Można, ale po co?

Można, ale po co?

Zachwytowi nad tym, co nowe, winno towarzyszyć krytyczne spojrzenie. Owszem, najnowsze metody przekazu należy wykorzystywać w ewangelizacji, trzeba jednak wiedzieć, kiedy i do czego. To, że Internet daje takie możliwości, nie jest jeszcze powodem, by koniecznie z nich skorzystać.

Rok temu Janusz Bohdziewicz na łamach „W drodze” pisał o telewizyjnych transmisjach Mszy świętej 1. Postawił wtedy kilka ważnych pytań. Czym jest transmisja liturgii Eucharystii? Czy, a jeśli tak, to w jakim sensie oglądanie Mszy św. w telewizji jest formą uczestnictwa w liturgii? Gdy spoglądamy na telewizyjny ekran, to mamy do czynienia z religijnym wydarzeniem czy też raczej z filmem o nim?

Pytanie o teologiczną wartość takiej transmisji suponuje inne — zdaje się, że jeszcze ważniejsze — kwestie: Jaki jest sens i cel takich transmisji? Po co transmitujemy liturgię i dla kogo? Odpowiedzi wydają się oczywiste, ale czy rzeczywiście takie są?

Msza święta w formacie real–audio

Rozwój techniki poszerza możliwości przekazu religijnych uroczystości w czasie rzeczywistym. Rolę telewizji pomału przejmuje Internet, w którym coraz częściej napotykamy transmisje na żywo z kościoła. Przykładem niech będzie propozycja, którą dla internautów przygotowali duszpasterze parafii pw. św. Wincentego à Paulo w Bydgoszczy. W KAI–owskiej depeszy z 10 maja br. można było wyczytać:

Internauci z całej Polski będą mogli obejrzeć pierwszą w archidiecezji gnieźnieńskiej transmisję Mszy świętej. W niedzielę 13 maja o godz. 10 rozpocznie się internetowa relacja I Komunii Świętej w bydgoskiej bazylice mniejszej pw. św. Wincentego à Paulo. Msza św. zostanie zarejestrowana z ośmiu kamer za pomocą wozu transmisyjnego. Uroczystość śledzić będzie można pod adresem www.bazylika.bydgoszcz.pl.

Niestety, (?) 13 maja nie udało mi się zajrzeć na rzeczoną witrynę o określonej godzinie, by stać się naocznym świadkiem epokowego zapewne w zamierzeniu pomysłodawców wydarzenia. Odwiedziłem tę stronę dwa dni później. Po transmisji pozostały tylko bannery sponsorów, dzięki którym okazała się ona możliwa, oraz informacja, iż z tej witryny można sobie darmowo załadować program pozwalający na odbiór w formacie real–audio. Nie skorzystałem z tej kuszącej propozycji.

Pierwszym wrażeniem, jakie zrodziło się we mnie po przeczytaniu depeszy KAI, było zdziwienie. Dla kogo ta transmisja, skoro — tak mi się przynajmniej zdaje — wszyscy zainteresowani I Komunią Świętą powinni być w tym czasie właśnie w kościele, a nie przed ekranem komputera? Jest to przecież uroczystość, która — po pierwsze — dotyczy określonej grupy osób, po drugie — wymaga ich osobistej obecności. Prawdopodobna w takich przypadkach argumentacja, iż transmisja ta umożliwi śledzenie Mszy św. tym, którzy chcieliby na niej być obecni, a z jakichś powodów nie mogą, np. chorej babci któregoś dziecka przyjmującego po raz pierwszy komunię św., jest bardzo mocno naciągana.

Dla kogo więc ta transmisja? Przyznam, że nie wiem. Autorzy pomysłu zapewne doszli do przekonania, iż wydarzenie, jakim jest I Komunia Święta, jest na tyle medialne, że da się sprzedać w Internecie. Tylko czy jest to wystarczający motyw?

