Ziemia niczyja
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
Wyczyść

Większość regulacji, które pojawiają się w ACTA, w naszym systemie prawnym już funkcjonuje. Nie ma mowy o rewolucji w polskim prawie.

Tomasz Ponikło: W ostatnich tygodniach – w świecie wirtualnym i na ulicach miast – szeroko rozlewała się fala sprzeciwu wobec planowanej ratyfikacji międzynarodowego porozumienia ACTA: Anti-Counterfeiting Trade Agreement. Padły oskarżenia ciężkiego kalibru o zamach na wolność słowa w sieci. Czym jest dokument wywołujący tak niezwykłe emocje?

prof. Ewa Nowińska: ACTA to międzynarodowe porozumienie, które skupia się na obronie praw własności intelektualnej. Dokument składa się z dwóch części. Pierwsza dotyczy egzekwowania tych praw w wymiarze przemysłowym poprzez międzynarodowy przepływ towarów. Druga – z jej kluczowym artykułem 27, który wzbudził tyle emocji – dotyczy wyłącznie środowiska cyfrowego. Jednak w gruncie rzeczy za wybuch społecznych emocji odpowiedzialny jest nie sam tekst, ale splot okoliczności. W tym splocie ryzyko realnego niebezpieczeństwa prawnego stanowi być może nić najcieńszą. Fundamentalne jest raczej pokutujące w Polsce postrzeganie internetu jako ziemi niczyjej i narodowa skłonność do akceptowania naruszeń prawa (dość wspomnieć omijanie zakazu reklamowania napojów alkoholowych w stylu „WTK Soplica” czy „Łódka Bols”).

Zachowanie społeczności internautów nasuwało mi w myślach analogię do postawy dzieci kwiatów i buntu roku 1968. Moje pokolenie protestowało wówczas przeciw zastanym strukturom. Niestety sprzeciw wobec ACTA w dużej mierze był ślepy, bo protestujący nie znali – jak się wydaje – jego przedmiotu. Protest miał w dużej mierze charakter znany mentalności Polski szlacheckiej: „nic o nas bez nas”.

Jeżeli realizacja postanowień ACTA miałaby wpłynąć na nasz sposób obecności w sieci, to taka reakcja jest zrozumiała.

Pierwsza część dokumentu bezpośrednio nas nie dotyczy, bo zajmuje się podmiotami przemysłowymi. To dalsze zapisy odnoszące się do środowiska cyfrowego mają być – jak wskazują media – przełomowe. Tymczasem możliwość realnego wpływu ACTA na polską rzeczywistość jest bardzo nikła. Porozumienie pozostawia regulacje krajowe ustawodawcy wewnętrznemu. Proszę przyjrzeć się temu tekstowi: większość zwrotów odnośnie do działań sygnatariusza zawiera sformułowania typu „powinien” czy „może” – bo sygnatariusz niczego nie „musi”. Taka jest celowa konstrukcja prawna ACTA. I jeszcze wyjaśnienie: przepisy karne Porozumienia nie dotyczą naruszeń w środowisku cyfrowym.

Tak czy inaczej niebezpieczeństwo w dokumencie tkwi…

Niebezpieczeństwo tkwi w tych punktach, które traktują o domniemanym naruszeniu prawa i o tzw. zabezpieczeniu tymczasowym. Zabezpieczenie to instytucja prawna obecna w prawie europejskim i polskim, która w uzasadnionych warunkach służy wprowadzeniu przez sąd zakazu czynienia czegoś w trakcie trwania sporu, a więc wyprzedzając końcowe orzeczenie. Na przykład zakaz wprowadzania do obrotu towaru, który zdaniem sądu – a ten opiera się na przedstawionej przez uprawnionego dokumentacji – z dużym prawdopodobieństwem narusza patent. Zabezpieczenie polega na wycofaniu na czas trwania postępowania takiego przedmiotu z obiegu publicznego. Ale nie mówimy tu o przypadkach, które mogą stać się udziałem przeciętnego użytkownika internetu.

