Czy zostaną po nich tylko garnki

Czy zostaną po nich tylko garnki

Prawie zawsze powołaniu mniszki towarzyszą niezrozumienie, łzy i perswazje przyjaciół i rodziny. Najgorsza jest ta chwila, gdy ojciec lub matka zobaczą swą córkę za kratami klauzury. Z reguły jest szok i łzy. Po co te kraty? Przed czym mają bronić te dusze niebiańskie? Od czego uwolnić?

Radonie. 8 hektarów niezrozumiałej ziemi 50 kilometrów od Warszawy. Niezrozumiałej, bo o co człowiek tam zapyta, to rozkładają ręce i mówią, że tego nie da się po ludzku wytłumaczyć. Na tej ziemi dominikanki kontemplacyjne sadzą swe nowe nadzieje i marzenia. Nowe, ale przecież brane ze starego skarbca. Tylko gleba pod zasiew nowo zaorana i fundamenty nowo położone. Kilka młodych dziewczyn, które życia mniszego prawie jeszcze nie zaznały, dołączyły do paru sióstr ze Świętej Anny, które zamierzały tworzyć to nowe miejsce modlitwy.

Od początku wszystko tu niezrozumiałe. No bo na przykład dlaczego ten kawałek ziemi ofiarowała Kościołowi katolickiemu kalwinka i dostał się na dodatek w ręce mniszek kontemplacyjnych, których w samym Kościele nie za bardzo rozumieją. Niby rozumieją, bo i papieże piszą, że powołanie kontemplacyjne jest tak ważne, że nie można zrezygnować z niego, bez względu jak wielka byłaby potrzeba zaangażowania w bardziej praktyczną pomoc dzisiejszemu światu.

A jednak, kiedy pewna rokująca nadzieję studentka filozofii wstąpiła do dominikanek kontemplacyjnych ze Świętej Anny, jej mistrz uniwersytecki — nawiasem mówiąc, też dominikanin — chwycił się za głowę i westchnął: „Boże, co ta głupia zrobiła!”

To było dawno. Tak dawno, że już być może nikt tego nie pamięta, a przynajmniej na tyle, że można teraz o tym pisać.

I tak już jest, że prawie zawsze powołaniu mniszki towarzyszą niezrozumienie, łzy i perswazje przyjaciół i rodziny. Jak syn zostaje księdzem, to rodzice różnie reagują, ale często są dumni i szczęśliwi. Wiadomo, kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie. Jeśli natomiast córka idzie do zakonu, najczęściej jest opór, a potem załamanie. „Panie, czy jej czegoś brakowało? Czy ona już taka, że chłopa by sobie nie znalazła” — wyżalał mi się przed wielu laty ojciec tak bardzo dziś szczęśliwej zakonnicy. A kiedy dziewczyna decyduje się iść do zakonu kontemplacyjnego, to nieraz tak jakby dziecko umarło. Najgorsza jest ta chwila, gdy ojciec lub matka zobaczą swą córkę za kratami klauzury. Z reguły jest szok i łzy.

„Po co to? Jeżeli już musisz iść do zakonu, to wybierz taki, żebyś ludziom mogła pomóc, żeby twoja nauka na marne nie poszła…” — co pewien czas regularnie ta sama rozmowa między córką i rodzicami.