Od misterium do widowiska

W tym miejscu trzeba sobie postawić pytanie, w jakim celu w ogóle transmituje się Mszę św. w radiu czy telewizji. Pierwotna motywacja jest jasna — jest ona dla chorych, a szerzej — dla tych, którzy z jakiejś ważnej przyczyny we Mszy św. niedzielnej uczestniczyć nie mogą. „Tego rodzaju transmisje same w sobie nie pozwalają oczywiście wypełnić obowiązku niedzielnego — jak przypomina papież Jan Paweł II w liście Dies Domini — to bowiem wymaga udziału w zgromadzeniu braci, którzy spotykają się w określonym miejscu, z czym wiąże się też możliwość komunii eucharystycznej” (n. 54). Papież mówi jedynie o „zjednoczeniu się z celebracją eucharystyczną w tym samym momencie, gdy jest ona sprawowana w miejscach świętych” i o „cennej pomocy”, jaką stanowią transmisje, ale nie jest to tożsame z rzeczywistym uczestnictwem w liturgii.

W liście o świętowaniu niedzieli Ojciec Święty jednakowo ocenia teologiczną wartość transmisji radiowych i telewizyjnych. Trzeba jednak mieć świadomość, że obie transmisje posługują się niejednakowym kodem, stąd też ich „produkt” jest zasadniczo różny, wymaga innej percepcji i budzi w odbiorcy odmienne wrażenia. Radio to świat dźwięków, w które można się zanurzyć. Przekaz audiowizualny właściwy telewizji wykorzystuje kod bardziej skomplikowany — dźwiękowi towarzyszy obraz. Odbiór obrazu wymaga skupienia się na jego fragmencie. O ile dźwięk dociera zewsząd i jego selekcja jest niemożliwa, o tyle obraz, choć mamy świadomość, iż nas zewsząd otacza, odbieramy selektywnie 2.

Prymarnym kodem liturgii jest dźwięk, w którym dominuje słowo, albo — i tak jest chyba właściwiej — słowo ubogacone innymi dźwiękami. Uczestnictwo we Mszy św. dokonuje się zasadniczo przez słuchanie, a nie przez oglądanie. Niewiele jest podczas liturgii gestów, które nie byłyby dopełnione słowem, czego przykładem może być okadzenie, niebędące zresztą konieczne. Możemy sobie więc wyobrazić uczestnictwo we Mszy św. „za filarem”, które ogranicza się do słuchania i odpowiadania. Trudno jednak wyobrazić sobie obecność ze stoperami w uszach, gdyż sprowadzi to Mszę św. do pantomimy. Liturgia jest tak ukształtowana, by jej słuchać. Obraz winien odgrywać rolę wtórną. Wiemy z doświadczenia, iż może ją spełniać dwojako: wspomagać słowo albo osłabiać przekaz słowny. Zatem słuchanie — choć uboższe — wymaga mniejszej koncentracji, słuchanie i oglądanie — choć bogatsze — domaga się od odbiorcy o wiele większego wysiłku uwagi.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej w przypadku przekazu telewizyjnego. Rzadko się zdarza, by transmisja Mszy św. realizowana była z jednej, statycznej kamery, której zasięg ogranicza się tylko do przestrzeni ołtarza i ambony. Najczęściej otrzymujemy obraz przetworzony, zmontowany z materiału dostarczonego przez kilka kamer, dodatkowo opatrzony komentarzem. Jak zauważa Bohdziewicz, mamy wówczas do czynienia z przekształceniem się relacji w film, który rządzi się własnym, skomplikowanym kodem. W ten sposób misterium staje się widowiskiem, a odbiorca musi pokonać więcej przeszkód, by do tego misterium dotrzeć.