Poza tym musimy sobie uzmysłowić, że znakomita większość regulacji, które pojawiają się w ACTA, w naszym systemie prawnym już funkcjonuje. Tutaj w ogóle nie ma mowy o rewolucji w polskim prawie na skutek ewentualnego ratyfikowania ACTA. Inna rzecz, że prawo nie jest doskonałe i także w wypadku tego porozumienia prawnicy zgłaszają wiele wątpliwości. Czym innym jednak są wątpliwości społeczeństwa – te wynikają z niewiedzy, co znajduje się w ACTA, bo też nikt użytkownikom sieci ani obywatelom nie przedstawił, jakie są cele i postanowienia tego dokumentu. Znany jest tylko zasadniczy cel: żeby w sieci nie dochodziło do kradzieży. Dalej niestety górę wzięły wyobrażenia, że ze względu na wspomniane domniemanie naruszenia praw i zabezpieczenie tymczasowe zwykli użytkownicy internetu będą ścigani i karani. Słyszymy: moja prywatność i moje dane osobowe są w tej sytuacji zagrożone, bo administrator sieci na potrzeby postępowania cywilnego będzie musiał mnie zidentyfikować. Ale nikt nie będzie pana ścigał za oglądanie na swoim komputerze ściągniętego przed premierą filmu – ścigany będzie człowiek, który jest bezpośrednim sprawcą kradzieży: uprawniony poszukiwać będzie tego, kto umieścił w sieci jego dzieło. A to w większości wypadków da się zrobić tylko wtedy, gdy ustali się, gdzie po raz pierwszy plik się pojawił i otrzyma się od administratora sieci informacje o nadawcy pliku.

Czym dokładnie są prawa własności intelektualnej i pokrewne im np. prawo autorskie?

Własność intelektualna to pojęcie szerokie, dotyczy dóbr niematerialnych (co nie znaczy, że niemających materialnego nośnika), czyli – trudno znaleźć lepsze określenie – takich, które są wymyślone, stworzone i charakteryzują się tym, że mogą być powielane w różny sposób i jednocześnie w różny sposób wykorzystywane. Z przedmiotu, jak np. krzesło, może w jednej chwili korzystać w określony sposób konkretna liczba osób. Z dobra takiego jak utwór, znak towarowy, książka wraz z zawartymi w niej tezami, czy projekt lampy – w tym samym czasie w odmienny sposób może korzystać wiele ludzi. Wartością niematerialną są też dobra osobiste chronione kodeksem cywilnym. Nie zostały one zdefiniowane, ale są wyliczone, np. słabo dziś przestrzegana tajemnica korespondencji, dobre imię, godność człowieka, sfera prywatności i wreszcie – interesujące nas zwłaszcza w sieci – prawo do wizerunku. Prawo chroni te dobra do granicy naszego zezwolenia, jeśli więc zgodzimy się na ich wykorzystanie, prawo nie zbuduje bariery ochronnej. Wyrażając np. zgodę na wywiad we własnym ogrodzie, który będzie fotografowany, uchyla pan obronę dwóch dóbr: prywatności i wizerunku. Są jeszcze dobra osobiste przysługujące twórcy (autorowi) definiowane jako jego więź z utworem. Dla internautów ważne jest to, że np. autor ma prawo do nienaruszalności treści i formy swego dzieła. Nie może więc pan bezkarnie dopisywać dalszych wersów do moich wierszy. W środowisku cyfrowym znajdujemy wiele dóbr niematerialnych internautów, którzy zamieszczając je w sieci, zwykle z góry się godzą na ich wykorzystanie. Niekiedy jednak nie zdają sobie sprawy, że ich utwory mogą być w różny sposób wykorzystywane przez innych, nie zawsze w dobrym celu.

Ale mogę korzystać w sieci – w sposób legalny – jednak dość swobodnie z tych dóbr?

Sytuacja prawna dóbr własności intelektualnej jest bardzo skomplikowana i zawiera też całą gamę możliwości korzystania z nich bez zgody uprawnionego i bez ponoszenia za to opłat. W szczególności dotyczy to utworów chronionych prawem autorskim, dozwalającym na swobodne z nich korzystanie w ramach tzw. dozwolonego użytku, który obejmuje użytek publiczny (to zostawiamy na boku, bo reguluje prace m.in. muzeów, bibliotek, prasy) lub prywatny. Prywatny oznacza swobodny dostęp do rozpowszechnionych w sieci utworów przez osobę fizyczną i krąg jej bliskich, do których zalicza się także krąg towarzyski. Zasadniczo więc, jeśli ściąga pan film i udostępnia go bliskim, problemu nie ma. Chociaż trzeba uważać na czające się pułapki.

Rozpowszechnienie dzieła, czyli wprowadzenie do sieci, powinno się bowiem odbyć za zgodą uprawnionego. Jeżeli rzecz dotyczy np. filmu przed premierą, to możemy przypuszczać, że nie znalazł się on tam za zgodą właściciela praw. To jawna kradzież. Ale są sprawy bardziej niejednoznaczne, które wynikają z tego, że w sieci twórcami są często sami jej użytkownicy. Prawnicy uznają, że internauta, umieszczając swoje utwory w sieci, wyraża domniemaną zgodę na ich wykorzystywanie. Poza tym – to standardowe pytanie – są przypadki umieszczenia w naszym utworze innych dzieł, do których nie ma pan prawa, np. na filmie z plaży leci w tle muzyka Cohena. Może to pan opublikować w sieci? Tak, bo pańskie nagranie tylko uchwyciło rozpowszechnianie tego dzieła przez inny podmiot za zgodą uprawnionego (plaża płaci tantiemy za nadawaną muzykę).

