Między budyniem a ekstazą

Między budyniem a ekstazą

Kilka lat temu zostałem wezwany do Rzymu, aby wziąć udział w seminarium dla benedyktynów z całego świata na temat modlitwy. Znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, ponieważ musiałem odgrywać rolę kierownika prawie dwudziestoosobowej grupy opatów i matek przełożonych. Zastanawiałem się, jak puścić tę maszynę w ruch, kiedy nagle zaświtał mi pomysł, aby poprosić każdą z osób o powiedzenie własnymi słowami, co uważa za istotę modlitwy. Jedna osoba uważała, że najważniejsze jest to, iż rozmawia z Bogiem, inna mówiła coś o otwarciu się na Niego; jeszcze inna sugerowała, że modlitwa to przede wszystkim słuchanie. Pozostali uciekli się do starego dobrego katechizmu – modlitwa to wzniesienie serca i umysłu do Boga.

I kiedy już wszyscy powiedzieli, co mieli do powiedzenia, nagle z tyłu sali wstała matka przełożona ze Stanów Zjednoczonych i zażądała, żebym i ja sam się wypowiedział na ten temat, zanim przejdę dalej. No cóż, jako dyplomata — a mimo wszystko trzeba być kimś w rodzaju dyplomaty, jeśli się zamierza wspiąć na wierzchołek eklezjalnego drzewa — dałem bardzo dyplomatyczną odpowiedź. Powiedziałem, że zgadzam się ze wszystkimi, ponieważ każdy mniej więcej powiedział to samo, ale chciałbym dodać jedno słowo ograniczające wszystkie te zdania i zwroty, które zostały użyte. Tym słowem jest po prostu „próba”. Modlitwa jest próbą rozmowy z Bogiem, próbą otwarcia się na Boga, próbą wysłuchania Go, próbą wznoszenia serca i umysłu ku Niemu. Wszystko jest w tej próbie. To ona jest istotą modlitwy.

Pozwólcie, że wam to wyjaśnię bliżej. Wyobraźcie sobie dwóch ludzi zamierzających się modlić. Pierwsza osoba siedzi bezwolnie, niczym budyń w salaterce, czekający aż go poleją syropem. Druga leży rozciągnięta w ekstazie przez pół godziny, w całości pochłonięta Bogiem. Żadna z nich jednak tak naprawdę się nie modli. W pierwszym przypadku osoba nie robi absolutnie niczego, a w drugim — wszystko robi Bóg. Gdzie tu jest miejsce na modlitwę? Modlitwa jest między tym budyniem a ekstazą. Jest to miejsce, gdzie człowiek dobrej woli czyni próbę, w której ze wszystkich sił stara się trzymać wzrok swego serca utkwiony w Bogu, pomimo wszelkich nacierających na niego rozproszeń.

Kiedy dziś rano zwróciłem się do Boga w modlitwie, pragnąłem być pochłonięty tylko Nim, otoczony pokojem, który przekracza ludzkie pojmowanie, jak pisał święty Paweł. Jednak już dwie sekundy później zagubiłem się w rozproszeniach. Ani dnia więcej z tym klerem — albo nazbieram worek anegdot, albo znowu zasną na moim wykładzie. Gdy tylko uświadomiłem sobie, co się stało, zwróciłem znowu swoją uwagę z powrotem ku Bogu, ale po kilku sekundach po raz drugi natarły na mnie rozproszenia. Zacząłem zastanawiać się w duszy, gdzie mam spędzić wakacje, czy u mojej siostrzenicy i jej rodziny w Monte Carlo, czy u mojej ciotki w jej bliźniaku w Liverpoolu. Nie trzeba dodawać, że te rozproszenia nie trwały długo. Znowu próbowałem wrócić do Boga, aby po chwili przekonać się, że zupełnie coś innego przyciąga moją uwagę.

