Zdziwienie

Nie wiem, czy kiedykolwiek bym trafił do księdza Jana, gdyby nie Wiesław Komasa. Miałem telefon Księdza, protekcje, ale nie miałem odwagi, żeby zawracać mu głowę. Dzięki Wiesiowi wszystko stało się cudownie proste. Zwierzyłem mu się z mego pragnienia, a na drugi dzień siedzieliśmy w pokoju księdza Jana.

— Muszę się pochwalić, że to ja poleciłem ojcu Babrajowi do „W drodze” Annę Kamieńską… — powiedział ksiądz Twardowski, gdy zostałem mu przedstawiony.
— Tak, to były czasy, kiedy żyli i pisali dla nas najwięksi: Kamieńska, Kijowski, Brandstaetter… I Ksiądz gościł na naszych łamach — dodałem z rozrzewnieniem. — Może by zgodził się Ksiądz porozmawiać ze mną dla „W drodze”…
— Tak, pewnie…

Ustaliliśmy termin. Za tydzień.

— Tylko dwa dni wcześniej niech pan zadzwoni, żeby potwierdzić.

Rzuciłem się w wir przygotowań, obłożony stertą książek. Czytałem i czytałem. Zadziwiające, ile ten naśladowca św. Franciszka napisał i ile o nim napisano.

Termin się zbliżał, a ja wiedziałem, że zaczerpnę co najwyżej łyżeczkę z tego oceanu mądrości, którym jest twórczość księdza Jana. Wiele jego wierszy znam na pamięć, ale dręczyła mnie uwaga arcybiskupa Życińskiego, który bolał w rozmowie z ojcem Pawłem i ze mną, że w Polsce jest tak słaby odbiór księdza Twardowskiego.

— Jak to? — odpowiedziałem wówczas zdziwiony. — Przecież to prawie najpopularniejszy pisarz, ma największe nakłady.
— Owszem, jest popularny, ale ludzie podziwiają tylko jego wiersze o ptaszkach, biedronkach i na tym się zatrzymują, a u niego jest głębia, wielka mądrość i teologia…

Zgłębiałem więc, ile mogłem, te mądrości, choć już sam nie wiedziałem, czy nie sensowniej pójść do lasu i tam, podglądając świat księdza Jana, szukać natchnienia do rozmowy.

Zgodnie z umową dzwonię dwa dni przed terminem. Cisza. Telefonuję rano, w południe, wieczorem. Nic. Drugi dzień. To samo. Boże, co robić? Pojadę i na darmo. Nie pojadę, a może Ksiądz będzie czekał. W ostatniej chwili wpadam na pomysł, żeby zadzwonić do znajomej wizytki, siostry Anny Bronisławy. Ksiądz mieszka przecież przy kościele. Może ona coś zaradzi. „Pan Bóg, zamykając drzwi, otwiera okna” — powiada ksiądz Jan. Zawsze jest jakieś wyjście. Jest siostra Bronisława. Referuję jej sprawę. Proszę o pomoc.

— To pan nie wie, że Ksiądz nie odbiera telefonów?…

Na koniec dnia otrzymuję wiadomość: Ksiądz pamięta o spotkaniu i będzie czekał.

Zakapslowana butelka

Tuż przed wyjazdem z Poznania spotykam ojca Karola Meissnera. Nie widziałem go parę miesięcy. Opowiadam podniecony o mojej podróży. Ojciec Karol uśmiecha się.

— Wielki pisarz, wspaniały ksiądz… To dziwne, ale dla mnie w jego wierszach jest jakiś smutek. Może nie smutek, ale jest w nich jakaś melancholia. Kiedyś zapytałem go, dlaczego jego wiersze są takie radosne i smutne jednocześnie, a on mi odpowiedział: bo takie jest życie… U wizytek przełożoną jest moja kuzynka, matka Klaudia Niklewicz. Ciekawa postać. Kiedy w czasie wojny wstąpiła do zakonu, nasza ciotka, Izabela Wolikowska, stwierdziła, że wolałaby ją widzieć w trumnie niż w zakonie. Niedługo potem zginął w powstaniu warszawskim jej syn. I wtedy powiedziała, że nie wiedziała, co mówi.

* * *

Z trudem wydostaję się z autobusu na Krakowskim Przedmieściu przy kościele wizytek. Ludzie w przejściu nie chcą ustąpić miejsca. Wychodzę zdenerwowany. Poprawiam ubranie.

— I co, okradli pana? — zwracają się do mnie ludzie siedzący na przystanku.
— Nie wiem, a czemu?…
— Panie, to znana szajka tu w okolicy.

