Gwiazdy, kwiaty i dziecięce oczy

Gwiazdy, kwiaty i dziecięce oczy

„Zrób tak, Boże — szepnęłam — by w nieb Twoich krasie
Wszystko było tak samo, jak tam — w Czarnolasie!”

I umilkłam zlękniona, i oczy unoszę,
By zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?

Uśmiechnął się i skinął i wnet z Bożej łaski
Powstał dom — kubek w kubek jak nasz — czarnolaski.(…)

I rzekł: „Oto są — sprzęty, a oto — donice.
Tylko patrzeć jak przyjdą stęsknieni rodzice!


Bolesław Leśmian, Urszula Kochanowska

Był niedawno u mnie ktoś z okolic, gdzie się wychowałaś i wyrosłaś. Jak to mówiłaś „swojak”. Przyniósł mi pamiętniki o latach przedwojennych. Opowiadał o ziemiach, po których Ty musiałaś biegać, o ptakach, których musiałaś słuchać, o dworach i chłopskich chatach. Przenieśliśmy się razem w dawne czasy. Byliśmy w Czaczu, Kościanie, Konojadzie. Człowiek ten się popłakał i zaczął się usprawiedliwiać ze swego płaczu. „Przepraszam — mówi — ale widzi pan, ja się ostatnio tak bardzo wszystkim wzruszam. Poszedłem nawet do lekarza i poprosiłem, żeby mi wypisał jakieś tabletki przeciw wzruszeniom, a on mi odpowiedział: „Każdy wiek ma swe przypadłości. Jak człowiek jest dzieckiem, to mu wypadają zęby mleczne, jak trochę starszy, to mu głos się zmienia, albo twarz pokrywa trądzik, a jeszcze później siwieją nam włosy. Część starszych ludzi patrzy na świat i się wzrusza, i płacze. I to jest normalne. Jedni sobie z tym radzą, drudzy nie. Ale nie należy się tym zbytnio przejmować.”

* * *

Byłaś jedynaczką i nie miałaś ojca… Pewnego dnia ksiądz na kazaniu powiedział, że rodzina, która ma jedno dziecko, jest jak uschnięte drzewo. Nie mogłaś się uspokoić. A w nocy śnił Ci się grób, z którego wystawały dwie ręce — Twoja i Twej brakującej siostry. Kiedy jeździliśmy na groby dziadków do Kościana, pytałem Ciebie, dlaczego Babcia miała tylko jedno dziecko, a Ty masz nas tak wiele? Mówiłaś, że dziadek umarł bardzo młodo. Potem jednak w domu widziałem zdjęcia, na których „dziadek” wyglądał prawie jak staruszek. Kim był naprawdę Twój ojciec? Nie potrafiłem w mojej chłopięcej głowie posklejać historii mojego rodu. Wiedziałem tylko, że jest ona owiana jakąś tajemnicą.

Wszystkie kwiaty, które w życiu zasadziłaś, wyrastały ze zranionego dzieciństwa.

* * *

Miałem zostać księdzem. To był Twój układ, jaki zawarłaś z Panem Bogiem po moim urodzeniu. Miałaś kłopoty, żeby mnie „donieść” na ten świat. Kiedyś ginekolog stwierdziła w czasie badania, że pewnie Ci się to nie uda. Rozpłakałaś się wtedy, a ona Ci powiedziała: „No i co pani płacze, przecież ma już pani siódemkę…”

Urodziłaś mnie, ale mój los nie był pewny. Leżałem pod „namiotem z tlenem”, a Ty płakałaś nade mną i powiedziałaś: „Panie Boże, zostaw mi go, on będzie księdzem”. Pan Bóg mnie zostawił, a ja księdzem nie zostałem.

To chyba dobrze. Jaki byłby tam ze mnie kapłan? Kapłan musi mieć spokój w sobie, porządek w sercu i głowie, bo inaczej, co ludziom przekaże? Bałagan, w którym sam ginie? Ojciec Maćkowiak, który Wam ślubu udzielał, to był kapłan, ale ja? „Zachowaj porządek, a porządek zachowa ciebie” — powiadają mądrzy ludzie, a ja mam jakąś naturalną zdolność do wytwarzania bałaganu. Ostatnio padłem znowu jego ofiarą. Tym razem straciłem rzecz najcenniejszą. Zgubiłem kasety, na których nagrałem rozmowy z Ojcem. Zadręczałem się tygodniami. Po sto razy wyciągałem szuflady z biurek i patrzyłem odrętwiałym wzrokiem w te same miejsca. Nie pomógł mi nawet św. Antoni, który tyle razy mnie ratował. Widocznie doszedł do wniosku, że trzeba mną raz wstrząsnąć, bo inaczej nigdy nie nauczę się porządku. Ojciec Walenty poradził mi, żebym przestał szukać, a wtedy zguba się znajdzie. Mądry człowiek ten ojciec Walenty. Zrobiłem, jak kazał, ale kasety się nie znalazły. Pewnie bym się zadręczył na dobre, gdyby nie Justyna. Powiedziała, że jeśli kasety mają się znaleźć, to się znajdą, a jeśli nie, to widocznie ma tak być. Powinienem poszukać opowieści o Was w ludziach, którzy przeszli przez Wasze życie.