* * *

— Po co młoda dziewczyna zamyka się w klauzurze i prawie nikt jej nie rozumie, a prawie wszyscy współczują?
— Tego nie da się po ludzku wytłumaczyć. To trzeba zmienić perspektywę percepcji rzeczywistości…
— Da się, da. Spróbuj.
— Nigdy nie myślałam o życiu zakonnym. Drogi mojego życia trochę się poplątały. Kiedy Pan Bóg stanął na mej drodze, to normalne życie nie miało już dla mnie sensu. Albo On, albo nic. W moim domu nie było religijnej atmosfery. Chodziłam co prawda na religię, ale już w szkole podstawowej zbuntowałam się i powiedziałam sobie: „dosyć tego”. Tak było wiele lat, aż w którejś klasie liceum przez przypadek trafiłam do duszpasterstwa dominikanów, bo koleżanka coś tam załatwiała. Jakoś się zaczepiłam, ale nikt nie wiedział, jak wyglądają moje relacje z Kościołem. Byłam tam trochę takim obserwatorem. Moje zdziwienie wywoływał fakt, że ci młodzi ludzie, którzy tam przychodzili, traktowali Pana Boga poważnie. Ja przedtem prowadziłam raczej rozrywkowy styl życia i czegoś takiego wśród moich znajomych nie spotkałam. No i… zaczęła się rozwijać moja wiara, a wraz z nią moje powołanie. Aż pewnego dnia miałam ten błysk wewnętrzny, że Pan Bóg chce tego ode mnie. Oczywiście nie byłam pewna. Wciąż powtarzałam sobie: nie, nie. Mówiłam sobie, że jestem ostatnią osobą, która się do tego nadaje. Ale nie potrafiłam przed tym głosem uciec. Najpierw myślałam o siostrach Karola de Foucauld. Też kontemplacyjne, ale pracujące w świecie. Zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Nie miałam jakichś życiowych pasji, szczególnych zainteresowań. Wiedziałem tylko, że CHCĘ kochać. Pan Jezus najwięcej zrobił na Krzyżu, kiedy miał przybite ręce i nogi. I przebite serce. Zapragnęłam kochać ludzi tak, jak On. W moim rozumieniu Krzyż jest jakby „klauzurą Boga” — a więc po ludzku bezsilnością, bezczynnością, niemocą. I w tej perspektywie klauzura jest jakby krzyżem, rzeczywistością przebitych rąk i nóg, przebitego serca. Sens się tu odnajdzie tylko w perspektywie miłości, Bożej miłości! Gdy człowiek nie może już nic, Bóg może WSZYSTKO! Zrobić jak najwięcej, gdy nie można działać. Świat i człowiek trochę zwariował. Nasze powołanie — kontemplacyjne, klauzurowe — jest trochę jakby przeciwwagą dla ludzkiej pychy… Takim wołaniem, choć bez słów, że przecież w gruncie rzeczy wszystko zależy od Boga, a nie od człowieka. Nie chcę używać wielkich słów, ale jakoś to tak było…

Na moich obłóczynach była tylko mama, tata był chory i nigdy mnie nie widział w klasztorze. Chyba na szczęście. Podobno, jak zobaczył moje zdjęcie za kratami, to się rozpłakał.

A ja, kiedy tam się znalazłam, to czułam jakby we mnie były dwie osoby: jedna zakonnica i druga stojąca z boku, która się temu dziwiła. Miałam oczywiście myśli, by uciec, ale i ludzie w małżeństwie je mają.

— A jakie były te siostry za kratami?
— Całkowicie różne. Wariatki, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

* * *

Pamiętam, pojechaliśmy z ojcem Tomaszem Dostatnim do Świętej Anny i czekaliśmy w rozmównicy aż pojawi się siostra Elżbieta. Ojciec Tomasz pojechał jej złożyć życzenia z okazji 25–lecia ślubów wieczystych. Ona się modli za niego. Jest taki zwyczaj, że każda dominikanka sprawuje modlitewną opiekę nad konkretnym ojcem. Dominikanie wiedzą, że bez tej po-mocy niewiele by zdziałali. Już na samym początku, nim święty Dominik założył zakon męski, najpierw zwołał kobiety, mniszki w Prouille, żeby się modliły. Dopiero po dziewięciu latach powołał braci.