W domowym fotelu i kościelnej ławce

Jestem przekonany, że zjednoczeniu z celebracją eucharystyczną — choć wydaje się to pozornie nielogiczne — najlepiej służy transmisja radiowa, która najbliższa jest bezpośredniemu uczestnictwu. Pozbawiona komentarzy (np. transmisja Mszy św. niedzielnej z kościoła pw. Świętego Krzyża w Warszawie), nieprzetworzona relacja „dźwięku” liturgii jest najbardziej misteriorodna. W przekazie telewizyjnym element wydarzeniowy, widowiskowy Mszy św. może transmitowaną liturgię zupełnie pozbawić tego sakralnego wymiaru.

Jednak czy rzeczywiście w liturgicznych transmisjach poszukujemy misterium? Niestety, zdaje się, że i my, chrześcijanie, ulegamy przekonaniu, że bardziej liczy się atrakcyjność jakiegoś wydarzenia niż jego prawdziwość. Klasycznym tego przykładem jest transmisja pasterki Bożego Narodzenia sprawowanej przez Ojca Świętego w Watykanie. Pół biedy, gdy chęć „oglądnięcia Papieża” powoduje tylko zmianę godziny Mszy św., w której uczestniczymy, z 24.00 na 22.00 (jeśli jest taka alternatywa). Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że coraz częściej chęć ta prowadzi do rezygnacji z uczestnictwa w Pasterce.

Podnoszone wtedy argumenty są natury — nazwijmy je — estetyczno–komfortowej. W Bazylice św. Piotra jest piękniej niż we własnym kościele, a w fotelu dużo wygodniej niż w kościelnej ławce.

Osobiste uczestnictwo we Mszy św., być może nieudolnie sprawowanej, w kaplicy przerobionej z remizy strażackiej i z wątpliwej jakości kazaniem, ma daleko większą wartość niż niezliczone transmisje z tego czy innego świętego miejsca. Z prostego powodu — na Mszy św. jest realnie obecny Jezus, w telewizorze mamy tylko film o Nim.

Zapewne, gdyby Eucharystię i jej transmisję oceniać w kategoriach estetycznych, poznawczych czy emocjonalnych, to często Msza św. przegrywa w przedbiegach. Jednak prócz tych kategorii oceny, a właściwie przed nimi, są jeszcze inne — kategorie teologiczne, a te są jednoznaczne.

Proszę przechodzić dalej, tutaj nie ma nic do oglądania

Po co więc transmitować Mszę świętą? Jeśli po to, aby choć w ograniczonym wymiarze dotknąć tajemnicy — to najlepiej przez radio. Jeśli po to, by obejrzeć piękne i wzniosłe religijne wydarzenie — to przez telewizję bądź Internet. Tylko czy Msza św. jest do oglądania? Śmiem twierdzić, że nie. Liturgia Eucharystii zasadniczo różni się od wszystkich innych wydarzeń religijnych. Jest celebrowaniem tego, co w chrześcijaństwie najcenniejsze, najświętsze — samego Chrystusa. Starożytność chrześcijańska miała bardzo mocną tego świadomość. Jak wiadomo, Eucharystia zupełnie niedostępna była nieochrzczonym, a katechumeni byli odsyłani po liturgii słowa. Takie postępowanie wynikało z przekonania, że nie należy zezwalać na dotykanie tajemnicy tym, którzy jej nie rozumieją, nie są w stanie jej uszanować, nie są przygotowani do uczestnictwa w niej.

Dziś zatraciliśmy nieco (a może bardzo?) wrażliwość nakazującą chronić misterium przed wzrokiem tych, którzy go nie rozumieją. Eucharystia, miast celebrowaniu Chrystusa, służy często uświetnianiu świeckich uroczystości, w czasie których jej świadkami stają się ci, którym jest ona obca, a może nawet ci, którzy — mówiąc nieco eufemistycznie — zbyt pozytywnie do celebrującego ją Kościoła nastawieni nie są. Świadkiem telewizyjnej transmisji może przecież być każdy. I choć trudno porównać możliwość naruszenia świętości Eucharystii w kościele bezpośrednio podczas liturgii z komentarzami czy reakcjami przed telewizorem, to przecież nie można tego zupełnie bagatelizować. Zgadzam się więc z ks. prof. Tomaszem Węcławskim, który pyta, dlaczego nie wolno Eucharystii „powierzyć dłoniom wierzących chrześcijan świeckich, by zanieśli ją wszędzie tam, gdzie jest potrzebna i upragniona”, a „wolno ją (za pośrednictwem telewizji) wydać na pastwę przypadkowych spojrzeń i komentarzy?” 3. Czy przestała być już aktualna zasada: święte dla świętych?

Autor KAI–owskiej depeszy napisał, że pierwszą w diecezji gnieźnieńskiej Mszę św. via Internet będą mogli obejrzeć „internauci z całej Polski”. Niestety, korespondent KAI (zresztą w końcu kolega z firmy) popełnił w tej informacji zasadniczy błąd. Transmisję tę bowiem mogli obejrzeć nie tylko internauci z Polski, ale z całego świata. Internet, jak wiadomo, nie zna granic ni kordonów. Teoretycznie oglądać mógł ją każdy, kto ma dostęp do światowej sieci: wierzący i niewierzący, zainteresowany i niezainteresowany, pobożny i satanista. Teoretycznie oczywiście, bo trudno w tym megaśmietniku przypadkowo trafić akurat na tę stronę. Trzeba jednak pamiętać, że katolickie strony WWW są ulubionym przedmiotem ataków, o czym mogliśmy się swego czasu przekonać na stronie Przystanku Jezus.

Kościelny Big Brother

Wróćmy jednak do naszej internetowej transmisji Pierwszej Komunii. Dla kogo więc ona była?

Kiedy w grupie świeckich rozmawialiśmy nad depeszą KAI, bydgoski pomysł wywoływał u wszystkich obecnych jednoznaczne, niestety, skojarzenie. — Po co komu ten kościelny Big Brother? — ktoś w końcu zapytał. I trudno temu pytaniu nie przyznać sensowności. Granica między oglądaniem a podglądaniem jest dość delikatna.

Zachwytowi nad tym, co nowe, winno towarzyszyć krytyczne spojrzenie. Owszem, najnowsze metody przekazu należy bezwzględnie wykorzystywać w ewangelizacji, trzeba jednak wiedzieć, kiedy i do czego. To, że Internet daje takie możliwości, nie jest jeszcze powodem, by koniecznie z nich skorzystać.

Bydgoski eksperyment ma jeszcze jeden, wcale nie najmniej istotny, aspekt. Są nim pieniądze. Na internetowej stronie transmisji znajdują się bannery sponsorów przedsięwzięcia. To prawda, nie ma już dzisiaj prawie żadnego wydarzenia, którego nie rozpoczynałoby czy nie kończyło czytanie listy dobrodziejów, dzięki którym było ono możliwe. Być może jestem nadwrażliwy, ale nie wyobrażam sobie, by taka lista czytana była na początku czy końcu Eucharystii. Nie chciałbym, by towarzyszyło mi przekonanie, iż sprawuję Mszę św. sponsorowaną. Już chyba lepiej zejść do katakumb.

Błogosławieństwo z komórki

Jeszcze dalej w wykorzystaniu technicznych nowinek do transmisji liturgii poszli nasi bracia — niemieccy luteranie. Jak podały media, 3 maja odprawiono w Hanowerze nabożeństwo niedzielne, które po raz pierwszy transmitowane było — uwaga! — przez telefony komórkowe. Jak można było przeczytać w depeszy, która ukazała się na portalu Wirtualnej Polski, „czytania, modlitwy oraz błogosławieństwa będą za darmo wysyłane wszystkim chętnym (…), wierni będą także mogli przesyłać SMS–ami własne propozycje modlitw”. Mszalne SMS–y miały być transmitowane do ok. 2,5 tysiąca młodych ludzi w całych Niemczech. Organizator Mszy św. przez komórkę, pastor Stefan Heinze, wyjaśnił, jaki jest cel eksperymentu: „SMS–y to codzienny sposób komunikacji młodych ludzi. Myślę, że w ten sposób możemy ich przyciągnąć na łono Kościoła”. Zwracając się w Internecie do potencjalnych odbiorców (uczestników?) hanowerskiego pomysłu, reklamowano go następująco: „Teraz od was zależy, kiedy i jak będziecie uczestniczyć w Mszy, czy to w samotności, czy z przyjaciółmi, albo w tramwaju. To wasza decyzja”.

