Zasraniec

Poniższe opowiadanie to fragmenty najnowszej książki Jana Grzegorczyk Cudze pole. W tym kończącym trylogię tomie Przypadków księdza Grosera autor kontynuuje opowieść o losach bohaterów znanych z Adieu i Trufli. Przedstawiamy wątek związany z postacią księdza Leszka Grajka, z którym Groser zaprzyjaźnił się w parafii Braci Męczenników.

Wszedł do salki na pół godziny przed spotkaniem. Był dzisiaj jubilatem, gospodarzem, klucznikiem. Pierwsza rocznica niepicia.

Spotkania grupy AA odbywały się w nastrojowej piwnicy siedemnastowiecznego kościoła Bernardynów. Płacili proboszczowi tylko symboliczną opłatę za energię. Nic nie chciał, ale płacili celowo, żeby się czuć jak u siebie. W swoim domu, budzie, schronieniu, łajbie. Proboszcz był uroczym człowiekiem. Zasuszonym i taktownym. Powiedział, że mają sobie urządzić pomieszczenie, jak im się tylko podoba. Dopóki on żyje, nikt się w to nie będzie wtrącał. A dalej w przyszłość nie ma co wybiegać. Na większość pytań, nieważne czego dotyczyły, odpowiadał: „Wszystko będzie dobrze”. Brało się to albo z jego słonecznego optymizmu, albo z głuchoty. Nosił, co prawda, aparat słuchowy, ale często go wyłączał. Mówił, że nie umie go wyregulować i gdy przy stole odstawia szklankę z herbatą, huk rozlega się taki, jakby bomba wybuchała. To samo w konfesjonale. Nieraz jak ktoś nawet szeptem wyznał grzech lekki, to w uchu był taki grom, że drobne przewinienie urastało do rangi grzechu ciężkiego. Wolał więc swą umiarkowaną głuchotę i uśmiech.

Ela, plastyczka, skorzystała skrzętnie z przyzwolenia proboszcza. Przyniosła do przedyskutowania kilka szkiców, które powstały pod wpływem jej przeżyć z podróży do Ziemi Świętej, a zwłaszcza jednego – przejażdżki po Jeziorze Galilejskim zakończonej gwałtowną ulewą. Po paru tygodniach ściany zostały pokryte freskami przedstawiającymi morze. Z lewej było morze pogodne, z prawej – rozszalałe w czasie burzy. Ławy przy stole zamieniła przy pomocy kolegów w burty łodzi. W narożniku podwiesiła stare sieci rybackie. Gdy dołożyła do tego jeszcze odpowiednie oświetlenie, efekt był fenomenalny.

Do spotkania była jeszcze prawie godzina. Leszek kupił tort, pączki, kilka kartoników soków. Herbata i kawa była na miejscu, tego nigdy nie mogło zabraknąć. Większość niepijących alkoholików spijała je namiętnie– niektórzy nawet twierdzili, że to nowy rodzaj uzależnienia – no i uwielbiała słodycze. Ponoć wątroba przerabia cukier na alkohol.

Przyjechał wcześniej, żeby przeżyć coś na kształt próby generalnej. Postawił tort na stole i umieścił na nim świeczkę. Oczywiście, nie zapalając jej jeszcze.

„Kochani, chciałem wam podziękować za to, że was spotkałem. Tu przekonałem się, że takich jak ja jest cała chmara. Może nie całkiem takich, ale wiecie, o co chodzi… I że użalenie się nad swoją wyjątkową biedą było z mojej strony ukrytą pychą”…

Nie miał spisanej mowy. Zanotował sobie jedynie kilka punktów do rozwinięcia.

Zamknął oczy i otworzył. Nikogo nie było. Fascynował go fenomen migania chwil. Siedzi teraz i gada sobie do pustej sali. Wystarczy, że zamknie i otworzy oczy raz jeszcze i będzie już pośród swoich braci i sióstr alkoholików, tej przedziwnej menażerii, dzieła sztuki ulepionego z przeróżnych „odpadków”. Pomysł, żeby je sklejać, był nieprawdopodobny. Jakaś miotła zmiatała je z podłogi, lecz zamiast wrzucać do śmieci, rozkładała na stole i łączyła w mozaikę. „Siła Wyższa”. Błogosławił ten moment, kiedy dał zagarnąć się tej Miotle i zaczął chodzić najpierw na terapię, a potem na mityngi AA.

Modlitwa o odwagę stała się najważniejsza w jego życiu. Co tydzień stawał w kręgu i położywszy ręce na barkach sąsiadów, zatapiał swój głos w chórze. „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, aby odróżniał jedno od drugiego”.

To było tych kilka chwil, w czasie których nie czuł się sam.