A jeśli montuję w domu filmik i ilustruję go piosenką z mojej ulubionej płyty?

Formalnie może to być przypadek naruszenia prawa, bo wykorzystał pan tę muzykę bez zgody. Ale może też być inaczej, jeśli sięgniemy po prawo cytatu, które stanowi dość skomplikowaną instytucję prawną. Tak czy inaczej indywidualny użytkownik sieci nie jest w stanie orientować się w detalach prawnych związanych z naruszaniem praw własności intelektualnej. Stosujące się zapewne do większości z naszych poczynań w sieci prawo cytatu w praktyce rodzi szereg wątpliwości. Prawo autorskie zasadniczo dozwala wykorzystać we własnym utworze – czyli w pańskim filmiku – cudzy utwór drobny w całości albo fragment większego utworu. Jest to o tyle dozwolone, o ile wykorzystane dzieło będzie fragmentem jakiejś mojej twórczości własnej. A jeżeli kolega ściągnie z serwisu społecznościowego zdjęcie koleżanki przez nią samą opublikowane i umieści na swojej stronie? Dla prawnika to sytuacja skomplikowana. Może kobieta zamieściła je z intencją ekspozycji wyłącznie na jej stronie? Trudno zresztą domniemywać, że chciałaby, aby ukazało się na stronie kolegi z jego komentarzem: „była gruba, brzydka, głupia – wszystko jej zostało”. Ale kolega nie poczuwa się do naruszenia praw koleżanki, a co więcej, będzie się upominać o własną wolność słowa. Za każdym razem dotykamy trudnych sytuacji prawnych.

ACTA kładą nacisk na ochronę prawa autorskiego, ale nie precyzują, czym jest samo dzieło.

Bo to zostało określone w ustawie o prawie autorskim, faktycznie w sposób dość ogólnikowy, ale jak dotąd nie udało się odpowiedniej definicji inaczej zbudować. Poza tym w większości przypadków problemów z rozpoznaniem, czy coś jest dziełem, nie ma. Książka, film, logo, pański wpis na blogu, moja fotografia dziecka bawiącego się w piaskownicy – stanowią zapewne właśnie przejaw samodzielnej działalności twórczej o indywidualnym charakterze, czyli są chronionym prawem utworem.

Jak więc prawo zapatruje się na moją twórczość, która polega na przetwarzaniu cudzych dzieł, na komponowaniu cytatów?

Cytat można zaczerpnąć z cudzej działalności intelektualnej, która stanowi utwór. Jeżeli na blogu napisze pan: współczesna sztuka fotograficzna schodzi na psy, proszę zobaczyć, jak wygląda taka a taka praca – i wklei pan chronioną prawem autorskim fotografię, to jest to cytat. Zdjęcie włączył pan do swojej wypowiedzi na blogu, a wypowiedź ta układa się w pański utwór. Jeżeli natomiast ściągnie pan zdjęcie Chrisa Niedenthala i opublikuje na swojej stronie z podpisem „fajnie wygląda”, to gdzie jest pański samodzielny utwór? Sam komentarz utworem nie jest, więc otwiera się tu ścieżka dochodzenia praw przez ich właściciela.

A jeśli w programie graficznym przekształcę zdjęcie Niedenthala i opublikuję je w sieci?

Tworzy pan w ten sposób utwór, prawo nazywa go utworem zależnym. Jeżeli istnieją jeszcze prawa autorskie majątkowe do utworu – 70 lat po śmierci twórcy – to może pan stworzyć kolaż czy zmienić wygląd fotografii. Ale żeby rozpowszechniać takie dzieło musi pan jednak mieć zgodę twórcy pierwotnego. Natomiast jeśli tworzy pan wspomniany wcześniej kolaż, to cytat jest dozwolony. I sieć jest bogata w tego rodzaju twórczość: filmiki tworzone z fragmentów innych prac czy kompilacje z różnych dzieł. Takie inicjatywy są dozwolone, ale trzeba informować odbiorców, skąd pochodzą wykorzystane fragmenty innych dzieł.

Łamię prawo, będąc muzykiem amatorem, który zamieszcza w sieci własne wykonania cudzych utworów?

Tu obowiązują dwa prawa: wykonawcy i twórcy. Jeśli nagra pan we własnym wykonaniu „Blowing in the wind” Boba Dylana, to dochodzi do naruszenia praw twórców utworu. Tylko, czy uprawniona wytwórnia będzie dochodzić roszczeń od pojedynczego użytkownika sieci? To procedury dość kosztowne. Lepiej mimo wszystko będzie, jeśli stworzy pan utwór inspirowany: taki „romans na tle osnuty”. Zagrożenia prawnego nie będzie, jeśli wykorzysta pan np. główny motyw Dylana we własnym utworze.

