Luty jest miesiącem prawdy. Nie tej górnolotnej, noworocznej, życzeniowej, wypowiadanej przy kieliszku szampana, lecz tej prawdziwszej: cichej, wymagającej, skrzypiącej jak zmarznięty śnieg pod butami. W styczniu możemy się jeszcze łudzić. W lutym wiemy więcej.
Wiemy, że karnet na siłownię leży w szufladzie. Że zeszyt z planem nowego życia ma zapisane pierwsze trzy strony, a potem białą pustkę. Że budzik dzwoni co rano jak zawsze, a my wstajemy z tą samą niechęcią. Życzenia noworoczne – zdrowia, spokoju, zmiany, odwagi, nowego „ja” – zaczynają brzmieć jak cytaty z kalendarza, który znów stracił aktualność.
Luty bezlitośnie uświadamia nam, że nowy rok bywa starym rokiem w nowej odsłonie. Zmienia się data, ale treść pozostaje ta sama. Te same rozmowy, te same konflikty, te same odkładane decyzje. Te same schematy, ci sami trudni ludzie. No i my – ci sami, tacy sami. Może nawet bardziej zmęczeni, bo uczciwie patrząc, sytuacja naszego świata wcale się nie poprawia.
Rodzi się lutowa pokusa: „Skoro i tak znów się nie udało, po co się starać?”. To moment niebezpieczny. Łatwo wtedy pomylić realizm z rezygnacją, bezradność z rozpaczą, a trzeźwość z cynizmem.
Lutowe rozczarowania warto – wbrew wszystkiemu – potraktować jako dar i lekcję. Zgasły fajerwerki, można zobaczyć rzeczywistość taką, jaka jest. Bez iluzji, ale też bez histerii. Bez obietnic „od jutra wszystko”, za to z pytaniem: „Co naprawdę jest w moim zasięgu?”. Mądrość życiowa zaczyna się właśnie tutaj: od uczciwego opisu świata i przyję
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń