Przed wojną Roman Brandstaetter wytoczył proces dziennikarzom, którzy go posądzili o chęć przyjęcia chrztu. I przegrał ten proces. A w drugiej połowie jego życia nie było dla niego ważniejszej sprawy niż głoszenie Jezusa.
Z Janem Grzegorczykiem rozmawia Katarzyna Kolska
Pierwszy jego obraz zachowany w twojej pamięci?
Zima. Stoi na ulicy Kościuszki, niedaleko dominikanów. Olbrzym w kożuchu, z fajką w ustach, w obłokach dymu. Łysy z włosami prawie do ramion – chodzący oksymoron. To był może 1976 rok. Parę lat później jako student polonistyki napisałem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza pracę magisterską o jego Jezusie z Nazarethu.
Profesor Jerzy Ziomek przyjął mój temat z lekkim niesmakiem. Przecież to pisarz drugorzędny, a w ogóle katolicki. Nie takie nazwiska były na uniwersyteckiej giełdzie. Konwicki, Mrożek, Miłosz, Nowakowski et cetera.
W każdym razie profesor radził, żeby raczej nie kontaktować się z pisarzem, bo może zacząć wpływać na pisanie o nim.
Kiedy poznaliście się osobiście?
W 1982 roku, gdy zacząłem pracować w miesięczniku „W drodze”. Dominikanin ojciec Marcin Babraj, który był wówczas redaktorem naczelnym pisma – wielki przyjaciel Brandiego, tak się na co dzień o nim mówiło – wspomniał mu o mojej pracy magisterskiej, a on wyraził chęć jej przeczytania.
Pewnego dnia dzwoni telefon: Panie Janie, tu Brandstaetter, czy może pan do mnie przyjechać? Winogrady 37/6.
Czy ja mogę? Natychmiast wsiadłem w tramwaj.
Pańska praca ma znamiona genialności – oznajmił na wstępie. Jak przystało na nowo mianowanego geniusza, urosłem o parę centymetrów. Po paru tygodniach pracy w miesięczniku przekonałem się niestety, że każdy, kto cokolwiek napisał o Brandstaetterze, był genialny. Tak bardzo był głodny pisania o nim.
A skąd się dowiedziałeś o jego twórczości?
Od księdza, w drugiej klasie liceum. Dał mi w prezencie Jezusa z Nazarethu. Zafascynowała mnie ta powieść. Pan Jezus jako Żyd. Brandstaetter dokonał rewolucji w spojrzeniu na Zbawiciela. Mieliśmy przed nim Jezusa albo spolonizowanego, albo zlatynizowanego. On nam uświadomił absurd u Sienkiewicza – uciekający z Rzymu Piotr spotyka Pana Jezusa i pyta Go: Quo vadis, Domine? Dwóch Żydów rozmawia ze sobą po łacinie…
Jakim on był człowiekiem? Przyjaźniłeś się z nim.
Pełnym sprzeczności. Romantyczny marzyciel, wesoły i rubaszny, ale często ogarniały go melancholia i smutek. Bezustannie palił fajkę i słuchał muzyki. Z każdym człowiekiem rozmawiał inaczej, więc ludzie mają różny jego wizerunek. Widziano w nim głównie proroka, psalmistę, mędrca. A przecież często w jego życiu decydowała głupota, o czym szczerze napisał, że dopiero Pan Jezus go z niej uleczył. Był człowiekiem wybuchowym, cholerycznym, raz o sercu gołębim, franciszkańskim, raz odnoszącym się do ludzi z pańska. Uwielbiał opowiadać grube dowcipy. Święte w nim było jedno: święte oburzenie. Jeśli ktoś dotknął jego godności, to wpadał w furię. Kiedyś obiecał ojcu Marcinowi, że przekaże mu swój tekst do miesięcznika, ale potem po cichu wysłał go do „Tygodnika Powszechnego”.
Ojciec Marcin nie wytrzymał i powiedział mu: Panie Romanie, pan jest człowiekiem nieuczciwym.
Brandstaetter wpadł w szał i wysłał do Babraja telegram, że jeśli do dwunastej w nocy go nie przeprosi, to uważa ich znajomość za zakończoną. Biedny Marcin i tak miał szczęście, że Brandstaetter nie wytoczył mu procesu, co często w takich sytuacjach robił. No i wtedy nastąpił tak zwany Jom Kipur, dzień przebaczenia, pojednania – spotkali się, napili becherovki i ich przyjaźń trwała już do kresu życia. Choć Brandi do końca kiwał ojca Marcina i posyłał obiecane mu teksty do „Tygodnika”, na który rzucał straszne kalumnie, no ale wydrukować u Turowicza, w tej „Piątej Ewangelii”, to był wtedy prestiż.
Oceń