I wiesz, od paru miesięcy chodzę jak oszalały po sąsiadach, znajomych, krewnych. Nagrywam rozmowy, przeglądam zdjęcia.

Przepytuję całą rodzinę. Miałaś nas ośmioro i każdy z nas inaczej pamięta to, co było. Tak, jakby nie było jednej historii naszej rodziny. Ostatnio się posprzeczałem z Jolą, bo ona twierdzi, że ja tak pamiętam nasze dzieje, jakbyśmy jakąś biedotą byli, a przecież mamy się czym pochwalić. W domu stało pianino, budyń się jadło w kryształach, na stołach leżały serwety „richelieu”, Ojciec zrobił pierwszą w kamienicy pralkę elektryczną i sąsiedzi od nas ją pożyczali. Pewno tak było. Ale co ja na to poradzę, że bardziej czule wspominam te chwile z dzieciństwa, gdzie czegoś mi brakowało.

Niech Jola wspomina sobie hafty „richelieu”. Niech szuka naszych „arystokratycznych” przodków. Ja wolę wspominać zacerowane dziury na kolanach moich spodni, albo jak się wstydziłem rozbierać na „wuefie”, bo miałem rajtuzy, a koledzy kalesony jak „prawdziwi chłopcy”. Tak już musi być. To chyba normalne, że pamiętamy inaczej. Chcę więc opowiedzieć Tobie, jak ja to widziałem i czułem. Może to nie ma sensu, bo przecież Ty wiesz najlepiej jak było, chociaż…

Ostatnio byłem u Cioci Agasi, najstarszej siostry Ojca. Ma teraz 96 lat. Ale parę miesięcy temu utraciła pamięć i mnie nie poznała. Uśmiechała się tylko ciepło i kiwała głową.

„Mamo, to Jasiu, syn twojego ukochanego brata Kazia” — mówi Wanda. A ciocia Agasia zrobiła zdziwioną i przestraszoną minę. „To ja miałam brata? O jery!”

„Mamo, miałaś dwóch braci: Wicka, tego co poszedł do benedyktynów i został bratem Paschalisem, i Kazia, co był twoim oczkiem w głowie”.

„Yhmm… — westchnęła Ciocia. — No to, ale czemu bym tego nie pamiętała…?”

No właśnie, czy można zapomnieć ukochaną osobę, zapomnieć miłość? Można zapomnieć, gdzie się położyło klucze, okulary, może wylecieć z głowy jedno czy drugie nazwisko, numer telefonu, ale zapomnieć miłość? Jeżeli się zapomina miłość, to jaki to wszystko ma sens?

Poznaliście się z Ojcem dzięki cioci Agasi. To ona posłała mu w czasie wojny list do Niemiec i kazała, aby poszedł Ciebie odwiedzić w odległym o 50 kilometrów obozie w Wolfenie. „Tam jest Twoja «swojaczka», musisz ją odnaleźć i pocieszyć, bo ona tam sama”. Może bez tego listu nie byłoby naszej rodziny. Nie wiem. Ale ciocia Agasia już nie pamięta, że taki list napisała, a napisała, bo przecież leży w moim biurku. W ogóle zapomniała całe swoje życie. Dzieje rodziny opowiedziała Wandzia, jej córka. A Babcia słuchała opowieści o sobie, kręcąc głową z niedowierzaniem i śmiejąc się, tam gdzie trzeba. Słuchała opowieści o samej sobie z takim zainteresowaniem, z jakim wnuczki słuchają opowieści babci.

„Był wtedy mroźny luty 1945 roku, tuż po wyzwoleniu Kościana — mówiła Wanda. — Brat Paschalis, jadąc na rowerze z Poznania do Lubinia, wstąpił do nas w Kościanie, żeby się ogrzać. Strasznie był zziębnięty. W pewnym momencie Mama mówi: «Oj bracie, tak bym chciała dożyć starości, żeby tych dobrych uczynków na drugi świat sobie uzbierać!» A wuj Paschalis spojrzał na nią tym przenikliwym wzrokiem, niebieskimi oczyma i rzekł: «Agasia, ty się zabierz od razu, a nie czekaj starości…»”

„O jery!” — zaśmiała się babcia Agasia. A kiedy wychodziłem, rzekła: „Wpadnij znów, to sobie powspominamy. Człowiek wszystko zapomina, bo się tak rzadko widzimy”.