Jeśli wasze doświadczenie modlitwy przypomina moje, w górę serca, mam dla was dobrą nowinę. Święta Teresa z Avila powiedziała, że zawsze będziemy mieli rozproszenia w modlitwie, przynajmniej po tej stronie grobu. Wielkim nieporozumieniem jest pogląd, że rozproszenia są oznaką, że nie potraficie się modlić, bowiem co znaczy to, że macie sto i jedno rozproszenie w ciągu półgodzinnej modlitwy? Oznacza to, że sto jeden razy odwracaliście się od rozproszeń i zwracaliście się ku Bogu. Oznacza to, że sto jeden razy żałowaliście. Oznacza to, że tyle razy powiedzieliście „nie” sobie i „tak” Bogu; że sto jeden razy spełniliście akt bezinteresownej miłości, która pozwala wam umrzeć dla „Starego Człowieka”, aby mógł narodzić się w was „Człowiek Nowy”.

Dlatego właśnie wielki średniowieczny mistyk nazwał modlitwę Scola Divini Amoris, czyli Szkołą Boskiej Miłości. Jest ona miejscem, do którego człowiek udaje się z własnej woli, aby nauczyć się najważniejszej lekcji w życiu, a mianowicie, jak kochać. A tego można się nauczyć przez praktykowanie bezinteresownej miłości w ustalonych okresach czasu zarezerwowanych do tego celu.

W procesie uczenia się nie ma żadnej tajemnicy. Bazuje on na starej zasadzie: „praktyka czyni mistrza”. Jeśli pragniecie być biegli w jakimś rzemiośle czy nauce, wtedy musicie przeznaczyć czas, aby powtarzać serię czynności, prowadzących do nawyku, który w końcu wytwarza wewnętrzną dyspozycję czy skłonność, uzdalniającą was do działania z łatwością i zręcznością.

Ileż to czasu musiałem poświęcić na palenie niedopałków za ogrodową szopą, zanim wreszcie nabrałem zręczności w paleniu, jaką mam teraz? Kiedy pierwszy raz piłem koniak, myślałem, że to najbardziej paskudne lekarstwo, jakie znam. Jednak dzięki wytrwałości i uporowi przez lata tak się do niego przyzwyczaiłem, że stał się jednym z moich ulubionych sposobów odprężania się, oczywiście zawsze zażywanym z benedyktyńskim umiarem! Naturalnie, to są tylko żarty, ale rozumiecie, co chcę powiedzieć.

Jeśli chcecie poznać obcy język, nauczyć się prowadzić samochód czy na przykład gotować, musicie na to poświęcić wiele czasu i trudu. Modlitwa jest miejscem, do którego usuwamy się na jakiś czas w skupieniu, aby uczyć się, jak stać się bezinteresownymi kochankami. Podobnie jak wszystkie inne formy nauki, wymaga ona wykonywania całych serii bezinteresownych uczynków, zanim w końcu staną się one naszym nawykiem. Dzięki ćwiczeniom musimy nabyć wewnętrzną zręczność w bezinteresowności, która jest jedynym autentycznym znakiem świętości.

Kiedy byłem małym chłopcem, zakochałem się w oboju i całymi miesiącami dręczyłem matkę, aby kupiła mi ten instrument na Gwiazdkę. Jednakże matka znała swego syna lepiej niż on sam siebie, zatem zamiast oboju kupiła mi tani flet i powiedziała: „Kiedy opanujesz grę na flecie, kupię ci obój”. Nigdy nie dostałem oboju, ponieważ nigdy nie nauczyłem się grać na flecie. Po dziś dzień nie potrafię zagrać niczego oprócz kilku prostych dziecięcych wierszowanek, nigdy bowiem nie poddałem się dyscyplinie godzin wyznaczonych na ćwiczenia.

Wczoraj wszedłem do biura mojego brata i zastałem go piszącego na maszynie dwoma palcami. „O, Henri — powiedziałem — czyżbyś jeszcze nie nauczył się poprawnie pisać na maszynie? Pomyśl, ile czasu zaoszczędziłbyś przez te trzydzieści lat, gdybyś zadał sobie trud nauczenia się maszynopisania”.

On tylko zaśmiał się i odrzekł: „Idź grać na swoim oboju”.