Koszty postępowania sądowego byłyby wyższe niż korzyści, jakie duży podmiot jest w stanie uzyskać od przeciętnego użytkownika sieci?

Oczywiście, że tak. Ustawowo są określone sankcje za naruszenie zarówno praw materialnych, jak i chronionych dóbr osobistych. Jest to np. trzykrotność wynagrodzenia, które należałoby się uprawnionemu, gdyby naruszyciel chciał od niego uzyskać prawa do utworu. Wróćmy do fotografii: zdjęcie może być wycenione na 50 zł albo na 10 tysięcy złotych. Jeśli to zdjęcie znanego artysty, na wykorzystanie którego licencja warta jest 2 tys. zł, jako karę musiałby pan zapłacić 6 tys. zł. Takich procesów raczej więc nie będzie, ale zawsze istnieje zagrożenie tzw. procesem pokazowym.

Co się dzieje w przypadku, gdy jestem studentem i w grupie ćwiczeniowej zrzucamy się na podręczniki: kupujemy po jednym egzemplarzu, ale przekazujemy sobie ich skany?

Sieć stworzyła prawnikom poważny problem definicyjny: czym jest krąg towarzyski? Na Facebooku może pan mieć 40 znajomych, ale może też, jak premier, mieć ich 400 tysięcy. A rozstrzygnięcie, czy pańskie działanie odbyło się w kręgu towarzyskim, ma kluczowe znaczenie. W wypadku grupy ćwiczeniowej można zakładać, że tak było, a więc tego typu działanie nie jest złamaniem prawa: odbywa się w ramach uprawnionego użytku osobistego. Jeżeli znajdę świetny artykuł prawniczy, zrobię kopię i dam koleżance i aplikantowi, mówiąc: „Zobacz, jakie świetne myśli są tu zawarte” – to wolno mi, bo to mój krąg towarzyski. Ale jeśli ordynator zwoła pracowników i rozda im tekst z „Lancetu”, zarządzając, że następne operacje mają być zgodne z propozycjami tekstu, to nie jest to już krąg towarzyski, tylko zawodowy. W kręgu zawodowym nie ma zgody na tego typu działania.

Skoro polskie prawo ma swoje regulacje odnośnie do cyfrowego kontynentu, po co nam jeszcze ACTA?

ACTA to międzynarodowe porozumienie. Na mocy tego porozumienia moglibyśmy bronić polskiej własności intelektualnej na terenach poza Polską zgodnie z zapisami ACTA. Bo co z tego, że odkryjemy, iż film Różyczka jest dostępny w sieci, zamieszczony na amerykańskim serwerze, jeśli nie mamy międzynarodowych środków, by go stamtąd usunąć i pociągnąć do odpowiedzialności tego, kto umieścił plik? Temu właśnie miały służyć ACTA. Bo jeżeli zagraniczne ustawodawstwo akurat nie będzie przewidywało odpowiednich środków, pozostanie nam tylko „wbić zęby w ścianę”. Pomysł ratyfikacji ACTA to więc przede wszystkim wyrównanie poziomów ochrony między wieloma państwami. Porozumienie generalnie zostawia państwom członkowskim swobodę w realizacji postanowień. A przepisy samowykonalne są bardzo nieliczne i natury ogólnej, ot, po to, żeby ładnie brzmiały, np. „każda ze stron dąży do wspierania twórców”, ale w praktyce nic nie znaczą. ACTA wskazuje kierunki regulacji, ale samych regulacji nie narzuca. W tym sensie jest dokumentem programowym, że kreśli kierunek rozwoju. Musi przecież wreszcie dojść do porozumienia między właścicielami praw i użytkownikami w świecie cyfrowym. Musi rozwijać się świadomość, co mi wolno w internecie, a czego nie. Choć konieczna jest praca u podstaw, nie tylko w wypadku użytkowników, ale też w wypadku prawników, którzy wciąż nie poradzili sobie z uporządkowaniem wirtualnej rzeczywistości.

Ziemia niczyja
prof. Ewa Nowińska

urodzona 14 listopada 1948 r. – profesor doktor habilitowany nauk prawa, specjalizuje się w prawie własności intelektualnej, prawie własności przemysłowej, konkurencji i reklamy, wieloletni dyrektor Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej....

Ziemia niczyja
Tomasz Ponikło

urodzony w 1985 r. – socjolog, dziennikarz działu religijnego „Tygodnika Powszechnego”, redaktor naczelny Wydawnictwa WAM (2017-2019), członek Fundacji Kultury Chrześcijańskiej Znak.Autor książek Chrześcijanin. Rozmo...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze