Pytanie Boga
Dobre spędzenie niedzieli jest w znacznej mierze uwarunkowane poprzedzającym ją, dobrze przepracowanym tygodniem. W przeciwnym razie możemy skończyć jak przysłowiowy indyk.
„Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Św. Ignacy Loyola daje jasny sygnał – bez pracy nie ma kołaczy, choć i tak owoc naszych działań zależy nie tylko od nas. Świat naszą pracę doceni albo zniszczy; podniesie do rangi dzieła lub wykpi, i to niezależnie od tego, czy wykonałem ją z sercem, zbliżając się do Boga, czy tylko dla poklasku lub kasy. Innymi słowy, prawdziwa nagroda za pracę będzie tylko wtedy pewna i natychmiastowa, jeśli samą pracę potraktuję jak nagrodę. Wówczas praca stanie się też modlitwą dziękczynną.
Klimatyzacja
Jednym z najbardziej znanych świętych, wskazujących pracę jako drogę do wewnętrznej czystości i świętości, jest twórca Opus Dei – Josemaría Escrivá de Balaguer. Jego zaangażowanie w pracę – zarówno za życia, jak i po śmierci – obrosło legendą do tego stopnia, że prawdopodobieństwa nabiera nawet anegdota, w której św. Josemaría miał trafić przez językową pomyłkę do piekła. Św. Piotr – prosty, niewykształcony rybak – szukał w Księdze Życia imienia Josemaría pod literą H, a że nie znalazł, odesłał go spod bram nieba. Po trzech dniach, gdy Piotr pojął swą pomyłkę, popędził do Lucyfera. Walił w drzwi piekła tak długo, aż gospodarz otworzył.
– Oddawaj nam Escrivę. To święty Kościoła! – wydyszał z naciskiem św. Piotr.
– Ha, co oddawaj, jakie oddawaj? Nie oddam. On tu dopiero trzeci dzień siedzi, a już założył klimatyzację! – odburknął diabeł.
To tylko dowcip, ale myślę, że dobrze pokazuje pewną tendencję, którą można zaobserwować u ludzi uczciwie i mądrze pracowitych. Pracuj, ile masz sił, i jeszcze trochę, niezależnie od tego, co robią lub czego nie robią inni, i niezależnie od tego, czy sprzyja, czy nie sprzyja temu otoczenie. Znam wiele świadectw ludzi, którzy w szczerości modlili się o jakąkolwiek pracę lub o lepszą pracę, właśnie odmawiając nowennę do św. Josemaríi Escrivy. I nigdy nie zostali odesłani z kwitkiem. Poświadczam to także ja. Ten święty skutecznie działa. A Bóg daje nam lepiej i hojniej, nie zawsze jednak widać to na pierwszy rzut oka.
1000 punktów
W Księdze Izajasza znajduje się fragment, który lenie bardzo lubią cytować na usprawiedliwienie nieróbstwa: „Wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata” (Iz 64,5). Na chwałę pracusiów mamy zaś List św. Jakuba, który przypomina, że „wiara bez uczynków jest martwa” (por. Jk 2,14–26). Zatem jak to naprawdę wygląda? Łaską zostaliśmy zbawieni? Czy jednak bez pracy nie ma kołaczy?
Kiedy pobożna i pracowita niewiasta stanęła u bram nieba, św. Piotr uroczyście oznajmił:
– Wejście do nieba za 1000 punktów.
– A ile ja mam punktów? – zapytała.
– Policzmy… Co pani robiła w życiu?
– Codziennie chodziłam do pracy na osiem, a czasami nawet dziesięć godzin i wykonywałam ją bardzo solidnie.
– Świetnie. To ma pani dwa punkty. Co jeszcze? – dopytuje Piotr.
– Tylko dwa? Oj… No cóż… Chodziłam do kościoła trzy albo cztery razy w tygodniu.
– O, to pięknie, kolejne dwa punkty.