Niczego się nie nauczymy, jeśli nie poświęcimy temu czasu. Trzeba się zdobyć na systematyczne ćwiczenie w ustalonych okresach, poświęconych tylko temu celowi. Nauka miłości w Scola Divini Amoris nie jest wyjątkiem od tej zasady. Chociaż na tym polega istota każdej szkoły, nawet najlepsze otoczenie do nauki zda się na nic bez dobrego nauczyciela. W modlitwie jest nim Duch Święty, który nie tylko uczy nas bezinteresownej miłości, ale który faktycznie wkracza w sam proces uczenia, aby słaba ludzka miłość mogła zostać doprowadzona do doskonałości.

Pod koniec mojego nowicjatu uczyniono mnie odpowiedzialnym za klasztorną pralnię, prawdziwe miejsce kaźni. Moje pierwsze zadanie polegało na obsłudze starej wyżymaczki, która nadawała się już na złom. Była tak stara i zniszczona, że nie mogłem w ogóle ruszyć rączką. Zęby zacięły się przez dziesięciolecia od kurzu i rdzy. Moje przedłużające się niepowodzenia w jej uruchomieniu tak mnie rozwścieczyły, że zacząłem krzyczeć i przeklinać, aż w końcu zwróciłem tym uwagę jednego z braci. Kazał mi usiąść i uspokoić się, podczas gdy sam popędził do warsztatu i po chwili przyniósł oliwiarkę. Teraz ja próbowałem poruszać rączką, a on wlewał oliwę między zębatki. Stopniowo dzięki moim wysiłkom i działaniu oleju, wyżymaczka zaczęła się obracać, aż w końcu prawie wróciła do swej dawnej chwały.

Dlatego właśnie używa się oleju w sakramentach jako znaku ułatwiającej mocy i działania Ducha Świętego, dostępnego dla każdego, kto chce zwrócić się i otworzyć na jego przyjęcie.

Jak dotąd podkreślałem słowo „próba”, ale w duchowości chrześcijańskiej jeszcze ważniejszą rzeczą od niej jest sposób, w jaki osoba ją podejmuje. Kiedy byłem młodszy, demonstrowałem swoim słuchaczom kilka próbek „baletowych”. Gwałtownie obracałem się o sto osiemdziesiąt stopni i z powrotem, aby zobrazować ciągłe przemiany, które są istotą modlitwy serca.

Po jednym z takich przedstawień przyszła do mnie pewna młoda siostra, i chcąc opisać sposób, w jaki zachęcałem ludzi do odwracania się od rozproszeń w modlitwie, użyła słowa „szarpanina”. Protestowałem, że nigdy się tak nie wyraziłem, ale bez skutku. Ona była zupełnie pewna swego. Kłótnia, która potem nastąpiła, zaczęła wymykać się spod kontroli, kiedy nagle uświadomiłem sobie, że to ona ma rację. A przynajmniej częściowo. Nie, ja nie użyłem słowa „szarpanina”, ale energiczny sposób, w jaki demonstrowałem swoje figury „baletowe”, wywołał wrażenie gwałtownej, chaotycznej siły, co zupełnie nie było moim zamiarem.

Nie można się zbyt mocno upierać, dlatego że próba, która jest istotą modlitwy, musi dokonywać się z łagodnością. Jeśli próba jest sercem modlitwy, to jej duszą jest łagodność. Łagodność, z jaką zaczynasz raz jeszcze bez względu na to, ile razy nie udało ci się modlić, tchnie ducha pokory w to, jak będziesz próbować. Jest to pokora kogoś, kto zna swoją słabość, wie, że jeszcze wiele razy mu się nie powiedzie, ale nigdy nie ustanie w zaczynaniu na nowo bez względu na to, ile razy upadnie.

Niepowodzenie złości tylko aroganta, który marszczy brwi, zgrzyta zębami i zaciska pięści, chcąc siłą wyważyć drzwi do raju. Jest zły, nie dlatego, że zawiódł Boga, ale że zawiódł samego siebie, a jego wielkie ideały nastawiły jego umysł na osiągnięcie celu. Ilekroć spostrzeżesz, że się złościsz z powodu nieudanej modlitwy, bądź pewien, że to tylko przejaw twojej zranionej pychy.

