawiera się w łacińskim słowie acedia. Jest to stan inercji, w którym zatracają się nasze dwie bliźniacze cnoty drogi: nadzieja i odwaga. Interesujące, że św. Tomasz z Akwinu mówi, iż popadamy w ten letargiczny stan, gdy przestajemy doceniać szczodrość Boga w stosunku do nas. Człowiek odważny żyje w hojnym świecie i z własnego życia czyni dar. Pierre Claviere, zamordowany biskup Oranu, był prawdziwym męczennikiem. Był gotów oddać swoje życie w odpowiedniej chwili, gdyż był przyzwyczajony do tego, co sam nazwał „białym męczeństwem” — szczodrością na co dzień. Pisał tak:

Każdy próbuje być na co dzień białym męczennikiem, czyli ofiarowywać swoje życie kropla po kropli innym w spojrzeniu, obecności, uśmiechu, poświęcanej innym uwadze, posłudze, działaniu, w tym wszystkim, co sprawia, że jakaś cząstka życia, które jest naszym udziałem, jest dzielona z innymi, przekazywana im, wydawana. W ten sposób nasza dostępność dla innych i zatracenie siebie zajmują miejsce męczeństwa, ofiary całopalnej. Nie przywiązywać się zbytnio do własnego życia.

Nie wystarczy ofiarować innym swój czas, energię, wstawać wcześnie i kłaść się późno. „Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, przesiadywać do późna” (Ps 127,2), o ile nie dajemy siebie, naszego słabego serca i bezbronnego człowieczeństwa.

Odwaga uwalnia nas od lęku, który nawołuje nas do wznoszenia murów wobec innych i ich potrzeb, a nawet wobec Boga. Odwaga wyzwala nas od tego lęku, który powoduje, że kryjemy się za maskami. Pozwala na zrzucenie ciężkiej zbroi i na doświadczenie wolności, wolności dla innych. Kiedy odwiedziłem mojego współbrata chorego na raka, po raz pierwszy od chwili, kiedy dowiedział się, że umiera, powiedział mi:

Kiedy się dowiedziałem, zawalił się mój świat. Teraz jednak, kiedy wiem, że tamten świat już leży w gruzach, już jest lepiej. Muszę zastanowić się nad tym, jak najlepiej wykorzystać pozostałe mi miesiące, po to, aby być użytecznym dla innych. Chciałbym, aby moja śmierć była dobrem dla moich braci.

tłum. Marcin Turski

1 Seria wykładów na ważne tematy kulturalne i społeczne emitowanych corocznie przez radio BBC 4, by uczcić pamięć pierwszego dyrektora BBC (przyp. tłum.).
2 William Shakespeare, Juliusz Cezar, akt 2, scena 2, tłum. Stanisław Barańczak, Poznań 1993.
3 Św. Katarzyna ze Sieny, List do Grzegorza XI, czerwiec–lipiec 1376, w: Listy, tłum. Ludmiła Grygiel, Poznań 1988, s. 160.

Odwaga
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001). Święcenia kapłańskie przyjął w 19...