Else

Pastor Willem Maas przybył do plemienia Indian Matapejów w lipcu 1634 roku. Był już wtedy dojrzałym mężczyzną, tubylcy nazwali go Usta, bo bez przerwy się uśmiechał. Jego uśmiech, pogodny i szczery, potrafił czynić cuda. Kapitan Rik Permeke, właściciel krypy, na której pokładzie pastor przepłynął morze, mówił o nim „Głupek”, ale i na niego działał czar łagodności tego niezwykłego człowieka. Wilk Morski rodem z Amsterdamu, który zdania nie potrafił złożyć, nie ukraszając go przekleństwem, w towarzystwie pastora zagryzał wąsa, fajkę, słowem robił wszystko, aby nie rozpuścić jęzora i trzymać go w gębie czerwonej i pryszczatej. Zanim pochłonęły go fale, a razem z nim całą załogę okrętu „Else”, on, nie kto inny, utrzymywał kontakt między pastorem a światem cywilizowanym. Pojawiał się nieregularnie, czasem raz, czasem kilka razy do roku, przywoził, co było trzeba, niczego, prócz listów pastora, nie zabierając. Robił to bezinteresownie. Kapitan Rik Permeke, zawsze niezachwiany we wszystkich swoich sądach, obojętnie czego by nie dotyczyły, uważał Indian za skończonych dzikusów, zwierzynę, którą należałoby pozostawić w lasach. Z całą pewnością mówienie im o Chrystusie było ze strony tego szaleńca pastora marnowaniem czasu. Indianie, obojętnie jacy — Tapujowie, Tupinambowie czy Matapejowie — wedle jego opinii byli całkowicie bezużyteczni, nie nadawali się nawet na niewolników. Wymierali na plantacjach trzciny cukrowej i wcześniej czy później trzeba ich było zastępować drogimi, sprowadzanymi prosto z Afryki Murzynami. Do nich należała przyszłość. Co prawda, ci jeszcze mniej byli podobni do ludzi, ale mieli mięśnie jak się patrzy i dawali się wytresować, jeżeli tylko trafili na zręcznego pana. Takie były poglądy kapitana Permeke, co do słuszności których był pewien, i w każdej sytuacji, choćby nawet z samym pastorem, mógł dyskutować, broniąc swego. Holender, który do swej załogi mawiał, że z diabłem mu wszędzie bliżej, nie wierzył w nic prócz pieniądza. A jednak raz, tuż przed śmiercią, doświadczył czegoś prawdziwie mistycznego. Kiedy prawa burta wspięła się na siną skałę, roztrzaskując kręgosłup biednej, starej „Else”, usłyszał głos Boga — Nie miałeś racji, Riku Permeke! — zagrzmiało wśród wrzasku marynarzy, ryku fal i łomotu pękających desek. Kapitan był trochę zdziwiony, ale od razu poznał, że to Bóg doń przemawia. Jego głos podobny był, nic w tym zresztą dziwnego, do głosu pastora Willema Maasa. — Nie miałem racji?! — powtórzył. — W czym nie miałem racji? — spytał, łapiąc się kurczowo wylatującej właśnie w powietrze części balustrady. — We wszystkim — odparł Bóg, a człowiek, wirując wśród rozbryzgujących się hektolitrów słonej wody i wiatru, co był silny, a jednak nie na tyle, aby utrzymać go w locie, westchnął „Acha” i wpadł w ramiona śmierci, która tym razem i specjalnie dla niego przybrała postać pewnej portowej dziewczyny.

Gdy pastor dowiedział się o jego smutnym końcu, przejął się tym bardzo, odmówił parę modlitw za spokój duszy „naszego przyjaciela” Rika Permeke i załogi „Else”, a że w tym czasie sam już z racji wieku częściej niż przedtem myślał o śmierci, więc wyjątkowo, w tajemnicy przed swymi owieczkami, popił rumu, więcej niż należało, i zasnął. Trzeba całego życia, aby nauczyć się żyć — napisał ten nudziarz Seneka. Michał z Montaigne twierdził zaś, że „starość przynosi nam więcej zmarszczek w mózgu niż na twarzy”. Biedny pastor, mimo że religijny jak rzadko który duchowny, wciąż miał wiele wątpliwości i choć chętnie w jesieni życia zgodziłby się z Seneką, to jednak miał poczucie, że i Michał z Montaigne miał swoją rację. Mimo że ukończył lat sześćdziesiąt, nie czuł się mądrzejszy od czterdziestolatka, który w lipcu 1634 roku na statku „Else” przybywał do byłej portugalskiej kapitanii Pernambuko, na nieznany sobie ląd, do obcych ludzi, z misją głoszenia Ewangelii.