No więc siedzieliśmy w rozmównicy. Sądziłem, że za chwilę za kratami ujrzę istotę nie z tego świata, najpewniej osłoniętą welonem, ze wzrokiem spuszczonym ku dołowi. A tu pojawiła się osoba tryskająca humorem i rumieńcami. Najpierw przyszła siostra Janina. Wysunęła przez kraty kijek i rzekła: „Przywitajmy się”. No to przywitaliśmy się serdecznie, trzęsąc dłuższą chwilę kawałek drewna. Kawałek drewna podany z tamtego świata był może serdeczniejszy niż niejedna sucha i zwiędła dłoń, którą przyszło mi w życiu ściskać. Podejrzewałem więc, że nie tak musi tam życie wyglądać…

* * *

Więc po co te kraty? Przed czym mają bronić te dusze niebiańskie? Od czego uwolnić? Zadawałem sobie te pytania, znalazłszy się w Radoniach, gdzie co prawda krat jeszcze nie ma, ale przecież biegające po budowie siostry po to się tu znalazły, żeby je postawić.

— Kraty, proszę pana, wskazują na ten wymiar klauzury, jakim jest oddzielenie. Są niemym świadkiem tego, że Pan Bóg jest tak wielki, iż warto dla Niego zostawić wszystko. Nie zawsze jednak człowiekowi udaje się to wszystko zostawić, na przykład swoje wady, złe skłonności. Więc i za klauzurą są wszystkie słabości, jakie człowiek z sobą przyniesie. Klauzura jest po to, żeby przylgnąć do Jezusa, ale ona od niczego nie uwalnia.
— Konflikty też się u was zdarzają?
— Jak między ludźmi. Nie są takie tragiczne, ale w życiu wspólnotowym nieraz małe sprawy urastają do wielkich rozmiarów. I wtedy, jeśli człowiek zdoła się wznieść bodaj centymetr wyżej, to jest już uratowany. Zawsze jak jest źle, to trzeba spojrzeć na tę rzeczywistość innymi oczyma. Tylko żywy kontakt z Bogiem osobowym może człowieka uratować.

Siostra Anna, która polonistykę kończyła z samym Marcinem Babrajem, śmieje się na wspomnienie swoich studiów i nadziei, że jej życie w zakonie uwznioślą.

— A siostra po takich studiach nigdy nie próbowała czegoś napisać? Takie mądre życie wiedziecie i z Bogiem rozmawiacie, mogłybyście się tym z ludźmi podzielić. Przecież w dewizie dominikanów jest Contemplata aliis tradere.
— Nie było czasu.
— Jak nie było czasu?
— Pan mówi, jak mój ojciec: „Co wy tam robicie?” Ludzie jak słyszą: zakon kontemplacyjny, to myślą — próżniacy, co nic, tylko się w nim modlą. A my w kółko: gotowanie, sprzątanie, pranie, infirmeria… Wyszywało się na zarobek. Czasy były niełatwe. Wieczorem, jak człowiek jakąś mądrą książkę brał do ręki, to nad nią zasypiał. Wszystko poszło w kąt. Nowy dyplom ze sprzątania i gotowania zrobiłam. Nawet sobie tak żartowałam kiedyś, że po średniowiecznych mniszkach zostały takie wspaniałe dzieła teologiczne, a po nas to tylko pewnie garnki się ostaną… Ale łudzę się, że teraz to nowe pokolenie jakoś to złapie i zacznie przekazywać ludziom to, czym żyjemy.
— I zawsze byłyście takie zabiegane? Nawet jak były dwa chóry?
— Z tymi dwoma chórami to trochę przesada. Siostry pierwszego chóru też szły do pracy w kuchni czy w pralni. Ich przywilejem było to, że mówiły brewiarz po łacinie i wstawały na nocne modlitwy. Kiedyś może było inaczej, ale po wojnie te różnice między siostrami pierwszego i drugiego chóru nie były takie drastyczne. Pewnie ostatnią, której się udawało oddawać tylko modlitwie, była świątobliwa Józefa, która wstąpiła do zakonu wraz ze swymi służącymi i mogła się dzień i noc modlić.