Zdenerwowany kładę bagaże na cokole pomnika Stefana Wyszyńskiego. Chyba wszystko mam. W każdym razie jest magnetofon. Bez niego moja wyprawa nie miałaby sensu. Idę na furtę do sióstr na spotkanie z matką Klaudią. Naciskam dzwonek pod maleńkim zakratowanym okienkiem w ścianie. Czekam. Cisza. Pociągam więc też za sznur od dzwonka. Pewnie w tym miejscu to skuteczniejsze narzędzie komunikacji. Rozglądam się po pomieszczeniu. Na ścianach kamienne tablice z wyrytymi maksymami założyciela zakonu, Franciszka Salezego: „Żyjemy tak, jakbyśmy mieli ducha w Niebie, a ciało w grobie”. Niezła zachęta przed spotkaniem. Zwykle rozmawiam z osobami z krwi i kości. Opuszczają mnie wszystkie siły. Po podróży chciałem jeszcze zapytać o toaletę. Rezygnuję z tego. Po dłuższej chwili w okienku słyszę jakiś szept. Intuicyjnie odpowiadam.

— Ja jestem umówiony z Matką przełożoną…
— Proszę przejść do trzeciej rozmównicy, tylko proszę zamykać za sobą drzwi.

Wchodzę. Wita mnie zdjęcie uśmiechniętego księdza Bronisława Bozowskiego. Cała sylwetka, naturalnych wymiarów. Jakby symboliczne uszanowanie zamiłowania księdza Bronisława do fotografii. Dobry duch tego miejsca. Patrzę na jego uśmiechniętą twarz. Święty dziwak. Przypominają mi się wszystkie opowieści o nim. Jan Góra mówił, że prymas Wyszyński kochał wszystkich księży dziwaków i przygarniał ich do siebie. Wizytki miały to szczęście, że większość lądowała u nich na kapelanii. Księża Jan Zieja, Kazimierz Orzechowski, Jan Twardowski, Bronisław Bozowski. Podobno kiedyś Prymas wezwał ks. Bronisława i chciał go zrobić proboszczem. Pytał, czy przyjmie to stanowisko.

— Nie mogę.
— Czemu?
— Bo mam hemoroidy.
— A co to ma wspólnego z proboszczowaniem? — pyta zdziwiony Prymas.
— Bo proboszcz musi siedzieć na miejscu.
— Bronek, ty naprawdę masz hemoroidy?
— Nie wiem… ale lekarz tak mówił.

* * *

Za kratą pojawia się matka Klaudia.