– Odwiedzałam chorych, pomagałam bezdomnym, zbierałam makulaturę, urodziłam trójkę dzieci i wychowałam je.
– Widzę, że żyła pani naprawdę pięknie. Kolejne siedem punktów.
– Czytałam prasę katolicką, miesięcznik „W drodze”… – z zapałem wymieniała kobieta.
– Zasłużyła pani na punkt – podsumował Piotr. – Razem 12.
– Ale święty Piotrze, to oznacza, że brakuje mi 988. Boże, ratuj!
– Doskonale! Za to wołanie dostaje pani 988 punktów, co łącznie daje 1000.
Nasuwa się pytanie, czy te 12 punktów było do zbawienia koniecznie potrzebne? Prawdy wiary o tym milczą. Mowa w nich raczej o nieśmiertelności duszy i łasce Bożej. O pracy nie ma ani słowa. Temat podjął za to Cyprian Kamil Norwid, który napisał, że zmartwychwstanie dokona się przez pracę, „bo piękno na to jest, by zachwycało do pracy – praca, by się zmartwychwstało”. Komuniści zwykle ten cytat urywali na słowach „zachwycało do pracy”, bo na zmartwychwstanie w marksizmie nikt nie mógł liczyć. Może rzeczywiście nie ma się co przepracowywać, skoro tak niewiele od nas zależy? Pan Bóg, wypraszając człowieka z raju, zapowiedział mu, że „w pocie czoła” będzie musiał zdobywać niezbędne do przeżycia dobra. Rzeczywiście, kolarz, hutnik czy polonista – każdy na swój sposób musi się napocić, żeby odebrać zapłatę, czasem niegodziwą. Brawurową ilustrację odbioru wypłaty przez nauczyciela języka polskiego umieścił w Dniu świra Marek Koterski. To trzeba zobaczyć. Kiedy nasza praca nie jest zauważana albo doceniana, popadamy w gniew, złość lub frustrację. Jedną z dróg, by tego uniknąć, jest dedykowanie własnej pracy oraz szukanie pasji.
Rób to, co kochasz
Wiele razy słyszałem zawołanie, które stało się mottem ludzi sukcesu: „Rób to, co kochasz”. A jeśli muszę robić rzeczy, na które nie mam ochoty? Pokochaj je wszystkie. Jak? Są różne mistyczne myki na to, jak żmudne prasowanie koszul, prowadzenie tramwaju lub lekcję fizyki w gimnazjum uczynić przygodą i radością. Myk pierwszy to właśnie dedykacja. Zawsze kogoś nosimy w naszym sercu, nawet gdy jesteśmy samotni. To może być mama, żona, córka, brat, dziadek albo nawet dawno niewidziany, ale ukochany nauczyciel. Warto zrobić sobie rano plan zadań na cały dzień i każdemu z nich przypisać jedną intencję. Prasowanie za teściową, gotowanie za córeczkę, nudna konferencja za ojczyznę itd. Każda najdrobniejsza nawet sprawa, w wymiarze wieczności, nie musi się marnować. Czy od tego wzrośnie zaangażowanie w pracę? Nie wiem, ale jest ogromnie prawdopodobne, że to, co dotychczas jawiło się jako monotonna i jałowa czynność, pozostając identyczną, nabierze wymiaru duchowej walki o kogoś bliskiego. Jeśli natomiast ktoś na samą myśl o tym, że do końca życia będzie robił to, co robi, dostaje niekontrolowanych torsji lub popada w smutek wypierający wszystkie inne uczucia, niech zaplanuje zmianę. Nikomu nie życzę utraty pracy, bo przed laty sam się z tym borykałem i wiem, jak to jest, ale czasami sytuacja przymusowego poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia to nie kamień młyński u szyi, tylko trampolina do totalnej i korzystnej zmiany. Bo kryzys jest szansą.
Ktoś powie: Jasne, tylko że kredytu szansami nie spłacę. Proszę wybaczyć, ale skupianie się na spłacie kredytu to straszny minimalizm. Gadam jak potłuczony? Być może. Jednak wierzę, że nawet gdy ratę mamy horrendalną, a frank wciąż rośnie, jesteśmy tu po to, by robić rzeczy wielkie. „Popatrzcie na ptaki na niebie: nie sieją, nie żną, nie gromadzą w magazynach” (Mt 6,26), a mają się świetnie. O ileż bardziej my jesteśmy do tego powołani. Warto odkryć pasję albo powrócić do zakopanego talentu i zacząć nim z radością obracać. Warto nie myśleć systemem: od pierwszego do pierwszego, nie stawiać ograniczeń w stylu: muszę zarobić tyle i tyle, bo może przy otwartym umyśle i poczuciu, że robię to, co kocham, zarobię dużo więcej. Nie chcę powtarzać za poprzednim prezydentem: Zmień pracę i weź kredyt; wolę powiedzieć: Rób swoje z sercem, a manny ci nie zabraknie.
Pamiętam, jak przed jedną ze studenckich sesji poszedłem do stołecznego kościoła św. Krzyża, który znajduje się na Krakowskim Przedmieściu, tuż obok mojego wydziału dziennikarstwa. Przed obrazem Judy Tadeusza prosiłem Boga o pomoc na egzaminie. Usłyszałem wtedy w sobie łagodny, ale jednak stanowczo zniesmaczony głos: „Proś Mnie o rzeczy trudne, zwykłymi zajmij się sam”.
Kowalska lepsza od Prady
Ora et labora, czyli módl się i pracuj, a może módl się pracą? Świetny przykład duchowej walki przez szydełkowanie daje św. Faustyna Kowalska. Choć rozmawiała z Jezusem tak często, że dech zapiera, miała małe szanse na robienie rzeczy wielkich w oczach świata. Prosta siostra drugiego chóru, koadiutorka bez wykształcenia, więc służąca zwykle ciężką fizyczną pracą w ogrodzie, na furcie, w kuchni. Prała, sprzątała, obierała ziemniaki, wydawała jedzenie bezdomnym albo szydełkowała. I właśnie na szydełku, kiedy zmagała się z bolesną chorobą i niewiele więcej mogła robić, postanowiła „wypracować” nawrócenie wielu dusz. „O Trójco Przenajświętsza (…), proszę Cię, daj łaskę nawrócenia tylu duszom, ile dziś ściegów zrobię tym szydełkiem” (Dzienniczek, 961). Pan Jezus odpowiedział: „Za wielkie są żądania twoje. (…) nawrócenie grzesznej duszy wymaga ofiary”. Wówczas Faustyna pokornie prosiła, by uznać jej pracę za wielką ofiarę, bo wykonywała ją z posłuszeństwa (miała zakaz pokuty i umartwień przez wzgląd na zdrowie): „Ty, Jezu, przez trzydzieści lat zbawiałeś dusze taką pracą (…). Panie, przyjmij te drobiazgi z pieczęcią posłuszeństwa jako rzeczy wielkie”. I choć na początku Jezus uznał prośbę za zbyt śmiałą, fragment ten kończy się słowami: „Córko Moja miła, czynię zadość prośbie twojej”. Praca św. Faustyny stała się modlitwą i natychmiast poprowadziła przez nawrócenie ku Bogu cały zastęp dusz. Możemy sobie tylko wyobrazić, z jakim zapałem szydełkowała pobożna siostra. Myślę, że żaden Dolce & Gabbana, Miuccia Prada czy Hugo Boss nie szyli nigdy z taką pasją i z takim pożytkiem dla ludzkości. Diabeł być może ubiera się u Prady, ale ucieka od prostego ściegu Faustyny Kowalskiej. (Zawsze byłem fanem polskiego stylu).