Odeszli ludzie, zdarzenia, namiętności, pozostał tylko uśmiech…

* * *

Byłem też u Twojego najukochańszego Iryska, u Cioci Irki, z którą jadłaś w obozie z jednego talerza.

— Ciociu, jak to było w tych Niemczech? Kiedy czytam Wasze listy stamtąd to tak, jakby się wojna wtedy nie toczyła?
— O wojnie nie można było pisać, bo to było verboten, zakazane. A poza tym myśmy niewiele o wojnie wiedziały, tyle co Kazik wiadomości od Niemców przyniósł. Miał takiego zaufanego Niemca, który mu opowiadał.

Najgorsza była ta nostalgia. Tam w tych Niemczech to słońce świeciło inaczej, a nam się marzyło nasze słońce. Tam się widziało tylko maszyny. Krowy się nie widziało, konia się nie widziało. Tylko ciągniki, droga do fabryki… Fabryka Agfy.

Twoja matka była najdumniejsza z tego znaczka „P”, które przyczepiałyśmy do kombinezonu. Nie mogła tych Niemców ścierpieć. Nawet ich języka nie chciała się nauczyć. Do końca używała polskiej składni. Ich nicht weiss — mówiła. Kiedyś zemdlałam i upadłam. Dostałam zwolnienie i nie poszłam do fabryki, więc majster ją zapytał: Fräulein Gertrude, was macht Irene? A Trudka mu odpowiedziała: Irena gestern buh! — Ja, ja — odparł z całą powagą majster. Za to w mowie polskiej była niezrównana. Całą wojnę wiersze układała. Szła po fabryce i co chwilę się zatrzymywała. Wyciągała karteczkę, maleńki ołóweczek i zapisywała swoje pomysły, żeby jej z głowy nie uleciały. Wszyscy wiedzieli, że Trudka jest poetką i jej na to pozwalali. Niemcy też. Dzięki jej wierszom mieszkałyśmy w najlepszym baraku.

— Przez wiersze?
— Bo wiesz, że matka pisała co roku jasełka i wystawiałyśmy je w obozie i za te jasełka Lagerfűhrerin przydzieliła nam pokój 4–osobowy. Zimmer Eins. Ta Niemka mówiła po polsku. Do przedstawień robiłyśmy stroje z papieru po filmach Agfy. Niemka dzwoniła do fabryki i załatwiała, żebyśmy mogły go wynieść za bramę, bo przecież nas kontrolowali. Robiłyśmy program po niemiecku i po polsku. Trudka na zaproszeniach malowała parę krakowską. Całą Polskę w tych jasełkach przedstawiałyśmy. A nasza Lagerfűhrerin ściągała na nie swoich znajomych Niemców i w trakcie przedstawienia im wszystko tłumaczyła. Pozwolili nam robić wszystko.

Do Dzieciątka w żłóbku przychodziły sierotki, pastuszkowie. Jednego roku Trudka mówi: „A teraz napiszę, że przychodzi do żłóbka Polka. Ty będziesz, Irka, ją grała”. „Gdzie tam. Ja ci się rozbeczę”. No więc tę rolę dostała Zosia, taka ładna brunetka. Stanęła i wyrecytowała bez zająknięcia.

Przyszłyśmy dziś do Ciebie przez ciągły życia bój,
zorane nasze czoła, przez pracę, trud i znój.
Wzrok dawniej błyszczący radością, przyćmiony smutku łzą
To za straconą wolnością wargi nam łkaniem drżą,
Dziecino!

Myśl każda przeszłości fragmentem, z wiarą żyć chcemy promienną
Ty ogniem miłości świętym wróć nas pod strzechę rodzinną!
Daj zapach lasów świerkowych wchłaniać tam między swymi
Daj ujrzeć wschód słońca złoty, pod którym świat cały się mieni.

Zosia skończyła. Radość na sali. A Niemcy nic. Klaskali i podziwiali. Że my tęsknimy, to wiedzieli dobrze.