— Jakie to były czasy?
— Matka Józefa zmarła w 1919 roku.
— A siostra, kiedy wstąpiła do zakonu?
— 40 lat później. W marcu 1959.
— Ale pomimo tych garnków czuje się siostra mniszką kontemplacyjną?
— Niewątpliwie tak! Pewnie nieco przesadziłam mówiąc o tym braku czasu na modlitwę i studium, bo w końcu gdyby ktoś nas z boku przez cały dzień obserwował, mógłby zapytać zdumiony: dlaczego narzekacie? Czego chcecie? Tak wiele godzin dnia oddanych modlitwie, każdego dnia msza św., brewiarz, modlitwa różańcowa, adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, medytacja nad Słowem Bożym… Praca zwyczajna, ta przy garnkach, sprzątaniu, praniu czy w gospodarstwie, zawsze była częścią życia monastycznego. Pan Bóg jednak mieszka w codzienności i to wielka pociecha.
— Siostro, a przyroda też wam pomaga w drodze do Boga?
— Czasami się zdarzało wyjść na nasz niewielki ogródek w Świętej Annie i pogapić się w chmurki. Jan Góra mnie kiedyś zapytał: „Nie tęskni siostra za teatrem?” A ja mu odpowiedziałam: „Nie, tylko za lasem i przestrzenią”.

* * *

Tu, w Radoniach, siostry mają 8 hektarów ziemi, z czego połowa to las. Część z tego kiedyś włączą do klauzury i być może będą wznosiły modły wśród drzew i świergotu ptaków. Siostry wprowadziły się tu w 1994 roku do kilku prowizorycznie urządzonych pomieszczeń. Żyją de facto na budowie, w ledwo otynkowanych ścianach i marzeniach. A te marzenia — przynajmniej związane ze sferą materialną — rzeczywistość przesiewa. Z pięknego obiektu klasztornego — który wedle projektu miał mieć zabudowę atrialną z wirydażem w środku — ostała się połowa. Może to i dobrze, ale i tak brak pomysłów, jak tę połowę doprowadzić do końca. Pomoc finansowa z różnych fundacji zachodnich (głównie niemieckich) gwałtownie się skurczyła i trzeba cierpliwie zabiegać o małe wsparcia, by dzieło doprowadzić do końca. Siostry przede wszystkim kwestują po parafiach. Na początku była euforia, a potem wydawało się, że wszystko się rozpadnie. Takie myśli przyszły po śmierci Matki Alberty, bez której pewnie nigdy by marzenia o fundacji się nie zrealizowały. W Świętej Annie od kilkudziesięciu lat mówiło się o po-trzebie fundacji. O tym, że jeśli zakon ma być żywy, to się musi rozwijać. Ale na słowach się kończyło i nikt odwagi nie miał zabrać się do realizacji tego pomysłu. Aż Matka Alberta zaryzykowała. Człowiek wielki duchem, choć słabego ciała. Potrafiła przyciągać i zdobywać ludzi, nawet kiedy leżała już chora w łóżku. Rozpoczęła budowę. Przez pierwsze lata siostry mieszkały w rozpadającym się dworku w Odranowoli. Warunki panowały tam uciążliwe, nie do wytrzymania. Przynajmniej nie dla wszystkich. Nie dla Matki Alberty. Umarła. Co będzie dalej? To pytanie zadawano sobie w całej prowincji dominikanów. Trwały dyskusje, czy Radonie są zgodne z wolą Bożą czy pragnieniami śp. Alberty pragnącej stworzyć trzeci w Polsce klasztor mniszek. Dokładnie na drugi dzień po Jej śmierci zakonny mistrz humoru, ojciec Aleksander Hauke–Ligowski, zawyrokował: „Teraz na pewno wiem, że Pan Bóg chce Radoń, bo przedtem nie byłem tego pewien”.