Po przeczytaniu takiej informacji chciałoby się wzruszyć ramionami, popukać w czoło i — zapomnieć. Niestety, nie da się przejść nad tym do porządku dziennego. Jak 4 maja donosiła Wirtualna Polska — „eksperyment uznano za bardzo udany i zaplanowano powtórki”. Można więc spodziewać się kolejnych komórkowych „nabożeństw”. Jak znam życie, można się szybko doczekać gorliwych naśladowców.

Dzięki Bogu, nie wszyscy podzielają zachwyt pastora S. Heinze. O hanowerskim eksperymencie negatywnie wypowiedział się luterański biskup Berlina Wolfgang Hubner, zaś w komentarzach ukazujących się na portalu www.wp.pl, tak wśród osób deklarujących się jako wierzące, jak i wśród niewierzących, dominowała daleko idąca dezaprobata wobec niemieckiego pomysłu.

Treść, a nie forma

W projekcie Mszy przez komórkę najciekawsza jest motywacja jego autorów. Pierwszy powód można nazwać ewangelizacyjnym. Chodziło o to, by — jak twierdzili organizatorzy — „dotrzeć zwłaszcza do młodych, którzy stracili zainteresowanie Kościołem”. Zgadzam się, iż jednym z podstawowych zadań pastoralnych Kościoła jest poszukiwanie nowych form ewangelizacji i wykorzystanie możliwości, jakie daje najnowsza technika. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż cały sekret powodzenia ewangelizacji tkwi w nowości, by nie powiedzieć — nowoczesności, formy. Jej zasadniczym atrybutem wcale nie ma być nowość rozumiana jako nowinkarstwo. Każda technika ewangelizacji musi podlegać interpretacji teologicznej. Trzeba zbadać, czy posiada ona coś, co Francuzi nazywają capacité, a język niemiecki wyraża słowem Fähigkeit, tzn. zdolność, zdatność, pojemność. Innymi słowy, należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy dana forma zdolna jest wyrazić tę czy inną ewangelizacyjną treść. Coś, co nadaje się do przesyłania pozdrowień czy nawet biblijnych cytatów, niekoniecznie musi dobrze służyć transmisji Mszy św.

Forma pełni rolę wtórną i służebną wobec treści. Podstawowym zmartwieniem Kościoła w dziedzinie ewangelizacji wcale nie jest adaptowanie najnowszych metod do wyrażania dobrej nowiny, ale nieustanne dążenie do jej lepszego rozumienia. Z tego dopiero rodzi się pragnienie przekazywania ewangelii nie tyle w sposób interesujący, ile bardziej — intrygujący. Wcale nie chodzi o to, by zainteresować ludzi Kościołem czy nawet ewangelią. Trzeba raczej sprawić, aby przejęli się własnym losem, zbawieniem, aby traktowali Boga poważnie. Miał rację pastor Heinze — takie eksperymenty jak ten hanowerski budzą zainteresowanie Kościołem, z tym tylko, że jest ono dość powierzchowne i raczej wątpię, czy zaowocuje nawróceniem. W ostateczności ludzie muszą się zafascynować Chrystusem, a nie formą, w jakiej Go światu zaproponujemy. Zainteresowanie nowinkami ma to do siebie, że szybko się one nudzą i ich odbiorca domaga się kolejnych.