Tęskniliśmy, aż nas wyzwolili Amerykanie. Przez dwa tygodnie bombardowali Lipsk i Halle, tak że nawet na nas spadały odłamki. Szkoda, że sobie jednego nie wzięłam. Cały czas odmawiałyśmy różaniec. „Irka, ty musisz prowadzić, bo znasz tajemnice na pamięć.” No więc prowadziłam, a właściwie krzyczałam. Trudka do mnie: „Mów ciszej”, a mi się wydawało, że w tym huku, to Pan Bóg nie dosłyszy. Potem żeśmy sobie uroczyście przyrzekły, że jak wrócimy szczęśliwie do domu, to idziemy pieszo do Częstochowy.

— I co, poszłyście?
— Nie dało rady. Zaraz jak wróciłyśmy, to Trudka rodziła, najpierw jednego, potem drugiego, trzeciego, a potem wasza rodzina przenosiła się z miejsca na miejsce, ja też miałam swoje życie, i tak się to rozpłynęło…

* * *

A teraz wybieram się do Pieniężna, do werbistów. Śladami ojca Stefana Maćkowiaka, który błogosławił Wasze małżeństwo. Podobno w dzieciństwie marzył, żeby zostać wojskowym, ale hrabina, która miała łożyć na jego wykształcenie, powiedziała, że da pieniądze, jeśli zostanie księdzem. I był wspaniałym księdzem. A do tego był biologiem i ogrodnikiem. Przeczytałem kilkadziesiąt listów, które pisywał do Was. Zobacz, na przykład ten z 4 listopada 1953 roku.

Króluj nam Chryste

Drodzy Państwo,

Od tygodni już noszę się z myślą odwdzięczenia się Trudce za Jej list. Czuję dla Niej głęboką wdzięczność za to, bo z własnego doświadczenia wiem, jak trudno zdobyć się na list, gdy się jest stale zapracowanym i przemęczonym. Jeśli to uczyniła w tym celu, aby sprawić mi radość, to cel osiągnęła po mistrzowsku. Czytam ten list stale i chowam go jeszcze, wiedząc, że nieraz będę do niego zaglądał, szukając prawdziwego ukojenia i wytchnienia. Jak ta Trudka potrafi przekształcić wszystko. Życie w jej opisie staje się jasne i piękne, nawet troski i trudy nabierają jakiegoś nieznanego blasku. Przypomniały mi się słowa Sienkiewicza o duszach artystycznych, właśnie gdy ten list od Trudki czytałem, bo wtedy ujrzałem prawdziwe urzeczywistnienie tych słów. „Wrażliwe dusze artystyczne — pisze Sienkiewicz — są jakby konchy perłowe: gdy wpadnie w nie ziarnko piasku, oddają je światu w postaci perły”.

Z odpowiedzią zwlekałem, bo chciałem napisać coś równie pięknego jak list Trudki, coś takiego świeżego i pełnego światła jak Jej słowa, ale daremnie czekałem na natchnienie. Uświadomiłem sobie w końcu, że czekam na próżno. Nie mam wrażliwej, artystycznej duszy, zdolnej do przetwarzania i prześwietlania zdarzeń codziennych i poza tym nie mieszkam w takim prawdziwym ogrodzie jak Wy oboje. Leopold Staff napisał kiedyś:

„W przedziwnym mieszkam ogrodzie,
Gdzie rosną kwiaty i dzieci,
I gdzie po słońca zachodzie
Uśmiech nam z oczu świeci.”

Ja ujrzałem ten uśmiech w każdym zdaniu Waszych listów i dlatego otwieram kopertę każdego listu od Was z pewnym pietyzmem, wiedząc, że doznam znowu nieokreślonego uczucia zachwytu, jakie budzą zawsze w ludziach — niezupełnie jeszcze zepsutych — gwiazdy, kwiaty i dziecięce oczy.

Gwiazdy, kwiaty i dziecięce oczy. Ojciec Stefan był biologiem i kochał życie. Kiedyś przysłał proroczy list, ale proroczy w połowie.

„…Trudka jako poetka — pisał do Ojca — potrafi przecież dobierać rymy męskie i żeńskie według upodobania i ustawić je też w dowolnej kolejności. Są rymy tzw. przekładane (abab), a są też inne tzw. obejmujące (abba). Np. gdyby pierwszy i czwarty był chłopczyk, to by był ładny czterowiersz o rymach obejmujących.(…)

Chłopcy byli rymami obejmującymi, ale było nas ośmioro.