Od kapitana Permeke, który jak się koniec końców okazało, nie miał pojęcia co jest prawdą, otrzymał pastor swoją ulubienicę i wierną towarzyszkę spędzonych wśród Matapejów lat — Else. Nie okręt oczywiście, on roztrzaskał się, gdy Bóg przemówił do kapitana, lecz papugę o tym samym co okręt imieniu. Wręczając ją pastorowi, Stary Wilk Morski pozwolił sobie na niewybredny żart — To dziewica.

Był wtedy jeszcze wesoły w ów szczególny, drażniący sposób, co świadczyłoby raczej, że nie przeczuwał swego końca. Else była piękna, niebywale kolorowa, czerwona i niebieska, żółta i miejscami czarna. Ogromnie też dbała o siebie, codziennie czyściła swoje połyskliwe piórka, od długiego ogona po czubek głowy. Niestety, uroda jak to często bywa też u ludzi, nie szła w pa-rze z inteligencją.

— Będzie mówić — zapewniał kapitan, ale nie przemówiła. Nie miał racji — rzeczywiście — nawet w drobiazgach. Przez kilka pierwszych miesięcy pastor drżał na myśl, że wśród papuziego skrzeku, głośnych fanfaronad, które można było znieść jedynie w wypadku zatkania uszu, pojawi się niespodziewanie mocno soczyste i oczywiście wyraźne marynarskie przekleństwo, ale nic z tego. Papuga była niemową, to znaczy z całą pewnością nie używała języka holenderskiego, Indian Matapejów, Tapujów, Tupinambów, portugalskiego, ani żadnego innego, który bałby znany Willemowi Maas. Mimo tego feleru pastor od samego początku poczuł ogromną sympatię do wielkiego ptaka, on zaś na swój sposób, głównie przeszkadzając, starał się okazać, że z nim jest podobnie. Else przechylając zabawnie głowę, słuchała uważnie długich kazań pastora, podkradała mu pióra do pisania i jedzenie, z różnym skutkiem próbowała nadgryzać książki, wkładała mocne pazury w kapcie Willema i usiłowała chodzić w nich po izbie. Śmiechu było co nie miara.

Indianie starali się schlebiać Else. Przynosili jej smakołyki, witali ukłonem i nazywali „Uczona”, choć właściwie nie wiadomo dlaczego. Uczona, bo uczona — tłumaczyli. Bawiło to pastora, wieczorami, czytając na głos Biblię, miał jednak wrażenie, że sprawia ptakowi przyjemność. Wystarczyło, że przerwał lekturę, a Else otwierała potężny dziób raz za razem i wydawała się bardzo zniecierpliwiona.

— Mówisz do mnie „otwórz dziób” — śmiał się Willem i groził palcem. — Oj ty, ty. Nie jesteś taka głupiutka, oj nie. Wiesz, co dobre. To — pokazywał na książkę — Słowo Pana — pokazywał w górę.

Wciąż miał nadzieję, że papuga któregoś dnia powita go zacnym, chrześcijańskim „Szczęść Boże”. Te dwa wyrazy powtarzał przy niej najczęściej, z rozmysłem. Pastor mimo swego wieku, cieszył się dobrym zdrowiem i choć w edukacji ptaka nie odniósł żadnych sukcesów, to jednak mógł swoje dotychczasowe życie z innych, daleko istotniejszych powodów, uznać za bardzo udane. W wiosce zagubionej wśród lasów, na krańcach cywilizowanego świata, pozyskał dla Zbawiciela kilkadziesiąt duszyczek, pobudował kaplicę, domy i nauczył Indian wielu pożytecznych umiejętności, które wyniósł ze swego gospodarskiego domu w rodzinnej Holandii, a przede wszystkim — z tego był prawdziwie dumny — zyskał szczerą przyjaźń tych ludzi. Kochali go wszyscy, był dla nich, dopiero co wyszłych z otchłani nieprzebytych puszcz i mokradeł, jak najlepszy ojciec i obrońca. Martwiło Willema Maasa, co stanie się z jego trzódką, gdy odejdzie — bo przecież nikt nie żyje wiecznie. Wiedział o wiele więcej o świecie, niż chciał im przekazać. Dobrze znał życie i zdawał sobie sprawę, że chciwość, głupota i okrucieństwo z siłą huraganu mogą zmieść w ciągu kilku dni to, co posiał w sercach tych prostych ludzi. Od paru lat na wszystkie strony wysyłał rozpaczliwe prośby o zmiennika, następcę, którego mógłby pozostawić na tym wywalczonym posterunku wiary. Na próżno.