Po osiemnastej „Łajba” rzeczywiście się zapełniła. Wszyscy pomogli mu w przygotowaniach. Sam Leszek z przejęcia albo na szczęście zbił szklankę. Mateusz prowadzący mityng przeczytał 12 Kroków i 12 Tradycji i poinformował zebranych – o czym zresztą wszyscy wiedzieli – że Leszek ma dziś pierwszą rocznicę niepicia. Jubilat zapalił świeczkę na torcie. Wszyscy zaczęli klaskać. Westchnął w duszy „Jezu, ufam Tobie”. Uśmiechnął się do Eli. Odchrząknął:

– Jak wiecie, jestem księdzem… W moim przypadku nie było tak, że od razu marzyłem o tym, żeby nim zostać. Nie przebierałem się jako dziecko za kapłana. Wręcz przeciwnie. W drugiej klasie szkoły podstawowej oświadczyłem się mojej koleżance z klasy i o dziwo nie dostałem kosza. Kupiłem obrączki na straganie przed zoo. Urządziliśmy ślub na łące, przy kapliczce. Zrobiliśmy sobie szałas, w którym położyliśmy się jak prawdziwi małżonkowie. Chodziliśmy tam kilka dni. Aż odnaleźli nas chłopacy z klasy i zaczęli się wyśmiewać. Mniejsza o szczegóły. Wiecie, jakie dzieci potrafią być wulgarne i okrutne.

Na drugi dzień wdałem się w szkole w kłótnię z kolegą. Miał przezwisko „Pała”. Nie wiem, czy przez swoje oceny, czy dlatego, że jak uderzył pięścią, to tak jakby walnął kogoś pałą. Taki przerośnięty dryblas, postrach klasy. Dwa lata starszy. „Nie wiesz, że zyzole nie mogą się żenić?”. „Zmiataj” – odszczeknąłem. Zrzucił mi okulary. „Już jesteś martwy” – wycedził i splunął na mnie. Zadzwonił dzwonek i w tej samej chwili pojawiła się nauczycielka. W czasie lekcji podrzucił mi kartkę, że po lekcjach się policzymy. Widziałem już wiele razy, jak łamał nosy i wybijał zęby. W oczach pojawiła się mgła, zupełnie nie wiedziałem, o czym jest lekcja. Miałem w głowie jedno… Pała podchodzi, zarzuca grzywkę, przygładza ją ręką… ten jego uśmieszek, po którym będzie koniec. Ze strachu mi się zachciało… Zgłosiłem się, że chcę wyjść, ale nauczycielka powiedziała, że najpierw mam przyjść do tablicy, do odpowiedzi. Nie wytrzymałem… – Leszek spojrzał w sufit, mocując się z sobą – i porobiłem się.

Rozpłakał się, nie był w stanie dalej mówić. Przy każdej próbie zachłystywał się słowem. Po chwili opanował drżenie. Ktoś podał mu chusteczkę. Milczał, szukał w pamięci.

– Uciekłem z klasy. Nigdy już nie zapomniałem tej salwy śmiechu… Pobiegłem do domu. Umyłem się. Nie wiedziałem, gdzie się ukryć. Zaszyłem się w lasku. Widziałem, jak po lekcjach przyszły chłopaki i rozwaliły nasz szałas. Trząsłem się jak osika. Kiedy wreszcie się wynieśli, poszedłem pod naszą kapliczkę i beczałem do wieczora. Rano oznajmiłem, że nie idę do szkoły. Nie powiedziałem matce prawdy. Ale i tak wszystko się wydało. Koledzy z klasy od tego dnia wyśmiewali się ze mnie równo. Ciągle słyszałem za sobą: zasraniec – przerwał, jakby nasłuchiwał. – Nie jadłem przed szkołą śniadania, żeby nie mieć problemów. Często słabłem. Pewnego dnia po lekcjach Pała czekał na mnie w asyście prawie całej klasy. „Masz jakieś wąty, zasrańcu?”, rzucił i nim się zorientowałem, leżałem na ziemi. Poddałem się bez walki. Rozpłakałem się, żebrałem łzami o litość, potem chciałem, żeby mnie zabił jednym uderzeniem – Leszek zacisnął powieki, próbując na siłę powstrzymać łzy. Zacisnął pięści, jakby po latach chciał stoczyć walkę, przed którą wtedy stchórzył. – Pamiętam krew, spuchnięte wargi. Nikt nie próbował mnie bronić. „Masz szczęście, że z zasrańcami nie walczę, żeby nie śmierdzieć”. Nikomu się nie poskarżyłem. Ze strachu. W następnym roku po wizycie u psychologa rodzice przenieśli mnie do innej szkoły. Ale ten lęk we mnie pozostał. To poczucie, że ktoś mnie może skopać, a ja jestem wobec tego bezsilny. Moja „żona” nigdy się do mnie nie odezwała. Taki tchórz, zasraniec i słabeusz nie mógł być jej mężem. Dzisiaj ją rozumiem, przeżyła na pewno swoją porcję wstydu, ale od tamtego czasu nie wierzyłem żadnej dziewczynie. Zostałem odludkiem. Może gdybym o wszystkim opowiedział rodzicom – Leszek zawahał się, jakby raz jeszcze zastanawiał się, dlaczego tego nie uczynił. – Odkąd pamiętam, ojciec mówił, że chłopak nie może być beksą. Nie byłem więc beksą… To znaczy często przed snem nakrywałem głowę poduszką i płakałem. Jeszcze teraz czuję te słone łzy na ustach. Tak pamiętam moje dzieciństwo. Kiedyś podsłuchałem, jak ojciec mówił do matki, że nie ma mu wspominać o tym zasrańcu… – zamilkł, łzy płynęły mu po policzku. Tym razem nie próbował z nimi walczyć. – W liceum poznałem kapitalnego księdza. To była właściwie pierwsza osoba, której się nie bałem… Potrafił zdobyć zaufanie. Chciałem być taki jak on.