* * *

Listy ojca Stefana to żywa historia naszej rodziny. Tyle mi o Was powiedziały. Pomyślałem, że może zachowały się też listy, które Wy pisaliście do niego. Zawsze pisał, że je gromadzi. Zadzwoniłem do werbistów. „To była postać niezwykła — powiedział mi Ojciec, który opiekuje się archiwum. — Pozostały po nim dwa kartony. W jednym są jego papiery, trochę korespondencji, może coś tam pan znajdzie, a w drugim tzw. flora legi. Takie złote myśli, które wykorzystywał w kazaniach. Widzi pan, ojciec Maćkowiak był wspaniałym kaznodzieją, ale swoich kazań nie spisywał. Brał tylko te wybrane myśli różnych mędrców czy pisarzy i wychodził z tym na ambonę.”

* * *

„Po słońca zachodzie” na Waszych twarzach nie zawsze świecił uśmiech. I to często z naszej winy. Myśleliśmy, że Wasze siły są niespożyte i że można Wam w nieskończoność dokładać trosk i kłopotów. Nieraz takich, od których serce musiało krwawić. I wiesz, to jest straszny ciężar świadomość, że więcej się od Was dostało, niż Wam dało? Niepomiernie więcej. Jak spłacić ten dług?

Szukam w pamięci, ale nie mogę znaleźć takiej chwili, żeby między nami było źle. Pamiętam tylko Twoje serce i cudowne oczy. Do Ojca, sióstr, brata mogę mieć jakieś żale… Jola na przykład się teraz przechwala, że jak brała mnie w wózku na spacer, a chciała mieć spokój, to mówiła: „Jasiu, szybko, śpij, bo idzie babajaga”. Nic dziwnego, że teraz mam te wszystkie nerwice i spać nie mogę. A ona jeszcze się tym chwali.

Albo pamiętasz, jak musiałaś nas wszystkich „poobszywać”? Jak byś miała nie pamiętać. Przecież to była połowa Twojego życia. Ubrać taką gromadę. Szyłaś nam tak wspaniale, że ludzie na ulicy się zatrzymywali. A wszystko to przecież było z jakichś poprzerabianych rzeczy. Każdy musiał czekać na swoją kolejkę. Były okresy, że miałem same dziurawe spodnie, bo przecież grając w piłkę, wszystko niszczyłem. Nie miałem w czym iść do kościoła. A przede mną była jeszcze Irena i Jadwiga. No i na dodatek zawsze się ktoś „wepchnął” poza kolejnością, bo miał jakiś superpowód. Albo występował na akademii, albo wyjeżdżał, albo zdawał egzaminy… Kłótnia była gotowa. I Ty wtedy musiałaś to wszystko rozsądzać, kto ma rację, komu się dzieje krzywda, a kto jest uprzywilejowany. Sprawowałaś te swoje „rządy salomonowe”. Ojciec się w to nie wtrącał, od niego raczej zależało, komu teraz należy kupić buty.

Ale o jedno mam do Ciebie żal. Nie potrafiłaś opowiadać dowcipów. Już na samym początku się śmiałaś, w połowie ze śmiechu płakałaś, a na końcu to już dusiłaś się i słów nie można było zrozumieć. Świetnie ludzi przedrzeźniałaś, to prawda, ale dowcip należy opowiadać poważnie.

Ciągle wracałaś we wspomnieniach do Kościana. Mieszkałaś wtedy z naszą Babcią Władzią i jej dwiema siostrami: Różą i Praksedą. W tym samym domku mieszkał też szewc Ławniczak. I jak to przed wojną bywało wieczorami — a wieczory były długie — zbieraliście się razem przy robocie i gawędziliście. Ciotki z Babcią „sztrykowały” na drutach, a majster ze swoim czeladnikiem robił buty.

To było jedno z Twoich ulubionych wspomnień. Pewnego dnia czeladnik mówi:

„Majster, śniły mi się dzisiaj dwie beczki.”

„Pewnie ze śledziami…”

„Nie, jedna była z miodem, a druga z gównem…”

„Ej, przy kobietach mówisz!”

„Ale, majster, ty siedziałeś w beczce z miodem, a ja w tej drugiej”.

„No i tak być powinno” — odparł zadowolony Ławniczak.

I w tym momencie Ty już płakałaś ze śmiechu.

„Potem, majster, żeśmy się musieli z tych beczek wynurzyć i oczyścić, więc jeden drugiego lizał…”

Ciotki śmiały się do rozpuku nad swymi robótkami, majster ciskał w czeladnika czym popadło, a Ty… mój Boże! Nie tak się opowiada dowcipy. Jadwiga ma to po Tobie.

A swoją drogą, to nie jest głupi dowcip.