Widzialne i Niewidzialny
Ten tekst miał być o „i” – spójniku łączącym ora z labora. Ważną podpowiedzią jest to, że te dwa wyrazy spina „i”, a nie rozdziela „lub”. Usłyszałem kiedyś historyjkę o młodym zakonniku, który przyszedł do swojego ojca duchowego, by go zapytać, czy może palić papierosy podczas modlitwy. Ten, oburzony, miał odpowiedzieć: „Co ci przyszło do głowy? Oczywiście, że nie”. Młodzieniec w pierwszym odruchu się zasmucił, ale szybko się otrząsnął i z błyskiem w oku zapytał: „A czy mogę się pomodlić, gdy palę?”. Ta anegdota przypomina, że przepisy i prawo nie zwalniają z przynaglenia do ustawicznej modlitwy.
Pokaż mi swoją modlitwę, a powiem ci, kim jest Ten (albo ten), do kogo się modlisz. Jeśli modlitwa nie ma u podstaw bezinteresownej miłości, to jest mniej lub bardziej bluźniercza. Jedna ze współczesnych mistyczek, Catalina Rivas (na jej objawieniu dotyczącym mszy świętej oparto scenariusz animowanego filmu Największy z cudów), zapisała słowa Jezusa, który zasmucony mówił, że nawet po komunii świętej nie słyszy od ludzi wyznania miłości; wysłuchuje jedynie długich list życzeń. Zbawiciel to nie złota rybka albo dżin z Baśni z 1001 nocy. To jest Bóg Wielkiej Nocy. Jeżeli w sercu wyznasz, że Jezus jest twoim Panem i chcesz, by Jego, a nie twoja wola realizowała się codziennie, owo „i” stanie się miejscem spotkania nieba i ziemi, Boga i ciebie, wieczności i chwili, widzialnego i Niewidzialnego. Wiara bez uczynków jest martwa – wracam do słów z Listu św. Jakuba.
Można zamodlić się na amen i pozostać ślepym egoistą. Jeden z najbardziej sensownych sposobów modlitwy to służba. Ojciec Święty Franciszek na początku swego pontyfikatu zwracał uwagę na to, żeby chrześcijanie świadczyli o Jezusie przede wszystkim czynem, a dopiero gdy nie da się inaczej – słowem. Czy zatem modlitwa odwodzi nas od tego, co naprawdę istotne? Tak i nie.
Niech Cię nawet sen nasz chwali
Tak, bo długa modlitwa może odwodzić od najważniejszych w tym dniu spraw. Popadanie w dewocję to rodzaj samoobrony. Nawet jeśli szturmujemy niebo w słusznej sprawie. Saduceusze, czyli praktykujący niewierzący, całymi dniami wystawali w świątyniach i to w pierwszych rzędach, ale wpływ ich zachowania na relację z Jahwe był raczej ujemny. Pewne jest, że dobre spotkanie z Bogiem prowadzi do działania, bo to On jest w nas sprawcą chcenia (por. Flp 2,13). Zbytnia gadatliwość na modlitwie stawia człowieka w roli kogoś, kto głosi kazania Bogu. Nie znaczy to jednak, że mamy poprzestawać na aktach strzelistych. Bóg jest naprawdę zainteresowany tym, co u nas słychać. Nic nie stoi na przeszkodzie, by nasz wewnętrzny dialog z Mistrzem trwał długo, a najlepiej – ciągle. Nie trzeba robić przerwy w życiu, w pracy, w zabawie, aby się modlić. „A gdy będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali” – to piękne, płynące prosto z serca, słowa pieśni Kiedy ranne wstają zorze. Nie warto jednak czekać z modlitwą do wieczora. Można zacząć teraz, dziękując za to, że udało się nie zaspać, nauczyć córkę jeździć na rowerze albo za to, że akurat dzisiaj jest niedziela.