— Matko — zaczynam brnąć — ja idę za chwilę na rozmowę z księdzem Janem, ale chciałem trochę poznać to miejsce, w którym on tyle lat mieszka. Myślę, że ono go jakoś stwarza… On tu prawie pół swego życia…
— Tak, ksiądz Jan przyszedł do nas w 1959 roku, pamiętam dokładnie, to było pierwszego sierpnia, w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, nie był wtedy tym znanym poetą…
— No właśnie, gdyby mi Matka opowiedziała trochę o czasach powstania warszawskiego, bo przygotowujemy sierpniowy numer „W drodze”. Tyle ciekawych rzeczy słyszałem. Podobno jedna siostra trafiła do was w ten sposób, że niedaleko kościoła zastrzelono jej męża, a ona pędzona przez Niemców doszła do dziedzińca Uniwersytetu, tam się przedostała przez dziurę do klasztoru i już u was została…
— Chodzi panu o siostrę Marię Donatę. To było tak. Szłyśmy na miasto zdobyć jakiś samochód, żeby wywieźć chore i stare siostry. I ona, pani sędzina, dołączyła do nas, żeby sprawdzić na Nowym Świecie, co z jej mężem. Kiedy upewniła się, że mąż nie żyje, odsunęła go na bok i czymś go przykryła. Nic więcej zrobić nie mogła. Potem wróciła z nami i została na zawsze. To była cudowna siostra. W ogień by poszła za nas. Nie daj Boże, gdyby ktoś powiedział coś na nas przy niej.
— A Matka kiedy wstąpiła do wizytek?
— W 1943 roku. Przedtem studiowałam medycynę w Poznaniu.
— To tak jak ojciec Karol Meissner.
— W czasie wojny on kończył dopiero gimnazjum. Mówiliśmy, że jak skończymy szkoły, to pojedziemy na misje. Kiedy w czterdziestym trzecim wstąpiłam do wizytek, powiedział: „No, ty już swoje misje znalazłaś. Módl się za mnie, żebym ja swoje znalazł”. W końcu wstąpił do benedyktynów. I tak oboje znaleźliśmy się w klasztorach kontemplacyjnych. Chcieliśmy oboje na misje, ale to Pan Bóg wszystkim kieruje. W czasie powstania ojciec Karol, wtedy jeszcze Wojtek, był sanitariuszem. Któregoś dnia w szpitaliku na ulicy Hożej 13 wybuchł pocisk wystrzelony z niemieckiej „krowy”. W pomieszczeniu był Wojtek ze swoją matką i jeszcze jedną lekarką, którą ten pocisk rozerwał na kawałki. Wojtek został raniony jej kością.
— Może dlatego został najpierw lekarzem, a potem księdzem… Matko, a co się z wami działo w czasie powstania?
— Ten teren nie był objęty bezpośrednio powstaniem. Naprzeciwko nas była komenda gestapo. Niemcy wchodzili do nas, kiedy chcieli. Pozabijali nam krowy, kury. Jednak i tak tym wszystkim, co mieliśmy, dzieliliśmy się z powstańcami. Jak było trzeba, to i Niemca opatrzyłam, choć się strasznie wzbraniał, bo bał się, że mu krzywdę zrobię. Różne rzeczy robiłyśmy. Kąpałyśmy niemowlaki, bo dzieci dostawały łatwo odparzeń.
— Czyli klauzura w wojnę nie istniała?
— Istniała, tylko była naruszana z zewnątrz. Poza tym klauzura zawsze ustępuje dobru wyższemu.
— Słyszałem, że wy i dzisiaj pomagacie ludziom. Jak to jest możliwe z zamknięcia? Rozumiem, że modlitwą, ale jak jeszcze?
— Dowiadujemy się, kto jest w biedzie. Dajemy obiady, zapomogi, rozmawiamy. Tylko do rozmów trzeba być specjalnie przygotowanym. Brakuje nas.
— A kraty w rozmównicy nie przeszkadzają?
— Krata łatwiej otwiera człowiekowi serce. Myślę, że jest on za nią spokojniejszy.
— Ile was tu jest, Matko?
— Prawie czterdzieści.
— Czy zdarza się, że ktoś nie wytrzymuje tego odcięcia od świata?
— Jak jestem tu 58 lat, to był tylko jeden przypadek, w czasie wojny. Te pięć i pół roku odcięcia od świata do czasu ślubów wieczystych wystarcza, żeby wszystko przemyśleć. Przesiew dokonuje się w postulacie albo nowicjacie. Życie w świecie może odciągać, a my jesteśmy jak w zakapslowanej butelce.
— Muszę już iść na spotkanie z księdzem Janem, ale czy Matka by jeszcze kiedyś zgodziła się ze mną porozmawiać o waszej duchowości…
— Proszę. Ale może ksiądz Jan panu coś o nas opowie.

Ptasi domek

Wchodzę do „ptasiego domku” księdza Jana. Ciepłe, kolorowe wnętrze. Ksiądz siedzi na tapczanie przy piecu, który cały jest pomalowany, chyba przez dzieci. Ludziki, zwierzątka, podziękowania. Widać gospodarz zezwala na te graffiti. Cały pokój jest przedziwnym połączeniem świata dziecka i osoby starszej, wnuczka i dziadka. Lalki, Pinokio, Alf urzędują na antykach. Współistnieją z sentymentalnymi pamiątkami z dawnej epoki. Zdjęcia najbliższych, dworków, malarstwo religijne i dziecięce obrazki wykonane z płatków owsianych i ryżu, świątki. Po ścianach, podłogach, wszędzie rozpełzły różnej wielkości biedronki — ukochane stworzenia Księdza. Nikt tu sobie nie przeszkadza.

Z ogrodu przez uchylone okno wdziera się świergot ptaków. Ksiądz Jan mówi cicho, bardzo cicho, jakby nie chciał im przeszkadzać albo być słyszany.