— Właśnie, a bracia dominikanie wam pomagają? W końcu modlicie się za nich. Jan Góra, najsprawniejszy żebrak w zakonie, mówił mi, że udzielił wam podobno złotej rady, jak zdobyć środki.
— Tak. Powiedział: „Nic wam dać nie mogę, ale zdradzę wam sposób, dzięki któremu zdobywam wszystko na Jamną i Hermanice. Idziecie na targi, podchodzicie do wystawcy i mówicie: Chciałabym się z panem zaprzyjaźnić. I facet już jest wasz”. No to my w śmiech, bo gdzie my mniszki z taką propozycją do ludzi pójdziemy.
— A on mi mówił co innego.
— Co?
— Że chciałyście, żeby wam jakąś bogatą hrabinę przysłał. Lecz on wam poradził, że to trzeba zrobić tak: Otwieracie tabernakulum, zapalacie świecę, klękacie i modlicie się. I wtedy nagle hrabina sama przychodzi i wrzuca czek na sumę 10 tys. dolarów. A wy podobno odpowiedziałyście, że nie macie tyle cierpliwości.
— Trzeba przyznać, że ojciec Jan Góra jest człowiekiem niezwykłym, pełnym fantazji i wyobraźni! Nie pamiętam jakoś, żeby doradzał nam modlitwy za hrabiny, co zresztą i tak w pewnym sensie ma miejsce, bo przecież nieustannie atakujemy Niebo modlitwą o ludzi, którzy zechcieliby nam pomóc w budowaniu naszego klasztoru.

Chodzimy po klasztorze–budowie z ojcem Pawłem Kozackim i z siostrą Jacką, prokuratorem, czyli inaczej dyrektorem ekonomicznym mniszej wspólnoty. Siostra od paru dni przeżywa męki, bo właśnie uruchomiono kotłownię. Nie wiadomo, czy piec dobrze obliczony, bo jeszcze nie wszystkie kaloryfery grzeją. A może lepiej, żeby nie grzały, bo oleju, na który jest piec, pójdzie tyle, że skąd ona pieniądze weźmie. Może trzeba było kupić nie tu, a tam, może zatrudnić inną firmę. Siostra Jacka jest załamana, zgodnie informują mnie inne siostry. Ale pomimo to w tym załamaniu dobry humor ją nie opuszcza.

— Siostra zawsze się śmieje? — pytam.
— Od urodzenia. Rodzice musieli na trzeci dzień zawołać lekarza, bo śmiałam się tak głośno, że się tym zaniepokoili.

Siostra Jacka w świecie nosiła pseudonim „Ruda”. Nikt nie przypuszczał, że „Ruda” może iść do zakonu. Najmniej ona sama. Uosobienie energii i aktywności. W czasie jakiejś licealnej rozmowy z przyjaciółmi, stwierdziła, że ona może być w życiu wszystkim, byle nie nauczycielką albo zakonnicą. Wkrótce została nauczycielką.

— Doskonale pamiętam, jak radość z rozpoczęcia pracy mącił mi paniczny lęk, że i ta druga ewentualność mogłaby też spełnić się w moim życiu. Wszystko, tylko nie to!

Nie przypuszczała nawet, że „to” już się w niej tliło tym bardziej, że praca matematyczki w liceum wydała jej się spełnieniem. Pasjonowała i realizowała się w niej, ale gdzieś od środka zaczęła pojawiać się myśl, że to, co dziś daje tyle radości, nie będzie wypełniać jej życia. To był czas niesamowitej walki.

— „Widziałam” już moje przyszłe życie rodzinne, zaangażowanie społeczne, harcerstwo… Jednak zostawiłam to wszystko.
— Ale dlaczego akurat do zakonu kontemplacyjnego?
— Często stawiano mi to pytanie. Padały argumenty o pasożytniczym zakonie. „Jeżeli chcesz, to idź do takiego zgromadzenia, gdzie będziesz mogła realizować swoje talenty i wykształcenie. Są zakonnice, które pracują w szkole.” Dla mnie nie było takiej alternatywy, chociaż przecież rozstanie z młodzieżą, ze szkołą należało do najtrudniejszych. Byłam przekonana, że niejako na przekór swojej naturze mam zostać siostrą kontemplacyjną, bo w życiu czynnym groziłby mi aktywizm, w którym zagubiłoby się moje życie z Bogiem.