Seminarium to były moje najszczęśliwsze lata. I myślę, że byłbym szczęśliwym księdzem, gdybym nie trafił do szkoły. Jestem zły na siebie, że nie powiedziałem biskupowi w odpowiednim momencie, że nie mogę iść do szkoły. Po prostu, kiedy się tam znalazłem, wróciły wszystkie lęki. Gdy stanąłem przed klasą, powrócił zastraszony Leszek, a po lekcjach czekał na mnie Pała.

Receptę na rozluźniającego kielicha podsunął mi kolega z seminarium. On w ten sposób radził sobie z klasą… Narastał we mnie problem, to znaczy błędne koło… Spirala strachu, lekcje, na których nikt mnie nie chciał słuchać, i świadomość, że nikomu nie mogę o tym opowiedzieć i nikt się za mną nie wstawi. Skończyło się to próbą samobójczą – mówił już głosem opanowanym, jakby to zdarzenie było niczym w porównaniu z porobieniem się w klasie.

– W tym czasie poznałem superksiędza i pisarza. Dał mi cudowną radę: „Błogosławieni potrafiący się śmiać z samych siebie, albowiem zawsze znajdą powód do radości”. Podobała mi się ta rada, tylko uważałem, że jemu ją łatwo stosować, bo był kimś. Ja czułem się zerem. Dlatego, gdy ktoś się ze mnie śmiał, natychmiast budził się we mnie strach. Byłem przekonany, że ten ktoś odkrył moją najgłębszą tajemnicę, prawdę, że jestem nikim, zasrańcem. Miałem ciągle to same uczucie: że zostanę rozpoznany.

Mój przyjaciel pisarz był dla mnie największą radością, nadzieją, ale przez to też największym cierpieniem. Tak bardzo nie chciałem go zawieść. Bałem się, że stracę jego zaufanie… I znowu błędne koło. Znowu lęk. Wydawało się, że wszystko straciłem… Mój przyjaciel wyjechał zagranicę. Musiał wyjechać za karę, ale on ma taką naturę, że nawet karę przemienia w nagrodę… Nie wytrzymałem. Wróciłem do kielicha rozluźniacza. Pewnego dnia byłem już tak pijany, że uczniowie donieśli o tym dyrektorowi. Zostałem wyprowadzony z klasy…

Zmieniłem parafię. Trafiłem wreszcie do terapeuty. Opowiedziałem mu moją karierę księdza zasrańca, faceta, który jest powołany do tego, by świecić wzorem, być ideałem, a jest największą mizerotą. Sprzeczność nie do rozwiązania. Powiedział mi, że sam jest wierzący, lecz wcale nie oczekuje od księdza, żeby był ideałem. Chce kapłana, który nie udaje, dzieli się z ludźmi swoim życiem i wiarą. I kocha. A to mogę robić bez względu na to, czy jestem gigantem czy nie. Pochwalił radę z tym śmianiem się z siebie i że ona na pewno poskutkuje, tylko muszę pamiętać o jednym: „Ciesz się sobą, nawet gdyby ci się wydało, że jesteś zerem. Śmiej się – takie nic, a się kula, takie nic, a żyje…”. Jako pierwsze zadanie wyznaczył mi pisanie dzienniczka uczuć. Zatytułowałem go Błogosławione szyderstwa. Każdą sytuację, która wydała mi się przeciwko mnie, kazał mi traktować jako wspaniałą szansę rozwoju.

Wkrótce taka okazja się nadarzyła. Wyjechałem nad morze do Dębek. Szedłem plażą w dość oryginalnych kąpielówkach. Całe były pokryte napisami: „Gazeta Wyborcza”. Dostałem je od kolegi, który zna osobiście Adama Michnika. Wiadomo, że ta gazeta w opinii większości polskiego kleru uchodzi za gazetę żydowską. Idę i nagle naprzeciwko widzę charakterystyczną postać pewnego księdza z kurii, który swego czasu był wybitnie złośliwy wobec mnie. Po prostu mnie nie cierpiał. „Szczęść Boże” – mówię, a on spojrzał na mnie ironicznie, pokręcił głową i powiada: „Już lepiej by ksiądz z gołym tyłkiem chodził, niż obnosić ten wstyd po plaży”. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Uśmiechnąłem się rozbrajająco. Wskazałem palcem na moje gacie, jakbym szukał potwierdzenia, czy o to chodziło, i kiedy on potaknął, ściągnąłem je. Nigdy czegoś takiego bym nie zrobił. Nawet po pijanemu. Nie wiem, skąd ta odwaga. Uwierzyłem chyba swemu terapeucie. Patrzyłem na niego, próbując nogami całkowicie wyzwolić się z kąpielówek. Spojrzał przerażony, najpierw jakby nie mógł uwierzyć, i nagle szybkim krokiem, a raczej biegiem, zaczął się oddalać.