Niedziela
Lubię niedzielę. Dobrze, że Opatrzność ją wymyśliła. To jest właśnie ten dzień wypłaty owych 988 punktów, kiedy po całym tygodniu pracy, pięknie odbytym sakramencie pojednania, otrzymuję bonus zadatku życia wiecznego w eucharystycznym misterium. Jeśli ktoś, stawszy się żywą monstrancją, ma ochotę potem robić pranie, tachać siaty z zakupami czy malować ściany, to jego problem, ale niech wie, że wiele traci. Ten dzień jest po to, by się ucieszyć, że większość brudnej roboty zrobił za mnie Bóg. Kiedyś słowo „niedziela” kojarzyło mi się z dniem, w którym dzieli nas mniej niż zazwyczaj, w którym możemy pobyć ze sobą bardziej, z taką „łącznicą”. Ale jeden z moich ukochanych profesorów na Uniwersytecie Warszawskim, Jerzy Bralczyk pozbawił mnie w tym względzie złudzeń i wyjaśnił, że niedziela pochodzi od prasłowiańskiego nedelja, czyli: nie-działanie, bezczynność. W naszym słowniku ten rzeczownik funkcjonuje od XIV wieku i od tego czasu także językowo sankcjonuje niedzielne odpoczywanie. Dobre spędzenie niedzieli jest w znacznej mierze uwarunkowane poprzedzającym ją, dobrze przepracowanym tygodniem. W przeciwnym razie możemy skończyć jak przysłowiowy indyk. Funkcjonuje zresztą taki idiotyczny, indyczy trend myślenia o niedzieli, kultywowany z uporem maniaka przez radiowych didżejów. (Przed laty sam zaliczałem się do tej grupy zawodowej i też cierpiałem na „indycjozę”.) Polega ona na tym, że już od poniedziałkowego wieczoru, a najdalej wtorku, niecierpliwie odlicza się dni do weekendu. To tak jakby cała człowiecza ciężka praca wobec radochy weekendowego nieróbstwa była nic niewarta. Nie dajmy się zaszachować didżejowym dyktatom czekania na weekend – cieszmy się każdym dniem i naszą pracą.
Kazik, dziadek Roman i Apokalipsa
Przypomniał mi się gorzki, ale bardzo celny – jak to zazwyczaj u Kazika bywa – fragment jego piosenki Jeszcze Polska:
„Starszy człowiek w barze mlecznym je kartofle z ogórkami.
Całe życie tyrał w hucie, a do huty dokładali.
Cała jego ciężka praca, wszystko było c… warte.
Gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę”.
Czas realnego socjalizmu sprzyjał robocie nie tylko syzyfowej i bezowocnej, ale nawet szkodliwej. Nauka jednak z tego taka, żeby nie stwarzać pracą pozorów, lecz stwarzać nią samych siebie. I chociaż jedną z ulubionych sentencji mojego dziadka Romana były słowa: „Ile się namęczy, ile się napoci, zanim coś sknoci”, określające naturę człowieka i jego starania, to jednak ten trud i pot mają sens. Lepiej coś w szczerym trudzie popsuć, niż w gnuśności i nieróbstwie oceniać bliźniego za fuszerkę. Naprawdę czasem wystarczy tylko ciut starania, ruch, krok we właściwą stronę, wołanie – jak to z ust Jaira w sprawie córki – czy uchwycenie się skraju Jego szaty (por. Mk 5,21–43). Byle z wiarą. Nasz współudział jest potrzebny. Gdy będzie współudział, będzie też i uczta. Z Apokalipsy wiemy, że Pan „stoi u drzwi i kołacze” (Ap 3,20). Kiedy usłyszysz to pukanie i Mu otworzysz, On nie tylko wejdzie, ale będzie z tobą wieczerzał, a nawet sam zastawi stół. Jeśli nie słyszysz Jego pukania, bo wszystko jest do bani i znikąd pomocy, to ty zacznij kołatać do Niego. I kołacz, kołacz, kołacz – różańcem, pielgrzymką, piosenką, codzienną pracą. Drzwi w którymś momencie na pewno się otworzą. Bo kto kołacze, ten ma kołacze.
Oceń