* * *

— Dlaczego Ksiądz tak ukochał dziecko?…
— Bycie dzieckiem to istota chrześcijaństwa. Mało się o tym mówi, że jeden tylko Jezus zwrócił uwagę na dziecko. Ani Mahomet, ani Budda, ani inni przywódcy religijni. Tylko Jezus. I sam jako dziecko przychodzi. To jest genialność chrześcijaństwa, że człowiek jest dzieckiem Pana Boga. Żadne wyznanie tego nie ma. Jezus jest niezwykły. Człowiek by sobie takiego Boga nie wymyślił, bo nikt by mu w takiego Boga nie uwierzył. Stwórca świata, władca świata jest w każdej religii, ale nigdzie nie ma Boga jako dziecka. Jezus uczył być dzieckiem Boga. Bycie dzieckiem jest niezależne od wieku. Można mieć nawet sto lat. Człowiek dorosły to dziecko, które za szybko urosło.
— Dzieci są cudowne i kochane, ale potrafią też być złośliwe i nieznośne. Księdzu to zdaje się nie przeszkadza. Ksiądz napisał taki cudowny wiersz o dzieciach w Kościele, o tym, że tylko im się nie nudziło w czasie kazania, stale miały coś do roboty, oswajały sterczące z ławek zdechłe parasole, pokazywały różowy język, liczyły pobożne nogi pań, pieniądze na tacę odkładały na lody itd., ale Jezus brał je z powagą na kolana.
— No tak, mnie dzieci nigdy nie przeszkadzały, nie drażniły. Są księża, co potrafią z ambony huknąć: „Proszę uciszyć! Proszę wyprowadzić to dziecko!”.
— Pewien ksiądz oprowadzał mnie po budowie kościoła i z dumą mi komunikował, że pod chórem będzie takie oszklone pomieszczenie, szklana klatka, dla rodziców z dziećmi. Będą tam uczestniczyć we Mszy, ale nie będą nikomu przeszkadzały.
— To straszne, to okropne. Ludzie nie mają poczucia humoru. Chcą być bardzo poważni i dlatego wszystko im przeszkadza. A humor to znaczy śmiać się z siebie, mieć dystans. W humorze jest wielka pokora. W Kościele jest za mało humoru. A im kto bardziej poważny, tym bardziej śmieszny.
— Ksiądz napisał Niecodziennik. To eksplozja humoru. Są tam dowcipy o małżonkach i o księżach. Cały lud Boży na wesoło.
— Są tam też ważne nauki: młodej kobiety bój się, a przed starą uciekaj.
— Tak, ale całość kończy się dosyć dziwnie, Suplikacjami.

Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty
Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną
Kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom
Teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami
Dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno i ciemno
Uśmiechnij się nade mną.

— Wszyscy kochają Księdza za twórczość pełną niesamowitego humoru, ale czy możliwe, że na jego dnie czai się łza, smutek, że jest Księdzu duszno i ciemno?
— Moje wiersze są szczęśliwe, pogodne, bo jestem szczęśliwym księdzem. Mogą być niewydarzone, ale one są pogodne. „Kolę samotny w wieczór wilgotny” — to jest ładny wiersz pesymisty, prawda? Z drugiej strony wszyscy humoryści mieli rozmaite depresje i chwile smutku. Kiedy byłem chłopcem, pojechałem do Kornela Makuszyńskiego, byłem zafascynowany jego dowcipem. Przychodzę, po chwili służący przyniósł mi list od niego, że jest w tak złym humorze, żeby się powiesił, więc mnie nie może przyjąć. A ja poszedłem poznać humorystę. Jest taka anegdota, że Mark Twain poszedł do psychiatry, a ten zalecił mu czytać na depresję Twaina. Moje wiersze są pogodne, choć mogą w nich być też treści smutne. Tak jak w ewangelii, która jest dobrą nowiną, ale opisuje często rzeczy smutne.
— Ale skąd ten smutek?
— Smutek jest czymś pięknym, tak samo jak samotność. Są niezbędne dla prawdziwej miłości. Smutek jest dowodem na istnienie Boga, bo jest świadectwem, że ten świat nie wystarcza, że za czymś tęsknimy.
— No właśnie, ale ten jeden z najpiękniejszych Księdza wierszy, Kochanowskiego przekład psalmów, jest pełen melancholii i tęsknoty nie tylko za Bogiem:

Powróć mi Panie z dawnych lat
herbaty gorzkiej łyk w manierce
i umarłego ojca list
sweter od siostry matki serce.