Człowiek musi się przekonać, iż potrzebuje Chrystusa. Temu celowi powinno podporządkowane być wszystko. Śmiem wątpić, czy służy temu błogosławieństwo przez komórkę.

W kościele, w Internecie, w SMS–ie…

O ile pierwszy powód komórkowej „transmisji” nabożeństwa jest dyskusyjny, o tyle drugi — zlikwidowanie potrzeby udawania się do kościoła — jest po prostu absurdalny, kwestionuje bowiem to, co dotychczas było principium liturgii. Wystarczy mieć przy sobie telefon komórkowy, by uczestniczyć w liturgii. Nie ma tutaj mowy nawet o formie uczestnictwa zastępczego, z którym mieliśmy do czynienia w przypadku papieskiej nauki o transmisji telewizyjnej. Stwierdzenie, iż od ludzi zależy, kiedy i jak będą uczestniczyć we Mszy relatywizuje wartość realnej obecności. Sankcjonuje już nawet nie teleuczestnictwo, lecz uczestnictwo quasi–tekstowe, i czyni równoprawnymi wszystkie te formy partycypacji w liturgii. W tej sytuacji można sobie wyobrazić taką obecność nie tylko w tramwaju, ale także przy piwie, w toalecie i przy obieraniu marchewki.

Zastanawiam się, jak bardzo trzeba nie wierzyć w to, co się dokonuje podczas sprawowanej przez Kościół Wieczerzy Pańskiej (nawet w protestanckim rozumieniu), by wpaść na pomysł, iż można w niej brać udział, wysyłając (do kogo? do celebransa?) SMS o treści np. „Amen”. Wypada w tym miejscu ucieszyć się ze zdrowego podejścia bp. W. Hubera z Berlina, który przypomniał, iż usługi SMS–owe nie mogą zastąpić doświadczenia, jakim jest uczestnictwo w nabożeństwie.

Hanowerski precedens otwiera zupełnie nowe przestrzenie i możliwości, przed którymi zdrowy rozsądek (nie mówiąc już o zdrowej teologii) się buntuje. Na pytanie, czy można transmitować Mszę św. przez Internet czy telefon komórkowy, trzeba oczywiście odpowiedzieć: można, przecież najnowsza technologia na to zezwala. Natychmiast trzeba jednak do tej odpowiedzi dodać pytanie: ale po co? Sens takich pomysłów wydaje się mniej (Internet) lub bardziej (komórka) wątpliwy. Trudno się w nich doszukiwać duszpasterskiego uzasadnienia i teologicznego sensu. Wydaje się, że u początków tych pomysłów znajdują się racje zupełnie pozateologiczne i wynikające z niezrozumienia tego, czym rzeczywiście jest Eucharystia, nawet gdy myślimy o niej w kategoriach teologii luterańskiej.

W jednym z listów nadesłanych do bp. J. Gaillot (tego od cyberdiecezji) ktoś napisał, że gdyby dzisiaj przyszedł Jezus, to na pewno zamieszkałby w Internecie 4. Wciąż nie wiem, skąd ta pewność. Swoją drogą, czy nie zamieszkałby także w SMS–ie?

1 J. Bohdziewicz, „Komunia a telekomunikacja”, „W drodze” 7/2000.
2 W. J. Ong, Oralność i piśmienność, Lublin 1992, s. 104–105.
3 T. Węcławski, Wielkie kryzysy tradycji chrześcijańskiej, Poznań 1999, ss. 46–47.
4 J. Gaillot, Eglise virtuelle, Eglise de l’an 2000. Un évęque au royaume d’Internet, Paris 1988, s. 32.

Można, ale po co?
Andrzej Draguła

urodzony 5 stycznia 1966 r. w Lubsku – kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, publicysta, laureat nagrody dziennikarskiej „Ślad" im. bp. Jana Chrapka (2018)....