Leszek widział, że niektórzy uśmiechnęli się dyskretnie, ale przestrzegając zasad, zachowali powagę. W żaden sposób nie powinni mu przerwać. Musi dojść do końca swych wyznań.

– Chyba się odblokowałem. Gdy kurialista uciekł dostatecznie daleko, założyłem z powrotem kąpielówki. Przeszło mi nawet przez myśl, że teraz to mogę i na plażę nudystów się udać – spojrzał po twarzach uśmiechnięty. Czuł, że wszyscy są z nim.

– Od pół roku znowu uczę w szkole. Zostałem przeniesiony do innej parafii. Idzie mi chyba nie najgorzej. To znaczy pisanie mojego dzienniczka – błogosławionych szyderstw. Nie chcę już was dłużej zanudzać… Pomyślałem… bo wiecie w pierwszym psalmie jest napisane, że szczęśliwy, kto w kole szyderców nie siada… ale życie tak mi się ułożyło, że zawsze byłem pośród szyderców… I kiedy to zaakceptowałem, nagle ci szydercy przestali być tacy straszni… Wierzę, że się już nigdy, za przeproszeniem, nie pokicham ze strachu. Chciałem podziękować Elce za tę salę. Czuję się tu świetnie. Na tej łodzi. OK. Nigdy nie kroiłem tortu.

Leszek nie miał pomysłu, jak skończyć. Nie wiedział… Ale nie miało to już znaczenia. Rozległy się oklaski.

2.

Rano dostał przesyłkę z płytą DVD. Nic nie pojmował. Na monitorze laptopa zobaczył siebie… nagiego w objęciach nagiej kobiety. Niczego takiego nie mógł sobie przypomnieć. Ale… to był on. Nie ulegało wątpliwości, że film nakręcony został w jego pokoju, tu, na plebanii. Wszystkie obrazy jak z fantazji seksualnych. Tylko że te fantazje nie znikały jak sen. Film trwał około kwadransa.

Leszek wszedł do wanny z zimną wodą, ale koszmar nie minął. Przez całe życie nie miał kobiety. Walczył ze swoim ciałem na różne sposoby, ale kobiety nie miał. Może głównie ze strachu.

Kiedy w końcu zrozumiał, że ten horror dzieje się naprawdę, że nic nie wymaże faktu, że w jego komputerze jest płytka z filmem, na którym on uprawia seks, chciał zadzwonić do proboszcza, że nie może dziś odprawić mszy. Tylko że proboszcz był poza zasięgiem. Wyszedł zatem do ołtarza i odprawił najkrótszą mszę w życiu. Potem wrócił do siebie i zaczął odtwarzać tajemniczy dzień, w którym musiało powstać nagranie. Wracał wtedy jak zwykle stopem ze spotkania AA. Zabrał go mężczyzna jadący chyba fordem kombi. Wydał mu się inteligentny. Nawet bardzo. Zaskoczyło go, że wiedział o Kościele i religii więcej od niego. I ujęło go to, że ktoś, kto nie miał pojęcia, że jest księdzem, chciał z nim rozmawiać na tematy związane z Kościołem, z Bogiem. Przez lata katechezy próbował trafić do ludzi, którzy mieli w głębokim poważaniu to, co im chce przekazać. Postanowiał nie zdradzać się przed nim, że jest księdzem. „Wie pan, weźmy na przykład problem sekt. Niektórzy znawcy problemu powiadają, że u jednostek o nikłym doświadczeniu duchowym i zerowej tradycji przynależność do sekty może być szczeblem w rozwoju religijnym. Natomiast u ludzi, którzy byli w rozwoju religijnym zaawansowani, wstąpienie do sekty najczęściej jest nieodwracalną katastrofą. Tak że, wie pan, różnie trzeba patrzeć na młodzież, która ociera się o sekty. Myślę, że niechęć młodzieży do religii jest pozorna. Ona odczuwa ogromny jej głód, tylko trzeba go odpowiednio zaanalizować i zaspokoić ”. Leszek Grajek był bardzo ciekaw rad w tym względzie towarzysza podróży.

W pewnym momencie mężczyzna zatrzymał wóz, stwierdzając, że musi się czegoś napić. „Wciągnęłoby się piwko, ale niestety prowadzę. A pan?”. Leszek odmówił. „Może schweppesa?”. „Proszę”. Kierowca wysiadł i poszedł do bagażnika.

Więcej Leszek już nie pamiętał. Obudził się u siebie w pokoju. Wokół walało się kilka butelek po wódce. Po jakimś czasie usłyszał pukanie do drzwi. Cudem odzyskał świadomość i zdołał wmówić kościelnemu, że jest chory.

Proboszcza na parafii nie było. Na szczęście dla Leszka trwały ferie zimowe. Nie musiał iść do szkoły.

Zadzwoniła komórka.