Przyjechałam do Radoń, spędziłam dwa i pół roku w tym rozwalającym się domku w Odranowoli i pojechałam na rok nowicjatu do Świętej Anny.

— I nie miałaś chwil wątpliwości, że „przekrzywiasz” swoją naturę?
— Miałam niejedną. Nie dostrzegałam w sobie żadnych predyspozycji do takiego życia. Jedynie mocne przekonanie, że Pan Jezus tego chce, a On się mylić nie może, sprawiło, że poszłam za Jego wolą.
— Ale miałaś zostać mniszką, uciec od swej aktywności, a tymczasem musisz się martwić o rzeczywistość materialną wspólnoty, zabiegać o środki do życia i budowy metodami myślę czysto ludzkimi?
— Właśnie, pełniąc tę funkcję, muszę jakoś szczególnie zawierzyć, zaufać Panu Bogu, bo widzę, jak nędzne są nasze możliwości. To prawda, że ta kotłownia spędza mi sen z powiek, ale to wszystko mnie jeszcze bardziej mobilizuje, aby być bardziej z Panem. Jeżeli życie z Bogiem będzie stałym pragnieniem serca, to zabieganie jest jakoś mniej groźne.
— To czy dla ciebie nie byłoby ideałem zgromadzenie czynno–kontemplacyjne? Czy zakonnica nie mogłaby być wzorem dla dzisiejszego człowieka, że można osiągnąć jakąś harmonię osobowości, dopełnienie?.
— Są takie zakonnice. Ale ja chcę to dopełnienie inaczej pokazać. Po co my w ogóle istniejemy? Wokoło jest tyle autentycznej ludzkiej biedy, której ludzie Kościoła mogliby jakoś zaradzić, a my wykonujemy rzeczy jakoś bezużyteczne. Trudno na ten temat dyskutować z ludźmi, którzy nie wierzą w moc modlitwy. Są ludzie, którzy zajmą się bezdomnymi i ich potrzebami. Ale są też potrzebni tacy, którzy te wszystkie potrzeby ogarną modlitwą i przedstawią Panu Bogu. Doskonale ukazuje to fragment z Księgi Wyjścia: Jozue walczący z Amalekitami i Mojżesz ze wzniesionymi rękami do Boga. Jak długo Mojżesz trzymał ręce w górze, tak długo Jozue zwyciężał. Chodzi o te wzniesione ręce. Człowiek nie zawsze doświadcza owoców tych wzniesionych rąk, nie widzi zwyciężanych Amalekitów, ale my wierzymy, że tak jest, że Bóg chce połączyć działania jednych z modlitwą drugich.

* * *

Siostra Paula pochodzi z dalekiej Litwy i należy do nierzadko kiedyś spotykanej kategorii „sierot wojennych”. Do dzisiaj nie może wyjść ze zdziwienia, jakim sposobem znalazła się w klauzurze.