Odpowiedzi przychodziły rzadko i były odmowne: „Nie ma obecnie…”, „brak chętnych…”, „duch zamiera…” i na koniec „proszę nam wybaczyć”. Wreszcie sam gubernator z Recife zabrał głos, jego list pachnący i starannie opieczętowany wzbudził w starym sercu pastora niepotrzebne, jak się okazało, nadzieje. Uprzejmie informowano, że choć ceni się trud pastora Massa, zamiast Maasa, i pochwala jego postępowanie wobec dzikusów, to, niestety, „nie udzieli się mu spodziewanej pomocy. Mała opłacalność tutejszych kapitanii, ich znaczne oddalenie od macierzy i ciągłe walki, jakie trzeba toczyć o ich utrzymanie, sprawia, że dalsze losy Kompanii Zachodnioindyjskiej w Brazylii są niepewne. Zdarzyć się może, co oby nie nastąpiło, że niebawem, straciwszy resztę kapitanii, będziemy zmuszeni wycofać się także z Recife, naszego portu”. W takiej sytuacji, utrzymywanie placówki pastora w wiosce plemienia Metupejów, zamiast Matapejów, byłoby, co zrozumiałe, bezzasadne. Z przykrością i uprzejmie, z poważaniem i w imię Boga donosił sam gubernator. Pastorowi opadły ręce. A więc cały jego trud miał pójść na marne. Ten list przypieczętował jego los. Kilka dni później, myjąc nogi w misce, sześćdziesięcioletni Willem Maas umarł nagle. Indianie długo nie mogli w to uwierzyć. Kiedy próbowali się zbliżyć do siedzącego, Else drapieżnie rzucała się do ataku. Potworny krzyk i mocarne trzepotanie skrzydeł wypełniało zastałe powietrze, ledwo ktoś przestąpił próg izdebki duchownego. Dni były upalne i zaczynało cuchnąć. Nie było na co czekać. Pastor powinien zostać pogrzebany. Indianie: Mateusz, Zachariasz i Jan wymalowali na swych nagich ciałach święte, chroniące od złych duchów znaki i trzymając miotły, bo nie chcieli przecież skrzywdzić ptaka, poszli stoczyć z nim walkę o ciało swego dobroczyńcy. Papuga stawała dzielnie, lecz uległa przewadze napastników. Odgrażając się rozpaczliwie w swoim papuzim języku, uciekła Else w nieznane, pastora zaś jeszcze tego samego dnia zakopano pośrodku kaplicy.

Niebawem Holendrzy rzeczywiście opuścili niegościnny dla siebie ląd. Był rok 1660. Ich miejsce zajęli ponownie Portugalczycy, dla których już wcześniej należała większość plantacji trzciny cukrowej w okolicach Arraial, Porto Calvo, Recife i Olindy. „Nowa Holandia” przestała istnieć. Nikt nie odwiedził wioski Indian Matapejów, a i oni nie kwapili się składać wizyt nowym władzom. Starszyzna plemienna, wódz Józef, jego synowie, czarownik Joab i przywódcy rodów zasiadali często na progu pobudowanej z takim trudem kaplicy i rozmyślali, patrząc na swe domostwa. Zostać czy odejść, czekać — bo może pastor Willem zmartwychwstanie pewnego dnia, jak to zrobił mądry Bóg o imieniu Jezus Chrystus, ten sam, którego jedli co niedzielę, modląc się żarliwie. Teraz czuli się opuszczeni i głodni. Kolejna pora deszczowa zmyła z ich ramion ubrania, każda następna oddalała zagubioną trzódkę pastora Maasa od miejsca, w którym doświadczyli tyle szczęścia. Niszczejące domy, wznoszone na holenderską modłę, stawały się dla nich dziwnie obce. Wieści dochodzące ze świata były niepokojące i zmu-szały do szybkich decyzji. Łapacze niewolników na usługach portugalskich plantatorów wyruszyli z Olindy. Słynny Miguel Calabar i jego rozbójnicza kompania, zbiry spod ciemnej gwiazdy, zapuszczały się daleko w głąb nieprzebytych lasów, paliły napotkane wsie Aciki, Juckerjou, Ocioneciou i Pajoke, mordowały obrońców, zajmowały ziemię po ziemi, plemię po plemieniu wpadało w ich łapy. Kto nie zdołał w porę ujść za rzekę Mamanguape, ginął lub trafiał w niewolę, kto uszedł za rzekę Mamanguape, musiał walczyć o przetrwanie wśród plemion, z którymi jego przodkowie toczyli ustawiczne wojny od niepamiętnych czasów. Matapejowie ruszyli w drogę.

Wygnańcy z raju wędrowali po puszczy prowadzeni przez czarownika, otoczeni drużyną uzbrojonych zwiadowców. Byli smutni i zalęknieni. Spali w gromadzie jak pisklęta w gnieździe, tuląc się wzajem do siebie, przed chłodem i dla dodania sobie odwagi.