Prawdy odnoszące się do modlitwy dotyczą całej duchowej wędrówki. Wszyscy jesteśmy grzesznikami i będziemy upadali aż do dnia naszej śmierci. Sukces nie polega na tym, żeby nie upadać, lecz na tym, aby bezustannie się podnosić. Wszystko zależy od podnoszenia się, a dokładniej — od łagodnego sposobu podnoszenia się. Musimy zaczynać od nowa, żałując, żeśmy upadli, ale nigdy nie dziwiąc się temu.

Nie wybrałem słowa „próba” i słowa „łagodnie” z powodu jakiegoś kaprysu. Nie. Wybrałem je, ponieważ te dwa słowa, złożone razem, pomogą zrównoważyć dwa główne teologiczne trendy, które zdominowały chrześcijańską duchowość. Starsze zakony skupione wokół dominikańskiej szkoły myśli, która poprzedza narodziny humanizmu w Europie, w sposób oczywisty kładą szczególny nacisk na działanie Boga. Zakony założone po narodzinach humanizmu natomiast często skupiają się wokół szkoły jezuickiej, która — jak łatwo przewidzieć — podkreśla działanie człowieka. Naturalnie obie szkoły są ortodoksyjne, ale obie niosą pewne niebezpieczeństwa, których musimy być świadomi. Szkoła dominikańska może tak podkreślać działanie Boga, i to co On potrafi, że człowiek zaczyna zapominać, co do niego należy, i w ten sposób grozi mu popadnięcie w swego rodzaju praktyczny kwietyzm. To z kolei może prowadzić go do bezgranicznego, które usypia umysł i serce, a w końcu całą osobę. Z drugiej strony, szkoła jezuicka może pokładać taką wiarę w człowieku, i w tym, co on potrafi, że zapomni o tym, co czyni Bóg, przynajmniej w praktyce, i w taki sposób będzie zmierzać do czegoś w rodzaju praktycznego semi–pelagianizmu. To z kolei prowadzi do pychy; do arogancji serca i umysłu, które niszczą wszystko, co człowiek próbuje robić.

Przedstawiłem wam słowo „próba”, aby zminimalizować niebezpieczeństwo popadnięcia w bezkrytyczną ufność praktycznego kwietyzmu oraz słowo „łagodnie”, aby zmniejszyć niebezpieczeństwo popadnięcia w pychę semi–pelagianizmu.

Złóżcie te dwa słowa razem, a to powinno was doprowadzić do czegoś, co nazwałem benedyktyńskim umiarem.

Życie modlitwy, jak całe życie duchowe, jest sprawą zachowywania równowagi, równowagi między dwoma przepaściami. To jak chodzenie po rozciągniętej linie, gdzie po jednej stronie mamy bezkrytyczną ufność, a po drugiej — pychę. Większość z nas całe życie spędza na spadaniu w jednej chwili w semi–pelagianizm, a w drugiej w kwietyzm. Czytamy książkę, która nas pobudza, uczestniczymy w uwznioślających rekolekcjach, czy poznajemy inspirującą osobę — i nagle staje się to dla nas bodźcem do działania. Zakładamy włosienicę, zaczynamy pościć, uczestniczymy w czuwaniach i modlimy się przez pół nocy. Lecz wkrótce wyczerpani znowu zmieniamy się w duchowych próżniaków, czekając na Boga z papierosem w jednej ręce i drinkiem w drugiej, z nogami wyciągniętymi przed telewizorem!

Prawdziwa równowaga jest ostatecznie darem Ducha Świętego, darem, który jest udzielany osobie w toku „łagodnych prób” modlitwy. Teraz można trochę dokładniej zobaczyć istotę i wewnętrzne znaczenie modlitwy. Modlitwa jest procesem ciągłego wewnętrznego nawracania się, które wymaga łagodnych prób zwracania się, otwierania i oddawania serca Bogu. W trakcie tego procesu serce człowieka staje się dostępne dla serca Boga, a Jego miłość oczyszcza je i opróżnia dla uświęcenia, które w każdym z nas na nowo rodzi Chrystusa.