— To ładne… i pan to wszystko pamięta.
— Bardzo ładne, a dalej jest:

Kochanowskiego przekład psalmów
spalony z Wilczą w czas powstania
i wszystko, czego, życzę innym —
a sam niestety nie dostanę…

— Czego Ksiądz nie dostanie?
— Wszystkiego nie dostanę…
— Ale Ksiądz pisze, że nie dostanie tego, co inni być może dostaną, bo im życzy… Jakby Ksiądz coś bezpowrotnie utracił, jakby się coś nie spełniło.
— Niespełnienie jest czymś pięknym. Spełnienie zwykle jest rozczarowaniem.
— Ksiądz potrafi kochać bez wzajemności?
— To jest ta moja myśl: miłość za Bóg zapłać.
— Za Bóg zapłać… Potocznie to powiedzenie ma charakter ironiczny.
— A to najpiękniejsza rzecz. Bóg mnie kocha za to, że ja kocham innych. Oni mogą mnie nie kochać, ale za to kocha mnie Bóg. Moja miłość zostaje spełniona poprzez miłość Boga. To jest miłość za Bóg zapłać.
— Ależ Ksiądz jest wybrykiem natury.
— Zakochany dziadek. Wybryk natury.
— Prawie każdy szuka w miłości akceptacji, wzajemności.
— Ja tak nie miałem… Ja byłem zawsze na kobiety niezaradny, i to dzięki Bogu. Dlatego jestem księdzem. Ja byłem taki niepraktyczny, nierealny. Podkochiwałem się, umawiałem z dziewczynami, a one we mnie szukały powiernika, a nie kochanka. Dostrzegam, jak ludzie strasznie ranią się miłością. Miłość bardziej rani niż nienawiść.

Tak to jest, że piękno jest smutne, bo jest ulotne. Nie mogę tego rozgryźć… Jest jakiś smutek piękna.

— Mój mistrz, Roman Brandstaetter, często to powtarzał. Zresztą chyba większość poetów.
— Tak, piękno jest ulotne, ale gdyby takie nie było, byłoby nudne.
— Z miłości jesteśmy i w miłość się obrócimy, napisał Brandstaetter.
— A Brandstaetter był ortodoksyjnie wierzący?
— Tak.
— Bo drażni mnie, że ci wszyscy pisarze wybitniejsi muszą mieć jakąś swoją wiarę. Herbert, Miłosz. Brakuje mi u nich tej zwykłej wiary biorącej się z pokory. Przecież to jest coś pięknego. Być człowiekiem wybitnym i mieć prostą wiarę. Nie, oni tworzą ciekawszą wiarę. Być wybitnym człowiekiem i iść do spowiedzi. Nie od razu do księdza Zieji, ale do zwykłego, pierwszego lepszego księdza na wsi. To jest jakiś urok, prawda? Oni nie widzą, że coś tracą. Gdyby mieli przy tej całej swojej odrębności kultury taką zwykłą pobożność dziecka…

Samotność i telefon głuchy

— Ksiądz jest autorem jednego z najpiękniejszych wersów w polskiej literaturze.
— Naprawdę? Pan jest dla mnie taki miły jak na pogrzebie.
— Tak. „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą, zostaną po nich buty i telefon głuchy”.
— Spotykałem to w nekrologach, ale i w zaproszeniach ślubnych. Pewna pani to napisała, bo się bała, że narzeczony jej ucieknie. To się więc stosuje nie tylko na pogrzeb, ale i na wesele. Chociaż ludzie najczęściej łączą to z pogrzebem. Kiedy ja ten wiersz napisałem dla Anny Kamieńskiej, to ona była najzdrowsza w świecie. Umarła zresztą na serce, mając w ręku jego najlepszą diagnozę.
— Czyli to zdanie jakoś przerosło Księdza intencje?
— Tak, przecież kobiety nie umierają na zawał.
— Kamieńska w Pustych miejscach napisała jedno z najpiękniejszych dopowiedzeń: „Nikogo nie zdążyłam kochać, choć tak się spieszyłam”. Ale przecież to jest nieprawda. Kochała męża, dzieci, przyjaciół. Dlaczego te oskarżenia u poetów, u świętych? Czy to nie jest zabieg literacki, fałszywa pokora?
— Pisze się trochę tak, jak nie jest. Poza tym im człowiek bardziej kocha, tym bardziej widzi, jak ta miłość jest niedoskonała. I nawet z powodu drobiazgów ma wyrzuty sumienia.
— Ksiądz też w wielu wierszach oskarża się o nie swoje winy. Na przykład przeczytajmy wiersz On

Zatrzymał się
cień pod oknem
nade mną chmury wędrowne
udam że mnie nie ma
zapomnę
puka
znów nie otwieram
myślę: Późno ciemno.
— Kto? — pytam wreszcie
— Twój Bóg zakochany
z miłością niewzajemną.

Przecież Ksiądz jest do obłędu zakochany w Panu Bogu.

— Ale ja słyszę innych. Poza tym człowiek nie potrafi być jednakowy.