— To zupełnie nie wchodziło w rachubę, chociażby z racji zdrowia, ale z chwilą, gdy zrozumiałam, że tego właśnie Pan ode mnie chce — nie było siły, która by mnie z tej drogi zawróciła. Czy życie w klauzurze może rzeczywiście być wyrazem najpełniejszej i najbardziej radykalnej miłości? Klauzura — miłość całkowita, szukanie Jego samego, oddanie się Jemu samemu, aby mógł czynić ze mną, co chce. Klasztor koniecznie ma być najuboższy, najsurowszy, chciałam wszystkiego, co trudne, co umartwia i wyniszcza.
— A co potem?
— Potem te pytania, „jak lepiej”, „jak więcej” idą z człowiekiem przez całe życie. Jest to cała długa droga, na której „ja mam się umniejszać, aby On wzrastał”, droga ascezy. A jeśli jeszcze doleci do ciebie głos twego ojca Dominika, „Co będzie z grzesznikami?” Trwoga, lęk o zbawienie.
— Siostra tyle lat przeżyła w klauzurze. Czy miała siostra jakieś okresy jałowości, noce ciemne, okresy pustyni?
— Raczej nie. Jeśli już, to miałam głęboki kryzys wiary, kiedy zastanawiałam się, czy Bóg w ogóle istnieje. Myślę, że ten kryzys był bardzo owocny dla mnie jako zakonnicy, ponieważ dał mi okazję wczucia się w myślenie i odczuwanie świata osoby niewierzącej. A my, mniszki, jesteśmy jakoś specjalnie powołane do tego, żeby modlić się za tych, którzy odeszli albo nigdy nie znaleźli Pana Boga. Te wszystkie przeżycia pomogły mi ustawić w sobie cały świat modlitwy wstawienniczej. Być mniszką to diakonia, posługa modli-twy w Kościele. My jesteśmy tą materią, z którą Bóg może zrobić, co chce. Nie mamy być głosicielami czy pracownikami, ale przez zewnętrzne czy wewnętrzne cierpienie dawać świadectwo.
— A nie smuci siostrę fakt, że tak niewielu rozumie was, wasze posłannictwo?
— Nie. Świat nas nie rozumie, ale to nie ma znaczenia. Ja też wiele rzeczy nie rozumiem. Język i pojęcia ludzkie, którymi próbujemy opisywać Bożą rzeczywistość, są nieścisłe, źle ją tłumaczą, a przez to jakoś ją wykoślawiają. Możemy próbować ją uchwycić za pomocą poezji, nauki, ale do końca nigdy nam się to nie uda. I nie o to chodzi. Świat nie wie, że uwielbianie Boga jest największą użytecznością, najkonieczniejszym działaniem człowieka na ziemi. Dlatego powinni być ludzie wyłącznie temu poświęceni, to logiczne.
— A nie brak siostrze w Radoniach krat klauzury?
— Nie ma tych krat i to nadspodziewanie długo. 9 lat prawie. Ale ta klauzura powolutku narasta. To już widać nawet gołym okiem. Siostry „dorosły”, jeśli tak można powiedzieć. Już niedługo będę mogła wrócić do Świętej Anny, bo chcę przecież dokończyć żywota jako mniszka klauzurowa, a nie ciągle martwić się brakiem pieniędzy na budowę.

* * *

Wielbić Boga. To najużyteczniejsze zajęcie, ale czy trzeba to robić za klauzurą? Po co od razu odcinać się od świata?

— Bo świat łudzi, fascynuje fałszywymi błyskotkami i człowiek, choć ma dobre chęci, zapomina o Bogu. A tu, jak to mówią, człowiek obije się o je-den mur, o drugi i nie ma wyjścia, musi spojrzeć w niebo.
— A tak serio?
— Gdy wyjeżdżałam z miasta, spotkałam zaprzyjaźnionego chłopaka i musiałam mu się jakoś wytłumaczyć. Powiedziałam, że wychodzę za mąż, za Żyda. Był zbity z tropu. A potem spotkałam go po latach, kiedy byłam ubrana w habit. I wtedy już nie wiedziałam, co mu powiedzieć. A przecież to takie proste. Człowiek cały się ofiarowuje. Swój świat, myśli, ciało…
— A potrafisz żyć bez kontaktu z ludźmi, bez nowych znajomości?
— Kiedy będąc w zakonie, poznałam więcej wspaniałych ludzi niż w świecie. A właściwie źle mówię. Przedtem jakoś tak patrzyłam na ludzi, że ten jest ciekawy, ten odegrał jakąś rolę w moim życiu, a teraz czuję, że każdy mi jest bliski. I modlę się za wszystkich, których spotykam. Moją codzienną modlitwą jest modlitwa o rozszerzenie serca. My tu nie jesteśmy w zakonie dla swojej sprawy, ale dla zbawienia świata. To brzmi strasznie banalnie, ale tak jest. Oglądamy czasem dzienniki, gazety, aby nosić w sobie te sprawy, z którymi ludzie się zmagają. Jest taki ogrom cierpienia, że człowiek obojętnieje. A my staramy się na to otwierać — nie umysłem, bo to niemożliwe, ale sercem. Ludzie powierzają nam do modlitwy bardzo skomplikowane i bolesne sprawy. Każdą z nich staram się jakoś zająć, powierzyć w jakiś szczególny sposób, a nie po prostu mechanicznie włączyć w moje modlitwy.