Nie chciałbym dzielić włosa na czworo czy niepotrzebnie filozofować na ten temat, ale sądzę, że bardzo ważne jest rozróżnienie istoty modlitwy od jej sposobów. Ludzie często proszą mnie o radę, którą metodę modlitwy mają obrać albo jeszcze częściej — abym pobłogosławił wzór modlitwy, który już przyjęli. Niektórzy marnują swe życie na poszukiwania duchowego odpowiednika Kamienia Filozoficznego, jakiejś magicznej formuły modlitwy, która niezawodnie doprowadzi do mistycznej kontemplacji albo do jakichś innych duchowych „dóbr”, których pragną.

Istnieje sto różnych sposobów modlitwy, dzięki którym osiągamy to samo. Ten sposób modlitwy jest dobry dla ciebie, który pomaga ci, tu i teraz. To, co tobie pomoże na początku twojej duchowej wędrówki, może później zdać się na nic. To, co pomaga ci rano, może nie pomóc wieczorem. To, co pomaga ci w jednej minucie, może nie pomóc ci w następnej. Zatem proszę, przechodźcie od jednej metody do drugiej z całkowitą swobodą. Pamiętajcie, że te metody są tylko środkami prowadzącymi do celu. Uważajcie na różnych guru, którzy jednego dnia są, a drugiego już ich nie ma. Polecają oni wszystkim różne fetysze jako absolutne „panacea” na poszczególne sposoby modlitwy.

Oni nic nie wiedzą o życiu duchowym. Gdyby było inaczej, wiedzieliby, że metody modlitwy zmieniają się tak, jak zmieniają się ludzie, gdyż modlitwa rozwija się z latami. Dobry duchowy kierownik, jak dobry lekarz, musi postawić kilka diagnoz, zanim zdoła określić, jaki rodzaj kuracji zalecić.

Jak sądzicie, co pomyślelibyście o lekarzu, który wręcza swoje ulubione różowe pigułki każdemu pacjentowi, nie zadając sobie kłopotu, by go zbadać? Pomyślelibyście zapewne, że to jakiś szarlatan, i mielibyście rację. Pełno było takich szarlatanów w przeszłości, ale dziś duchowych szarlatanów jest jeszcze więcej.

Chciałbym zakończyć ten wykład, kierując światło na największego mistyka, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, przyłapać Go na akcie modlitwy, abyśmy jeszcze raz mogli zobaczyć, tym razem trochę wyraźniej, istotne składniki autentycznej modlitwy chrześcijańskiej.

Pod koniec swego życia Jezus wiedział, że Jego godzina nadeszła. Wiedział, że w krótkim czasie zostanie zdradzony przez jednego ze swoich. Miał zostać zaciągnięty przed żydowskich przywódców i oskarżony, że jest bluźnierczym kłamcą. Miał być przebrany za błazna i paradować przed zepsutym dyletantem Herodem. Miał zostać obnażony przez Rzymian, ubiczowany do nieprzytomności, ciągnięty ulicami jak zwykły kryminalista. W końcu powieszony, nagi i krwawiący, miał umrzeć na rzymskim krzyżu. W godzinie tej największej potrzeby Jezus zwraca się w modlitwie o pomoc do swego Ojca.

Idzie do ogrodu, „gdzie miał zwyczaj się modlić”. Błaga o pomoc i siły potrzebne, by wytrwać do samego końca. Próbuje zwracać się i otwierać na przyjęcie tej pomocy i sił od Ojca, ale jest przytłoczony tysiącem rozproszeń, dręczony zalewem pokus, które chcą wkroczyć między Niego a miłość Jego Ojca, której właśnie wtedy, w tym momencie tak dramatycznie potrzebuje.

Skąd biorą się Jego pokusy? Z jakiego źródła pochodzą? Biorą się z tego samego miejsca, z którego pochodzą nasze rozproszenia; z tego samego źródła, co nasze pokusy. Biorą się z pamięci; z wyobraźni; z wewnętrznych emocjonalnych doznań, które atakują umysł; okładają ciosami; zmuszają Go do wszystkiego, z wyjątkiem posłuszeństwa.