– Obejrzałeś film? Zadowolony? – pytał troskliwy głos.
– Nie wiem, o co chodzi! – krzyknął Leszek.
– O zapłatę. Kazałeś wynająć sobie najdroższą kurwę, a potem nakręcić film na pamiątkę.
– Kłamstwo.
– Chce ksiądz rżnąć głupa? Jechaliśmy koło lasu, gdzie stała tirówka, powiedział ksiądz, że ma straszliwą ochotę i żebym mu pomógł. Był ksiądz gotów zadać się z leśną panienką. Powiedziałem, że możemy to urządzić lepiej i bezpieczniej. I teraz taka wdzięczność?

W życiu bym się nie dał na to nabrać, gdybym wiedział, że jesteś księdzem. Dopiero jak kazałeś się przywieźć na plebanię, zobaczyłem, w jakie gówno wdepnąłem.

Leszek powoli zaczynał rozumieć.

– Nie dam panu ani grosza.
– No to puszczamy film w Internecie i komu trzeba. Mamusia pewno będzie dumna z synka.
– Nie mam żadnych pieniędzy.
– Nie jestem bezduszny. Możemy pójść na ugodę.

Grajek zamilkł na chwilę, czuł, że zaczyna paktować z diabłem.

– Jaką? – złamał się.
– Potrzebujemy trochę informacji o księdza przyjacielu.

Leszek milczał.

– Groserze – dopowiedział nieznajomy.

Natychmiast skojarzył artykuł z „Superfaktu”.

– Nic nie wiem – odparł zdecydowanie, z nową mocą.
– No to jednak masz pieniądze. Film i panienka kosztował mnie 30 tysięcy.

Leszek przerwał połączenie.

Komórka dwa razy jeszcze rozbłyskała światłem ekranika, Leszek jednak patrzył na nią martwym wzrokiem.

3.

Wytrzymał dwa tygodnie. Aż do Wielkiej Środy nie odbierał żadnych niezapisanych w swojej komórce numerów. Po ósmej rozległ się dźwięk. Postanowił się odważyć. Miał dziś na trzy godziny iść do konfesjonału. Chciał spowiadać, pokonawszy lęk, zrzuciwszy ciężar.

Wysłuchał ponownie propozycji szantażysty. A potem, udając niebywałe opanowanie, wyskandował mu szeptem, że jak go nie zostawi w spokoju, zgłosi się na policję.

– A co mój kogucik chce zgłosić? – spytał mężczyzna zatroskanym tonem.
– Zapamiętałem twój samochód…
– Widzisz, chłopcze, samochód, którym cię wiozłem, nie istnieje. A numery rejestracyjne, zakładam nawet, że nie blefujesz i je pamiętasz, były fałszywe. Prawdziwy jest tylko twój superpornusek. I twój problem. Mam dobre serce. Życzę ci, abyś przeżył ten Wielki Tydzień i Wielkanoc bardzo refleksyjnie. To znaczy, przemyśl do końca swoją sytuację. Mój następny telefon będzie ostatni.

Leszek nadusił czerwoną ikonkę.

Czuł, jak puszczają mu zwieracze. Pobiegł do ubikacji. Przez ostatni rok pobytu na tutejszej parafii przybrał na wadze, zmężniał. Dodało mu to nawet pewności siebie. Przestał wreszcie przypominać kij od szczotki, na którym powieszono sutannę. Ostatnie tygodnie przywróciły go do stanu pierwotnego.

Spojrzał na trzęsącą się rękę. Musi się napić. Proboszcz był w konfesjonale. Wiedział, gdzie trzyma alkohol. Nie chował go, nie miał powodu. Leszek nie pił nawet zachęcany. Postanowił pożyczyć butelkę. Większym ryzykiem była wyprawa do sklepu.

Wbiegł do pokoju i otworzył solidnie zaopatrzony barek. Wyciągnął nieodpieczętowaną żubrówkę. Przy pierwszej okazji podrzuci taką samą. Wrócił do pokoju i wlał w siebie szklankę złotawozielonkawego płynu. Strach, który siedział mu w żołądku, został pozbawiony kolców. Siedział tam nadal, ale już tak nie kłuł. Jeszcze pół szklanki. Prawie dobrze.

Zapalił papierosa. W ciągu ostatniego roku nauczył się palić. Zamienił alkohol na papierosy. Chyba dzięki proboszczowi, który był namiętnym palaczem. Papieros ich połączył. Aczkolwiek w czasie pierwszego spotkania, kiedy został poczęstowany, usłyszał. „To na powitanie. Ale normalnie nie palimy cudzesów”.

Podszedł do regału i wyciągnął spomiędzy książek płytkę z filmem. Patrzył na nią długie minuty. To niemożliwe. Wszystko się rozpadło z powodu tego kawałka plastiku. Gdyby nie on, wszystko byłoby takie cudowne. Jak to możliwe, że jest na nim coś, czego nie ma w jego głowie. Utkwił wzrok w krążku, w martwym winowajcy.