Zdziwienie

— W wierszu Wołanie Ksiądz prosi Boga, by go nauczył „cierpienia bez pytań”. Przecież Ksiądz nie zadaje Bogu pytań. Niektórzy wręcz Księdzu zarzucali, że w Księdzu nie ma buntu. A powiadają, że prawdziwy pisarz, widząc cierpienie w świecie, powinien się buntować.
— Nie potrafię. Miałem taką wrodzoną cechę, że raczej dziwiłem się, niż buntowałem. Zdziwienie — to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie rozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale jest we wszystkim sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: „Dzięki Bogu, że odszedł…”. Zaufanie… Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Przecież kiedy Bóg żył, to nie było niewierzących, a On stale zarzucał ludziom niewiarę w Boga. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. Teolog tłumaczy wszystko.
— Ksiądz napisał, że czeka na Niebo, bo tam się wszystko wyjaśni. To jak będzie w Niebie z niedomówieniem?
— Wszystko się nie wyjaśni. Na tym będzie polegała rozkosz w niebie, że będziemy bezustannie poznawać tajemnice Boga, który jest nieskończony. To się wyjaśni, że się nie wyjaśni. Wyjaśnią się może jakieś dogmaty, sens cierpienia.

Sztuka jest sztuczna

— Mówiąc: ksiądz Jan, większość myśli — poeta. Ta wielka sława spadła na Księdza — jak mówi Andrzej Sulikowski — na emeryturze.
— No tak, właściwie jestem nastolatkiem, jeśli chodzi o drukowanie moich wierszy. Uważam, że to dobrze, iż to tak późno przyszło, bo człowiek jest bardziej autentyczny. Kiedy jest drukowany, to się podciąga pod ten obraz. Dobrze, jak człowieka nie wydaje się za młodu. Mówili mi, że włosy im na dłoni wyrosną, jak moje wiersze ktoś będzie kiedyś czytał.
— Poeta to powołanie w powołaniu. Te dodatkowe powołania bardzo wzbogacają kapłaństwo. Są księża lekarze. Znam takiego cudownego benedyktyna, ojca Karola Meissnera…
— Wiem, wiem, rozmawialiśmy z sobą…
— Jak wyglądało kiedyś Księdza kapłaństwo, gdy nie był tym znanym poetą? Czy było uboższe?
— Myślę, że było takie samo. Jestem wychowany w kulcie sztuki, ale wiem, że człowiek, gdy choruje, to sztuka go nic nie obchodzi. Jeszcze nikt, gdy umierał, nie pytał mnie o Norwida ani Słowackiego. Pytali o modlitwy, chcieli, żeby z nimi pobyć, pomilczeć albo bym ich wyspowiadał. Ja myślę, że sztuka ma swoje granice. Nazywa się brzydko sztuką, to znaczy sztuczną rzeczą. Jest niewątpliwie wielka, ale w pewnym momencie odbiega od życia. Na przykład w czasie Mszy świętej… Bach. Bach jest genialnym muzykiem, ale tutaj jest Msza, dramat Jezusa, a raptem muzyka. Kiedyś w czasie okupacji byłem świadkiem, jak Niemcy rozstrzeliwali Polaków i w tym czasie z płyty dobiegał z jakiegoś okna Szopen. Pomyślałem: obrzydliwy Szopen, tak nie pasował. Wolę niesztukę w sensie prawdy o życiu, rzeczywistość nieprzepięknioną. Sztuka wytwarza genialną formę, ale nieraz ta genialna forma drażni. Tomasz Mann napisał piękne opowiadanie Tonio Krőger. Główny bohater, artysta, zazdrości swojemu koledze, że potrafi prosto, pięknie kochać, żyć, chociaż nie zna się na sztuce. Artysta tego nie potrafi.
— Ksiądz przez swe wiersze pełni posługę kapłańską, bo niesie Ksiądz w wierszach nadzieję.
— Myślę, że ludzie cierpiący nie chcą wierszy. Nawet moich. Dla ciężko chorych to wszystko nie jest ważne. Był taki wielki muzyk, profesor. Przed śmiercią chcieli mu puścić Bacha, w pięknej interpretacji, a on — nie, opędzał się jak od pszczoły. Sztuka daje oczyszczenie i wzruszenie, ale są granice. Nie bardzo wierzę, że ktoś umiera i grają mu Szopena. Dopiero po śmierci grają człowiekowi marsze, nokturny, przemawiają wierszami nad jego trumną… Pewnie, że ludzie nawet zabijają się dla sztuki, ale ja widzę jej granice. Może nie mam racji, ale takie mam doświadczenie. Człowiek przed śmiercią szuka prostej prawdy.