Przede wszystkim Jego pamięć sięga wstecz, prawie trzydzieści lat. Ileż to razy w tym czasie przychodził do Jerozolimy? Ile razy zbliżał się do innych większych miast Palestyny? I tam, na szczytach śmietnisk, za bramami miasta, widział niewolników, zbrodniarzy, złoczyńców, wiszących na słupach z poprzeczną belką, na wpół żywych, z wolna duszących się w palącym żarze tropikalnego słońca. Jego wyobraźnia podpowiada Mu, że nazajutrz to samo stanie się z Nim. Zaczyna sobie wyraźnie uświadamiać — wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem — straszliwe cierpienie, które będzie musiał znosić z rąk swego własnego ludu, na oczach tych, którzy Go najbardziej ukochali. Cały jest skąpany we krwi, pocie i łzach. Budzą się w Nim najgorsze lęki i atakują Jego umysł, oblegają Go tysiącem pytań. Dlaczego? Po co? A przynajmniej, dlaczego właśnie w taki sposób?

Pokusa, która już wcześniej dręczyła Go na pustyni, pokusa, aby iść na skróty, atakuje Go i teraz, do granic wytrzymałości. Zaczyna się więc modlić. „Ojcze, jeśli to możliwe, niech mnie ominie ten kielich!” Czyż może być bardziej wzruszająca modlitwa od tej? I chociaż modlitwa ta nie jest całkiem wolna od zrozumiałej ludzkiej słabości, to stopniowo oczyszczenie osiąga doskonałość. Za sprawą Ducha Świętego modli się nieprzerwanie — „Nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie” — aż sam staje się modlitwą, którą odmawia, a wola Boża staje się w Nim ciałem.

Oto prawdziwa modlitwa. Oto najwyższa forma modlitwy, w której wewnętrzna skrucha serca Jezusa osiąga doskonałość. Syn zwraca się do Ojca i bezgranicznie się na Niego otwiera. Zostaje po kolei oczyszczony z każdej myśli, słowa czy pragnienia, przeszkadzających w całkowitym poddaniu Jego serca Ojcowskiej woli, które dokonuje się na nowo w tym uświęconym miejscu.

W ogarniające Go ciemności chwilę światła wnosi Anioł pocieszenia, przybywający, żeby Go podtrzymać. Dodaje Mu sił do dalszego oddania siebie w modlitwie. Podczas tej ostatniej modlitwy skruchy Jezus otrzymuje moc i siłę, dzięki którym wyjdzie z ogrodu i doprowadzi skruchę, o której nauczał w ostatnich chwilach swego życia na ziemi, do doskonałości. Tym razem będzie żałował nie tylko całym sercem, ale także swymi skrwawionymi dłońmi i stopami, swą poranioną głową, udręczonym ciałem i całą swoją osobą. To, czego w sercu nauczył się w Gethsemani, zastosuje w praktyce całą swoją istotą na Kalwarii.

Teraz rozumiecie prawdziwe znaczenie i wewnętrzną naturę chrześcijańskiej modlitwy. Widzicie, że jest to szkoła serca, w której ćwiczy się ono w ofiarnej bezinteresowności po to, by potem stała się ona głównym motywem wszystkiego, co dzieje się poza modlitwą. Teraz pojmujecie, że osobista modlitwa w zamkniętym pokoju nie jest w duchowej wędrówce jakimś dodatkiem, ale miejscem praktykowania bezinteresowności. Wprowadza nas w bezinteresowną ofiarną modlitwę Jezusa. W tym miejscu uczymy się uczestniczenia w Jego śmierci i zmartwychwstaniu. W tym miejscu prawdziwe naśladowanie zmierza do utożsamienia, dzięki czemu — przez nas — może być dziś obecny Zmartwychwstały.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Fragmenty z książki Davida Torkingtona, Prorok, która ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa W drodze.

Między budyniem a ekstazą
David Torkington

urodzony 27 stycznia 1938 r. w Manchesterze – pisarz, wykładowca, rekolekcjonista dla świeckich i duchownych, były franciszkanin, publikuje felietony w „Catholic Herald”, najważniejszej gazecie katolickiej w Anglii. Kształ...