Na ostatnim spotkaniu AA przyznał się, że zapił, ale skłamał, w jakich uczynił to okolicznościach… Nie zająknął się ani o niezrozumiałym zdarzeniu w czasie autostopu, ani o filmie. Nie zdradził nikomu, że znalazł się w czarnym tunelu. Był absolutnie samotny.

Nagle zaczął wstrząsać nim spazmatyczny płacz. Przez całe kapłaństwo bronił się, nie uległ pokusie. Wytrzebił w sobie pragnienie dotyku. Ale i tak kobieta go dopadła i zniszczyła.

– Ty k…! Żebyś zginęła… Musiałaś obłapić mnie tym swoim cielskiem!? Żeby cię..

Rzucił się na tapczan. Wył i płakał.

Ocknął się parę minut przed dziesiątą. Nalał sobie pół szklanki. Wszedł do łazienki. Zmoczył ręcznik i przyłożył do twarzy. Po chwili położył go na umywalkę i spojrzał w lustro.

Nienawidził swego oblicza. Jak je ukryć? Zmienił okulary na słoneczne. W razie czego, powie, że ma zapalenie spojówek. Gdy wszedł do konfesjonału, momentalnie z całego kościoła zeszli się szybkim krokiem ludzie, by zająć jak najlepsze miejsce w kolejce. Przeraził się ich. „Czego chcecie ode mnie?”.

Pierwszy był jakiś małolat, który ukradł mamie pięćdziesiąt złotych, kłamał, że był w szkole, napluł na brata…

– Dobrze, już idź. Rozgrzeszam cię w imię… – nie wiadomo, czy do końca wysłuchał jego grzechów. Wkroczył z absolucją w pierwszą przerwę, jaką zrobił chłopiec.

Druga w kolejce była kobieta, może czterdziestoletnia.

– U spowiedzi byłam na Boże Narodzenie… rozgrzeszenie otrzymałam, pokutę odprawiłam, gardzę następującymi grzechami: Nie byłam dwa razy w kościele w niedzielę… Kłóciłam się z mężem na oczach dzieci…
– A nie na ich oczach?
– Co na nie ich? – spytała spłoszona.
– No, czy się kłóciłaś, jak nie widzieli?
– Też…
– No to mów, jak było…

Kobieta zamilkła. Nie wiedziała, czy kontynuować spowiedź.

– Dalej proszę – rzekł natarczywie Leszek.
– Miałam z mężem stosunki niezgodne z nauką Kościoła.
– Co to znaczy?
– Z prezerwatywą… – rzekła ściszonym głosem.
– Czemu tego nie robicie w okresach niepłodnych?
– Bo się kochamy wtedy, kiedy czujemy potrzebę – odpowiedziała kobieta wyraźnie zdenerwowana.
– To niech się pani zdecyduje, czy się kochacie, czy się kłócicie… Parzycie się gorzej niż zwierzęta.

Poderwała się z konfesjonału… Podeszła od przodu.

– Ksiądz jest pijany. Od księdza leci wódą. Przyszłam do Pana Jezusa. Nie będę wyznawała grzechów pijakowi albo szatanowi…

Spuścił głowę. Gdy odchodziła, dopowiedział pod nosem:

– Nie, to nie. Nie moja sprawa, jak was dupa świerzbi…

Ludzie, szemrając, odsunęli się od konfesjonału.

Po chwili Leszek zapukał na znak, by przystąpili kolejni penitenci. Nikt nie uklęknął. Zapukał raz i drugi. Wstał i wyszedł. Przed nim wyrosła ciemna postać. Podniósł głowę i natknął się na pytający wzrok proboszcza. Był przerażony, ale wpadł na genialny pomysł. Udać, że nic się nie stało. Ruchem ręki delikatnie zasugerował, że chce przejść.

– Przepraszam, muszę iść na chwilę do toalety.

Wszedł do pokoju i zamknął się na klucz. Dygotał. Nagle pomimo że alkohol trawił jego ciało i umysł, uzyskał absolutną świadomość tego, co zrobił. Bezpieczniki zadziałały za późno. Doznał tak gwałtownej odrazy do siebie, że pobiegł do łazienki, nachylił się nad umywalką i próbował zwymiotować. Bez skutku. Poczuł, że ohyda przenika całe jego ciało. On cały jest do zwymiotowania. Trząsł się jak galareta. Szczękał zębami. Wyobrażał sobie, że za chwilę zapukają do jego drzwi. Obrażona penitentka na czele zgorszonych parafian. W tyle stoi jego przeznaczenie – szantażysta. A obok niego Pała. Strach ma wielkie oczy. Zaczął więc je zaciskać, jakby mógł w ten sposób zmiażdżyć, unicestwić nacierający na niego koszmar. Wszystko na nic. Upiory wciskały się przez uszy, nos, usta, jak w trupa, jak w padlinę. Nakrył głowę poduszką i wył. Był nie tylko zasrańcem, zerem, pośmiewiskiem. Mieszkały w nim demony. Film z nagraniem porno ujawnił, do czego jest zdolny, co w sobie tłumi. Słowa w konfesjonale dowiodły, że jest nie tylko skończonym kretynem, ale i chamem. Nie mógł już się nawet pocieszać, że jest biedakiem zasługującym na litość. Żył w nim drapieżnik, którego przedtem nie znał, którego należało unicestwić.