* * *

Parę godzin przegadałem z siostrami o życiu kontemplacyjnym. Z młodymi i starszymi. Maria Anna, Weronika, Paula, Diana, Anna, Jacka, Bernadeta, Jadwiga. Wszystkie różne, ale wszystkie łączył jeden uśmiech, który ma swe źródło tam, gdzie mnie zwykłemu śmiertelnikowi nie udaje się dotrzeć. Stawiałem pytania, choć po części wiedziałem, jak na nie sobie odpowiedzieć. Ale ciekawiło mnie, jak każda z sióstr w niepowtarzalny sposób wyjaśniała swoje „porzucenie” świata. Iluż to słyszałem ludzi, którzy nie mogli się nadziwić „nieużytecznemu” i „próżniaczemu” życiu mniszek — ludzi, których życie w całości było poświęcone jakiemuś współczesnemu bożkowi, świecidełku, ulotnej rozrywce czy używce. Nigdy nie mam na tyle odwagi, by ich zapytać, czy nie czują zmarnowanego czasu, życia poświęconego pustce. A nawet nie tyle odwagi, ile prawa o to zapytać. Bo chociaż śmieję się z reklam wołających „Poznaj lepszy świat”, to gdzieś jestem razem z nimi niemym uczestnikiem tej iluzji.

Za to mam odwagę pytać siostry. No bo one, chociaż nie zawsze odpowiedzą na pytanie, to się przynajmniej nie obrażą.

— Siostry nie denerwuje, jak tak co jakiś czas was pytają, dlaczego żyjecie za kratami?
— Nie. Kilkadziesiąt lat żyję w klauzurze i często stawiałam sobie pytanie, jaki jest jej cel. Widziałam siostry, które rzeczywiście całe życie zakonne spędziły w absolutnym odcięciu od świata. Prawie nie widywały się ze znajomymi, nawet z najbliższą rodziną. Nawet operację wyrostka robiono im w ciemnym pokoiku, za klauzurą, przy lampce naftowej. Kiedy przyszłam do zakonu, siostry nosiły jeszcze włosiennice, a ja wyrabiałam bicze ze sznurka do umartwiania ciała. A dzisiaj niektóre młodsze zakładają dres i się gimnastykują czy biegają po lesie. Z czasem zaczęto inaczej pojmować naszą ofiarę i najważniejsze zadania, czyli uwielbianie Boga i szukanie Go dla świata.

Wie pan, kilka lat przeżyłam poza klauzurą, bo posłano mnie, bym pomagała zakładać pewną placówkę. I zobaczyłam, że Pan Bóg mnie tak samo tu i tam potrzebuje. Klauzura jest tylko pewnym środkiem, ale nie celem. Tak naprawdę najważniejsze jest to, by odkryć tę klauzurę, którą nosi w sobie każda z nas, to miejsce należące wyłącznie do Boga. Takie miejsce, gdzie nie dopuszcza się niepotrzebnych spraw. Jeżeli człowiekowi uda się pewne sprawy odsunąć na bok, wtedy można się modlić niezależnie od tego, jak ta klauzura wygląda.

— No, ale siostra wybrała właśnie klasztor?
— No, bo widzi pan… tego się nie da po ludzku wytłumaczyć…

Czy zostaną po nich tylko garnki
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...