Miałaś artystyczną duszę, ale dla nas zrezygnowałaś z kształcenia. Powiedziałaś Ojcu: albo dzieci i dom, albo nauka. I wybrałaś dom. Umiałaś malować, haftować, pisać, ale dla nas zrezygnowałaś z tych talentów. A Ojciec miał i nas, i swój wymarzony zawód. Dom był ogrodem pełnym dzieci, ale aby go obrobić, nieraz sił Tobie nie starczało. Ojciec ciągle wyjeżdżał na delegacje, a Ty zostawałaś z nami sama. I kiedyś, gdy już Ci ta „gwarna samotność” dokuczyła, napisałaś Ojcu na drzwiach: „Tu mieszka uczony, co się wyrzekł dzieci i żony”.

Na każdą okazję pisałaś wiersze. A przecież codziennie jakiś ksiądz miał imieniny albo jubileusz kapłaństwa. Ksiądz Kajtańczyk, Walter, Rawecki… Dla wszystkich pisałaś i dla Julka Konarskiego z Ojca zakładu, który codziennie o Was pamięta w modlitwie. No i dla sióstr Elżbietanek z Engla, co nam przychodziły dawać zastrzyki, ale przede wszystkim przynosiły wtedy cukierki i czekoladę. Jak myśmy zawsze na nie czekali! Na siostrę Arsylię i siostrę Agnieszkę, która wyglądała i była jak Matka Teresa z Kalkuty. Znali ją wszyscy w parafii, co byli w potrzebie. Nawet obok pijaka nie przeszła obojętnie, jak wołał „na chleb”. Nieraz mu wcisnęła parę groszy, a gdy ludzie jej zwracali uwagę, że on za to wódkę kupi, kiwała ręką i mówiła: „Niech się trochę biedok napije, co on mo z tego życia…”

Wiesz ta ulica, na której mieszkały Siostry, już nie nazywa się Engla tylko Niegolewskich. Pół roku po Twoim odejściu upadł komunizm i prawie wszystkie ulice pozmieniali. Park Kasprzaka, w którym spędzałem dzieciństwo jest Parkiem Wilsona. Jedni twierdzą, że żyjemy teraz w wolnym kraju, a drudzy, że nam Polskę sprzedają i rządzą nami… ach nieważne, co Ci będę tym głowę zawracał. Najważniejsze, czy ludzie są lepsi.

* * *

Jestem kiepskim ojcem. Robię wszystko dla dzieci, ale w końcu nie mam czasu ani dla nich, ani dla siebie. Zagoniony, zalatany. Ojciec też był zapracowany. O wiele więcej niż ja, ale miał w sobie tę radość i siłę życia, której mi często brakuje. Nie jestem podobny do Ojca, choć dzisiaj chciałbym, aby tak było. Dziwne, za życia nie pragnąłem być taki jak On. Ani elektryka, ani praca w ogrodzie nie była wtedy moim marzeniem. Ojciec mi często chciał wytłumaczyć, jakim cudem jest wzrost rośliny, a mnie to przejmowało tyle o ile. Ojciec chciał ze mnie zrobić ogrodnika, elektryka, a ja wtedy marzyłem, żeby być piłkarzem albo piosenkarzem. Denerwowało mnie też, że pracował jak wół w tym ogrodzie, a potem rozdawał wszystko za pół darmo. W pracy też nie umiał walczyć o swoje. Zawsze nie mogłem pojąć, po co on tyle robi, jak mu nie zależy na pieniądzach.

Ostatnio byłem w naszej kamienicy na Głogowskiej. Inny świat. Wszyscy już prawie odeszli. Stanęły mi przed oczyma Twoje imieniny. 17 marca, Gertrudy. Od rana pieczenie, robienie sałatek. Dzisiaj już takie rzadko kto robi. Po południu się schodzili sąsiedzi i krewni. Zawsze ktoś wcisnął w kieszeń parę złotych. I te dyskusje. Zyciu Kamiński przekonywał, że „Żyd rządzi światem”, potem ludzie ruszali na komunę i na Cyrankiewicza, „co ma konta i fabryki w Szwajcarii”. Tylko Wypych bronił ustroju i opowiadał, jaką biedę przed wojną cierpiał. Ale najlepsze były te śpiewy: Głęboka studzienka, Szła dzieweczka do laseczka. I pamiętam, jak śpiewałaś „Upływa szybko życie, jak potok płynie czas, za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas”. Uśmiechałaś się i kiwałaś głową w takt melodii i tylko ta delikatna łezka, której wtedy nie dostrzegałem, bo byłaś taka wesoła…

Zaszedłem do państwa Borowskich, którzy całe życie nam pomagali. Pan Roman, który nigdy sobie nie pozwolił w kaszę dmuchać, westchnął na wspomnienie Ojca i powiedział: „Kazinek! On był za dobry dla wszystkich…”

Pamiętasz, za życia nieraz się z Ojcem brałem za bary? Ciągle postanawiał, że mnie wreszcie wychowa. A ja słyszałem zza drzwi Twój głos. „Daj już spokój temu chłopcu”. A potem mi mówiłaś: „Zrozum tego ojca, on jest strasznie przepracowany, a przecież chce tylko twojego dobra”.