Wielki filozof, profesor Kotarbiński, agnostyk, godzinami rozmawiał na koniec życia o Bogu z prostaczkami. Miał dość inteligentów mówiących o wierze. Unikał też księży. Interesowało go, dlaczego wierzy prosta babka, prosta kobieta.

Nie zamierzałem być księdzem

— Ksiądz kiedyś napisał wbrew temu, co mi teraz mówi o sztuce, że najlepiej i najprościej prawdy wyraża się wierszem, więc ja zapytam: czy to nie jest tak, że Ksiądz zna udręki z drugiej ręki? Ksiądz nie przeżył wielkich dramatów, nawrócenia, miał szczęśliwy dom. Kiedyś Ksiądz powiedział, że jednym z największych cierpień dla Księdza było to, że nie zdążył z posługą przed śmiercią do kobiety, którą się duchowo opiekował. Owszem, to przykre. Ale to nie są największe koszmary, jakie ludzie przeżywają.
— Rzeczywiście, jak patrzę na moje życie, to jestem szczęściarzem. Są rozbite rodziny, a ja miałem szczęśliwy dom. Moje kapłaństwo było szczęśliwe. Ktoś może trafić na proboszcza potwornego, a ja miałem niezwykle miłego. Śmieszny, ale bardzo miły. Dawna pobożność. Ludzi dobrych poznawałem. Kobiety same dobre poznawałem, bo nieraz kobiety kuszą, zabawę sobie z księdza robią, bo jest sam.
— Einstein powiedział, że Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych. Czy ta prawda nie odnosi się do żywota Księdza?
— Myślę, że znam cierpienie, dramaty. W czasie powstania zginęli wszyscy moi koledzy. Człowiek został sam z wyrzutem sumienia, dlaczego on ocalał. To jest problem, to jest przeżycie. Dramat pokolenia… To mi życie ustawiło, ja nigdy nie zamierzałem być księdzem. Zajmowałem się literaturą. Chciałem iść w tym kierunku. Moje powołanie wzięło się w dużym stopniu z tych przeżyć.
— Dlatego ten wiersz O spacerze po cmentarzu wojskowym.

Że też wtedy beze mnie
przewracali się w hełmie
lecąc twarzą bledziutką na bruk
 
Jurku z Wojtkiem i Jankiem
Klękam z lampką i wiankiem
Z czarnym kloszem sutanny u nóg…

Jest u Księdza tyle współczucia dla biednych, grzeszników, chorych. Pamiętam, jak mnie wzruszył Księdza wiersz o tym, żeby nie być czcigodną osobą, której parasol podają, ale być chlebem, czymś, z czego robią radio, żeby choremu przy termometrze śpiewało…

— Ja wiem, że człowiek nie powinien przyznawać się do takich szlachetności… ale męczę się cierpieniami innych. Przychodzą ludzie, że mają raka, że zdrada małżeńska… Człowiek się boi, że zobojętnieje na to, ale jeszcze jakoś nie zobojętniałem. Najważniejsze jest dawać tym ludziom nadzieję. Ksiądz ma taką wiedzę, jakiej inny nie ma.
— Czy wchłonięcie dramatów w konfesjonale nie jest ponad siły człowieka?
— Tak, to jest bardzo ciężkie, a jak się człowiek wyłączy, to ludzie to zaraz wyłapią. Chyba najważniejszą rzeczą, jaką możemy dać człowiekowi, to wysłuchanie. Był lekarz na oddziale psychiatrycznym, pojechał na urlop i zastąpił go ginekolog. I był idealny, bo on tylko wysłuchiwał, a tamten psychiatra radził. Potem pacjenci chcieli chodzić tylko do niego. Nie można się wtrącać, ale do końca wysłuchiwać cierpienia.

Co do tych linii krzywych, to przypomniała mi się opowieść o pewnym człowieku, który do świętości doszedł w toalecie. Ktoś tam powiesił kartki wyrwane ze świętej książki. Ten człowiek tam codziennie przychodził, czytał je i nawrócił się. To jest przykład, jak Bóg pisze prosto po liniach krzywych.