Po kilku minutach wstał, podszedł do szafki i wyciągnął nóż. Wszedł do łazienki. Rozebrał się. Trzęsącą się ręką naciął sobie nadgarstek. Widok krwi nagle go uspokoił. Ciało przestało dygotać. Leszek zaczął spokojniej oddychać. Nie jest tchórzem. Znalazł wyjście z jaskini, potrafi złożyć ofiarę. Gdy nadejdzie czas.

Wieczorem wpuścił do pokoju proboszcza. Usiadł na tapczanie, podniósł lekko głowę. Nieprzymuszany żadnym pytaniem oświadczył:

– Wiem, że zachowałem się haniebnie i nie da się tego w żaden sposób wytłumaczyć. Chcę za to ponieść karę. Ale… chciałbym tylko, aby ksiądz wiedział, że to nie tak… tak zadziałał alkohol w połączeniu z tabletkami, które zażywam… Ja…

Właściwie nie skłamał, przegrał w pojedynku z chemią, nie ze swoją psyche. Był przekonany, że szantażysta podał mu jakiś środek zmieniający świadomość.

Proboszcz pokiwał głową ze zrozumieniem i smutkiem.

– Powiedziałem pani Stachowiak, że sam jej to wszystko ksiądz wytłumaczy i przeprosi. Tu proszę jej telefon… Nie chcę, żeby ani ona, ani ksiądz dźwigali ten ciężar przez święta – wyciągnął rękę z karteczką. Przez chwilę Leszek pomyślał, że podaje mu nie tylko karteczkę, ale i rękę. Chciał się rzucić proboszczowi w ramiona i wypłakać. Może gdyby jego przełożony to zauważył… Jednak wstał i w sposób godny, bez dalszego dręczenia wikarego, wyszedł.

Przed telefonem do pani Stachowiak Grajek parę razy dzwonił do Grosera. Niestety, jego przyjaciel cały czas był poza zasięgiem.

Oddzwonił dopiero w Wielkanoc. Leszek patrzył na wyświetlacz. Odrzucił rozmowę. Jak kilka innych. Był już w stanie tylko patrzeć.

W południe widział papieża, który próbował udzielić błogosławieństwa Urbi et orbi, ale do ludzi dotarł jedynie krzyk jego twarzy. Twarz człowieka przebitego włócznią.

We wtorek, w pierwszy dzień po świętach, odebrał telefon od szantażysty. Wiedział, że to on. – Jak samopoczucie po świętach? – rozległ się syk węża.

– Jeśli przez ten tydzień nie zbiorę pieniędzy, wtedy udzielę informacji, na których panu zależy – odpowiedział ze spokojem Leszek.
– Zawsze się cieszę, gdy w ludziach zwycięża rozsądek i lojalność.
– Proszę zadzwonić w poniedziałek… – powiedział Leszek i przerwał rozmowę. Odłożył komórkę.

Wyciągnął z półki płytkę DVD. Następnie z biurka wyjął bloczek z papierem ściernym do ołówków. Wydarł jeden arkusik i zaczął ze spokojem ścierać błyszczącą powierzchnię płytki. Na koniec zgniótł ją kilka razy. Najpierw długo broniła się elastycznością, ale w końcu zaczęła pękać.

Połknął kolejną tabletkę relanium.

Nie trząsł się. Był dumny, że nie drży. Znalazł sposób na lęk.

Podszedł do ściany, na której wisiał Jezus Miłosierny. Przysunął krzesło. Uklęknął. Wsparł głowę na łokciach.

– Chryste, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem, Chryste zmiłuj się nade mną, grzesznikiem… Jezu, ufam Tobie, Jezu, ufam Tobie… – nagle łamiącym się głosem zaczął śpiewać oazową pieśń – Tylko Ty jeden wiesz, co w mym sercu dzieje się, tylko Ty, Panie, tylko Ty…

Pan Jezus miał twarz księdza z liceum.

4.

Groser nie mógł sobie poradzić. Telefony od Leszka, których nie odebrał, były piekącym wyrzutem sumienia. Próbował oddzwonić na święta z życzeniami, ale komórka była wyłączona. Gdyby, gdyby jednak był bardziej natarczywy, może Leszek by żył. Ale pochłonęły go dziesiątki spraw. Liczył, że przyjaciel to zrozumie.

Rozmawiał przed pogrzebem z ludźmi ze wspólnoty AA. Nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Dlaczego Leszek pożegnał się z życiem akurat wtedy, gdy znalazł receptę, jak mu podołać. „On nie popełnił tego samobójstwa. Wszedł w niego jakiś demon…”.

Patrzył na trumnę. Przez głowę przelatywały mu myśli nie do wypowiedzenia. Myśli płaczliwe. Rozedrgane. Sprzeczne. Nie mógł się rozkleić. Miał wygłosić słowo nad jego trumną. Przed dwoma dniami zadzwonił sekretarz biskupa i poprosił, by jako najbliższy przyjaciel przemówił w czasie pogrzebu.