Chciałem mu pomóc i jakoś tam pomagałem, ale wiesz, jak to było. Ojciec zawsze musiał mieć rację. Kazał mi coś zrobić. Wychodziło nie tak. „No, ale przecież to Ojciec kazał mi w tym miejscu uciąć” — broniłem się, bo jakaś deska do inspektu okazała się za krótka. „Ty masz, chłopcze, myśleć, myśleć! Chcę cię nauczyć jednego, żebyś ty, chłopcze, myślał”. No więc dobrze. Następnym razem zrobiłem, jak uważałem za słuszne, a nie jak Ojciec mówił. „Coś ty zrobił? Gdzie ja ci to kazałem uciąć?” „Kazał mi Ojciec myśleć!” „Nie odpowiadaj ojcu! Ty nie masz myśleć, tylko masz słuchać”. I tak było w kółko. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dzisiaj chyba rozumiem Ojca, to znaczy wiem trochę lepiej, czego chciał w życiu. I wcale już nie uważam, że był naiwny. I może bym mu tak teraz nie odpowiadał, chociaż kto wie…

* * *

Czasami odwiedzam moją wychowawczynię z podstawówki, Panią Basię. Powiedziała, że zawsze podziwiała Ojca za odwagę, z jaką zabierał głos na wywiadówkach w czasach komuny. A ja z powodu tej jego odwagi cierpiałem. Nazajutrz po wywiadówce koledzy podchodzili do mnie: „Tej, ale twój stary wczoraj narobił gnoju!” Nie wiedziałem wtedy, co ten „gnój” oznacza. Chciałem tylko, żeby mój ojciec był taki jak inni ojcowie.

Pani Basia ma jeszcze mamę, która ma 90 lat. Codziennie przed powrotem do swego domu, pochyla się nad siedzącą w fotelu matką, a ona jej kreśli krzyżyk na czole. Okruch szczęścia. Ale wiesz One też mają swoje krzyże. Mama pani Basi straciła swego męża w pierwszych dniach wojny. Rozstrzelali go Niemcy w Bydgoszczy.

Pani Basia mówi, że jest szczęśliwa i nie chciałaby mieć innego życia.

* * *

Od kiedy Ojciec odszedł, coraz częściej z nim rozmawiam i próbuję powiedzieć to, czego nie udało mi się za życia. Na początku dużo rzeczy mu wypominałem. Niepotrzebnie. Wiesz, te jakieś kompleksy, że nie miałem takiego dzieciństwa jak inni koledzy, że nie miałem takich zabawek jak oni. Ale teraz, gdy szperam w pamięci coraz częściej odnajduję momenty, którymi też się przechwalałem przed kolegami. Ojciec często przecież nas zabierał na te delegacje. Pamiętam, jak mając 3 albo 4 lata zobaczyłem po raz pierwszy Stolicę. Wyskoczyłem ze służbowej „nyski” i zacząłem krzyczeć przejęty: „warszawskie ludzie!” Albo jak Ojciec prowadził nas co roku na Międzynarodowe Targi. On szedł tam w poważnych sprawach zawodowych, a ja patrzyłem wielkimi oczyma na tę zagranicę, co przyjeżdżała do Poznania w lepszych samochodach i garniturach.

Nie wiem do końca, jak on przyjął te moje słowa. Mam wrażenie, że się uśmiechnął, ale wiesz jak jest z tym jego uśmiechem. W zależności, co człowiek ma na sumieniu, ten uśmiech może oznaczać różne rzeczy.

Rozmawiam z Tobą, a ciągle Ci mówię o Ojcu. Tak zawsze było, przecież całym swoim życiem usunęłaś się w cień, choć przecież nie byłaś cicha. Chcę tylko, żebyś powiedziała Ojcu, co naprawdę czuję. Nasza Pośredniczko.

Muszę Ci jeszcze kiedyś opowiedzieć, jak jest między nami, Twoimi dziećmi. Ale dzisiaj jeszcze nie mam na to sił. Wszystkich nas za życia słuchałaś i obejmowałaś swym sercem. I nigdy nie dałaś się nikomu „podpuścić”, gdy ze skargą na drugiego przychodził. Twoim marzeniem było, żeby przed śmiercią każdemu dziecku napisać książeczkę, która by mu opowiadała o jego życiu od chwili narodzin. Nie zdążyłaś. Może to było za trudne.

Miałaś też zawsze sny prorocze i pierwsza wiedziałaś, komu w rodzinie urodzi się dziecko. Ojciec też wiedział, ale dopiero kiedy spojrzał w oczy przyszłej matce.

Na pewno też już wiesz, że parę dni temu przyszedł na świat Wasz pierwszy prawnuk, Ignaś.

* * *

W ogrodzie jeszcze leży śnieg. Nie mogę się już doczekać wiosny. Chcemy posadzić gruszę i jakąś dobrą jabłonkę.

Ten ogród już nie wygląda, jak za Waszych czasów. Ale rosną tam drzewa i krzewy, które Ojciec nam posadził jakby w testamencie. Gdzie zacznę kopać, tam natrafiam na Wasze ślady. Ta ziemia jest dla mnie święta. Ale niekiedy nie jest wcale łatwo żyć ze świadomością, że się po niej stąpa. Ostatnio wykopałem Twój sandał i buteleczki po lekarstwach.

Pamiętam, że jako chłopak żyłem wciąż jednym lękiem. Że kiedy dorosnę, Wy się zestarzejecie i umrzecie. Często chorowałaś, a mnie się ciągle śniło, że umierasz. Budziłem się przerażony. I oddychałem z ulgą — żyłaś. Świat trwał, życie trwało. Bałem się Waszej starości. Bałem się tego kurczącego się czasu przed Wami. A teraz dzieje się ze mną coś dziwnego. Siedzę już od tak dawna w tych wspomnieniach, listach, patrzę na Wasze młodzieńcze zdjęcia i nagle wydaliście mi się tacy młodzi, poza wiekiem. Młodzi i silni. A ja się czuję starszy od Was. O Boże, co ja Ci wygaduję. Może to ja raczej powinienem się udać do lekarza po jakieś „tabletki na wzruszenie”…

Zawsze miałaś poczucie humoru, więc przebacz, że mówię do Ciebie jak dzieciak i staruszek w jednej osobie.

Mam do Ciebie takie naiwne pytanie. Wiem, że nie powinienem takimi rzeczami sobie głowy zaprzątać, ale co ja na to poradzę.

Zastanawiam się, jak to będzie w niebie. Nie chodzi o to, żeby było „kubek w kubek” jak u nas. Żeby były te same sprzęty i w donicach rosły te same kwiaty. Myślę o Was. No bo jeśli Wy będziecie młodzi i Dziadkowie będą młodzi i my będziemy młodzi… to jak to możliwe, żebyś nadal była dla mnie Mamą? Nasze życie polega na tym, jakim się jest ojcem, matką, dzieckiem. Wszystkie nasze bóle i radości biorą się z tego. No więc jak to będzie w niebie skoro wszyscy są tam młodzi?

* * *

Ojciec całe życie był młody. Gimnastykował się, stosował hydroterapię wedle zaleceń księdza Kneippa. „No dalej, Jachu, chodź zobaczymy, czy mnie pokonasz na ręce” — prowokował mnie.

Wkrótce po Twoim odejściu zachorował. Nie chciał się poddać operacji, która była dla niego jedyną szansą. Nie chciał słuchać ani nas, ani lekarzy. Upierał się przy medycynie naturalnej, w chwili kiedy tylko skalpel chirurga mógł mu jeszcze pomóc. Zawieźliśmy go do ojca Karola. Żyje on w tym samym klasztorze, gdzie przed wojną stryj Paschalis. Ojciec Karol jest księdzem i lekarzem. Dwa powołania w jednym. Człowiek, który potrafi patrzeć na dusze i ciało. Może on go przekona. Zostawiliśmy ich samych. Nie wiedzieliśmy, o czym wtedy rozmawiali. W każdym razie Tata zgodził się na operację. A po niej żył jeszcze trzy lata. Trzy piękne lata.

I dopiero niedawno ojciec Karol opowiedział mi o ich rozmowie. „Dzieci chcą bardzo, żebym się poddał tej operacji — mówił Tata — bo to dla mnie podobno jedyna szansa na życie, a mnie przy tym życiu już nic nie trzyma. Odkąd moja żona odeszła, mnie tak jakby już tu nie było, ja właściwie jestem już tam. Ale skoro dzieci chcą, to poddam się tej operacji…”

„Pożył” jeszcze dla nas trzy lata. Trzy piękne lata. I odszedł do Ciebie, byście 50. rocznicę Waszego ślubu mogli obchodzić już w niebie razem.

Gwiazdy, kwiaty i dziecięce oczy
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...