Wrogowie albo początek życia duchowego

— Kamieńska napisała, że wszyscy odwracają się do Księdza dobrą stroną, jak słoneczniki. Wszyscy chcą być z Księdzem dobrzy. Ksiądz rzeczywiście nigdy nie miał wrogów?
— Może i są, ale ja o nich nie wiem. Kiedyś mi się wydawało, że ktoś mi jest bardzo nieprzychylny, a potem się okazało, że ja to sobie wmówiłem. Wielu powiadało, że jestem grafomanem.
— Ksiądz musi mieć jakąś receptę, żeby nie przeżywać życia we wrogości.
— To jest wrodzone, to nie jest moja żadna zasługa. Jednej sprawy mnie uczono: żeby dziękować za wszystkie przykrości w życiu. I to jest bardzo trudna rzecz. Trzeba przyjmować przykrości jako łaskę. A my się buntujemy, zaraz popadamy w depresję. Przyjąć to jako łaskę… to jest początek życia duchowego. Budować na przykrościach, które nas spotykają. Bo to jest wiara absolutna, że Bóg wszystkim kieruje. I że Bóg to wszystko robi dla mojego dobra. Ale to wymaga dużej wiary.

Tylko niech pan nie robi ze mnie świętego, bo to jest najgorsza rzecz. Bo to już jest koniec.

— Co ja za to mogę, że wszyscy do Księdza odwracają się jak słoneczniki do słońca. Może Ksiądz mi poda parę swoich wad?
— Przecież ja jestem nieefektowny w życiu. Jestem taka ofiara losu. Połamaniec i jeszcze chodzi. Sprawiam wiele kłopotu otoczeniu.
— Niech mi Ksiądz powie coś na koniec o tym miejscu, w którym żyje. Niby środek stolicy, obok pałac prezydenta, a u Księdza jak na wsi.
— Tak, przed domem piękny modrzew, wyjątkowy jak na Warszawę. To jest jakaś łaska boska, że się w tym miejscu znalazłem. I te siostry. One mnie wzruszają swoją dobrocią. To jest szczęście być pod ich opieką.
— Tu już wielu było tych szczęściarzy i większość uważana za kandydatów na ołtarze. Zieja, Bozowski. Mówią, że ksiądz Bozowski był święty.
— Tak, na pewno tak. On łączył wielką hipochondrię ze wspaniałym humorem. Ciągle umierał, ciągle się leczył, świetnie znał lekarstwa… A jak wiedział, co jeść. Jednocześnie to połączenie było takie niesamowite. To dobrze świadczy o nim. Trzeba umieć się z siebie śmiać. On był dowcipny, miał wrodzoną wesołość. Miał coś takiego, że przyciągał. Poszedł na ulicę i za nim szli ludzie… Komik jest największym dobroczyńcą ludzkości.

Kółko i kraty

Idę się pożegnać z siostrami wizytkami. Od razu naciskam dzwonek i ciągnę za sznur. Za chwilę jestem przed kratą.

— I jak tam poszło panu z ojcem?
— Cudownie, siostro, to po prostu łaska. Tylko nie wiem, jak oddać ten humor i uśmiech Księdza. On nawet kiedy mówi o rzeczach smutnych, to się często śmieje. Wszystkie największe mądrości mówi jakby przez przypadek i jakby był zakłopotany tym, że je wypowiada. Boję się, że jak to spiszę, to wszystko wypadnie płasko… Siostro, gdzie tu jest toaleta?
— Pójdzie pan przez podwórko i za trzepakiem są drzwi. Za chwilę na kółku niech pan odbierze kluczyk, tylko proszę go przynieść z powrotem.

„Kółko” to taka szafka obrotowa, bęben, który ma przywilej obracania się między dwoma światami, sióstr i świeckich, i przenoszenia przedmiotów z jednej rzeczywistości w drugą. „Kółko” i krata. Dzięki nim dwa światy mogą się ze sobą łączyć, ale się nie zlewają.

W ubikacji nad spłuczką zobaczyłem napis: „Prosimy bardzo wszystkich o wielką delikatność dla drugiej osoby, aby nie zanieczyszczać deski klozetowej”. Różne apele o czystość czytałem w toaletach, ale nie spotkałem się, żeby ktoś powoływał się przy tej okazji na delikatność względem drugiego. Czy nie ma w tym echa zalecenia Franciszka Salezego, bycia łagodnym dla bliźniego? Każde miejsce jest dobre do nawrócenia, pomyślałem.

Poszedłem oddać klucz. Na jego szyldziku spostrzegłem napis: „Problemy”.

— Siostro, co to za dziwny napis przy kluczu? — pytam.
— A to cała historia… Kiedyś przyszedł pan i prosił o ten kluczyk, mówiąc, że ma problemy… i tak już zostało.

Zdziwienie
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...