Nie rejestrował twarzy zebranych żałobników. Miał przed sobą jedynie Leszka idącego do Ojca.

Biskup Florian przeczytał przypadającą na ten dzień Ewangelię św. Jana. Można było przeczytać jakąkolwiek inną, która oddawałaby sens wydarzeń. Wacław jednak miał zasadę, że w czasie pogrzebów głosił słowo na podstawie Ewangelii z danego dnia.

„O zmierzchu uczniowie Jego zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wiatru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: To Ja jestem, nie bójcie się!”.

Biskup przekazał mikrofon Groserowi. Zapadła chwila ciszy.

– „Jaki będzie pożytek z krwi mojej, z mojego zejścia do grobu? – rozległy się słowa psalmu. – Czy proch Cię będzie wysławiał albo rozgłaszał Twoją wierność?”. Jaki pożytek będzie z twego odejścia, Leszku?

Wacław zamilkł.

– Nigdy nie poznamy ostatnich myśli i uczuć Leszka. Wiemy, że odszedł w dzień Miłosierdzia Bożego i że modlił się często do Jezusa Miłosiernego. – Zdawało się, że szuka dopiero słów, że dopiero tu, nad trumną układa kazanie. – Ewangelia zawsze jest Dobrą Nowiną. I taką nowiną jest dla nas, którzy stoimy ze łzami nad grobem naszego brata Leszka. Dzisiejsze czytanie ukazuje niebywale sens tego, co przeżywamy. Wszyscy, którzy tu jesteśmy, których sercu był bliski Leszek, boimy się. Boimy się ciemności i nikt z nas nie wypływa świadomie o zmroku na wzburzoną wodę. A jednak zdarza się, że znajdujemy się na spienionej wodzie, osaczeni przez ciemność. Człowieka, dla którego nie ma ratunku, nazywamy nieszczęśnikiem. Większość z nas wpada w sidła mroku i spienionych wód. Nie możemy w to uwierzyć – Wacław przerwał na chwilę. Przełknął ślinę. Jakby zastanawiał się, czy mówić dalej. – Jak się to stało? Byliśmy tacy roztropni… Wzburzone wody symbolizują w Biblii wody grzechu i śmierci. Ciemność jest brakiem wiary i nadziei, że można się z tych wód wydostać. Jak to się dzieje, że wpadamy w spienione wody… o zmroku?

Gdy uczniowie byli w łodzi, Chrystus przebywał w oddaleniu na modlitwie. A jednak usłyszał wołania uczniów. Wyruszył na ratunek, bo dla Niego nie ma sytuacji beznadziejnych. Idzie do nas bez względu na nasze zwątpienie. I podaje dłoń tonącym. Przyjdzie, zawsze przyjdzie, choćbyśmy pośród ciemności Go nie widzieli. On jest… – zamknął oczy. – Wystarczy wyciągnąć dłoń. Jestem przekonany, że Leszek w ostatnim ułamku swego życia poczuł dotyk Jego dłoni.

Zamilkł, wydawało się, że jeszcze coś powie, że się namyśla. Po chwili jednak podniósł wyżej głowę na znak, że już skończył.

Do trumny zaczęła się przeciskać kobieta w czarnej, fantazyjnie zawiązanej chustce.

Zanim wypowiedziała słowo, popatrzyła na trumnę, kręcąc niedowierzająco głową.

– Leszku, Leszku… Chcemy cię pożegnać, wszyscy twoi bracia i siostry ze wspólnoty AA – głos uwiązł jej w gardle. Musiała się uspokoić. – Dosłownie parę tygodni temu świętowaliśmy twoje pierwsze urodziny, rocznicę trzeźwości. Dzieliłeś się z nami tortem… Każdemu dałeś kawałek miłości. Zawsze będziesz dla nas taki, jak wtedy. Szczęśliwy… Powiedziałeś, że następnym razem… – kobieta pokręciła głową. Wyciągnęła chusteczkę i otarła łzy. – Żyjemy pośród znaków. Miałam, Leszku, powiedzieć coś innego. Ale sam mówiłeś, że ważniejsze od mówienia jest słuchanie. To takie dziwne i cudowne, że dziś jako ostatnie słowo zostawiłeś nam Ewangelię o Jezusie idącym do nas przez wzburzone wody. Leszku, nie wiem, jak to wytłumaczyć. Nasza przystań jest łodzią na morzu o dwóch obliczach. Wzburzonym i cichym. Jezus idzie do naszej łajby… Wiem, wiem – kobieta rozpłakała się. Wzniosła głowę do góry, próbowała zatamować łzy.

– Leszku, jutro domaluję na naszym morzu dłoń, namaluję dotyk, który czuć w ciemności. Przyjdziesz i opowiesz nam, jak jest tam, na Wiecznym Mityngu. Przyjdziesz?…

Kobieta urwała. Zaczęła się wycofywać. Ocierając łzy, próbowała się uśmiechać.

– Ty ukochany zasrańcu, ty Boży zasrańcu… – szeptała.

Zasraniec
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...