— Tutaj mieszka diabeł — mówiły dzieci, które nigdy nie spędziły nocy poza domem.
— Tutaj będziemy musieli zamieszkać — mówił wódz Józef do czarownika i brzmiało to w jego bezzębnych ustach jak najcięższy wyrok.

Właśnie wtedy pojawił się jak anioł stróż głos pastora. Budził się dzień, obłoki parującej wilgoci unosiły się, a ostry blask odnajdywał dla siebie wąskie przestrzenie między wysokimi do nieba drzewami, gdy poprzez ptasi trel, świergot szalony i pokrzykiwanie małp usłyszeli pastora Willema Maasa. — Szczęść Boże — powtórzył kilkakrotnie, wyraźnie. Był z nimi. Wszyscy w milczeniu wstali, przeżegnali się. Wódz Józef zapłakał.

— Jest — wymamrotał przejęty czarownik.
— Nie byli dobrzy! — ryknął na współplemieńców — Dlatego poszedł, ale wrócił.

Kobiety i dzieci zapiszczały w przestrachu, mężczyźni zwiesili głowy. Może i byli niedobrzy, zawsze coś tam się znajdzie, byli i będą, bo kto żyje, ten grzeszy. Myśleli jak wielu przed nimi i po nich.

Głos pastora poprowadził ich. Szli za nim przez kilka tygodni. Pojawiał się zaraz o świcie, a znikał wieczorem. Tak było dzień po dniu. Mówił — Szczęść Boże, a potem powtarzał jakieś modlitwy niezbyt wyraźnie i głośno, ale na tyle, aby mogli iść jego śladem. Prowadzi nas — mówił wódz. Przy pastorze znów czuli się bezpiecznie. Wróciła do nich radość. Nic nie było dla nich straszne, nic zbyt trudne. Wiara płonęła w ich sercach. Przypominali sobie ulubione zdania pastora „choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę” lub „szczęśliwy, kto się boi Boga”.

Nie narzekali jak ci, których prowadził Mojżesz, i może dlatego ich podróż nie trwała aż tak długo. Pewnego dnia wyszli z ciemnego lasu i ujrzeli u swych stóp dolinę jak z baśni, pokrytą zielenią, gęstą trawą, pachnącą i świeżą. Ujrzeli słońce, nie przez splątane gałęzie wysokich drzew, liany i ogromne liście, ale tak jak dawniej, w starej wiosce, okrągłe pośrodku błękitnego nieba. Od razu zrozumieli, że to miejsce specjalnie dla nich jest przeznaczone. Bez słowa i w zachwycie wkraczali doń jak do jakiegoś sanktuarium, rozglądając się na boki, uśmiechając z tą samą łagodnością, z jaką zwykł to czynić Willem Maas. Nauka nie poszła w las. Wtedy też usłyszeli nad swoimi głowami łopot potężnych skrzydeł, wielki ptak przefrunął nisko, zatoczył koło i usiadł przed nimi w odległości rzutu kamieniem. Stanęli, przyglądali się, nie było wątpliwości. — To Uczona lub Else, jak mawiał pastor. Imię papugi przebiegło po ustach wszystkich.

Else, śmiesznie podskakując, przebiegła kawałek, stanęła, wyprostowała najpierw prawe, następnie lewe skrzydło, po czym przemówiła wyraźnie „Szczęść Boże”. Indianie zaniemówili, z jej gardła dobiegał głos pastora. Ptak powtórzył swoją kwestię kilkakrotnie z widocznym ukontentowaniem, ukłonił się i przekrzywiając głowę, zdawał się oczekiwać na reakcję: „I co wy na to? Słucham”. Czarownik z wodzem wymienili spojrzenia

— To nie ptak — stanowczo rzekł Joab. — Ten ptak nie mówił.

Wódz z powagą pokiwał głową. Ci, co stali najbliżej, również się z tym poglądem zgadzali. Uskrzydliło to czarownika, dodało pewności siebie. — Duch pastora wszedł w Uczoną. Nie było wątpliwości. Indianie przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem. Papuga także.

Odtąd przez wiele lat towarzyszyła plemieniu Matapejów w jego nowej Ziemi Obiecanej, służąc mu Bożym słowem, może nie na zawołanie, ale we właściwym, jak zapewniał czarownik Joab, momencie. Mówiła „Błogosławieństwo Boże”, gdy pochwalała czyjeś plany, krzyczała „Zepsułeś robotę”, gdy należało zaniechać starań. Podobno nie myliła się nigdy. Była jak wyrocznia Pana. Zawsze, kiedy cytowała Koheleta, za życia ulubioną lekturę pastora, śmiała się tak donośnie, że Indianie, sądząc, iż tak wypada i należy, zanosili się śmiechem, choć nie do końca pojmowali, co jest śmiesznego w zdaniu „wszystko to marność”.

Else
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....