Najbardziej przejmujący serial

Najbardziej przejmujący serial

Świadomość tego, że z każdą minutą zbliżamy się do granicy światów, może wzmóc w nas pragnienie, by pozostałą część tej podróży przebyć z sensem. Śmierć może wzmóc w nas apetyt na życie.

W mojej domowej serialotece jest płyta, którą mógłbym oglądać praktycznie non stop. Ostatni sezon słynnej amerykańskiej produkcji Sześć stóp pod ziemią, finałowa scena. Jedna z głównych bohaterek, młoda artystka Claire Fisher wyrusza z Kalifornii na podbój Nowego Jorku. Na stopniach prowadzonego przez jej rodzinę zakładu pogrzebowego żegna ją matka, odrobinę znerwicowana wdowa, jej brat David, gej, wraz ze swoim partnerem Keithem i wychowywanymi przez nich dziećmi, w powietrzu unosi się też duch drugiego brata Claire, Nate’a, wiecznego tułacza, który próbował się ustatkować, rozwalił jednak dwa swoje ostatnie związki, a chwilę później umarł wskutek udaru mózgu.

Claire żegna się z nimi wszystkimi, w tle słychać piosenkę, od której ciarki przechodzą po plecach, dziewczyna wsiada do toyoty i rusza w podróż przez Stany. Pusty krajobraz, pusta droga, zachodzące słońce. Coraz głośniejszy i bardziej przejmujący śpiew wokalistki i umierający po kolei wszyscy bohaterowie filmu.

Przedsiębiorcy pogrzebowi umierają tak, jak ich klienci

Skromni kalifornijscy przedsiębiorcy pogrzebowi umierają dokładnie tak samo, jak ich klienci. Każdy z odcinków Sześciu stóp otwierała scena zgonu człowieka, którym później zajmowali się państwo Fisher. Gadatliwy mąż zabity patelnią przez zdesperowaną żonę; kobieta, która zostawiła głowę na znaku drogowym, gdy wychylała się przez dach limuzyny, którą jechała, by świętować wraz z koleżankami skutecznie przeprowadzony rozwód; ćpunka umierająca w wannie na oczach swego kota; starsza pani, która odeszła tak cicho, że znaleziono ją dopiero po wielu tygodniach. Każdą z tych śmiertelnych etiud wieńczy szokująca w swej prostocie pointa – biała plansza z imieniem i nazwiskiem delikwenta oraz datami jego narodzin i śmierci.

W tej samej konwencji znikają nam z oczu główni bohaterowie. Keith, były policjant, później ochroniarz ginie kilkanaście lat później podczas napadu na konwój. Federico, wieloletni pomocnik braci Fisherów, później wspólnik, umiera w starszym wieku na zawał podczas rejsu statkiem wycieczkowym. Ostatnia umiera Claire. Ma ponad sto lat, przy jej łóżku siedzi pielęgniarka, na ścianach fotografie z młodości. Nagle zamyka oczy, plansza, daty. Film się kończy, nikt nie nakręci kolejnego sezonu, życie serialu, życie bohaterów zamknęło się, nie będzie telewizyjnej magii. Kropka.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo Sześć stóp pod ziemią to bez wątpienia najbardziej przejmujący z dziesiątek przeróżnych seriali, które w życiu widziałem. To gotowy materiał do szkolenia twórców (dwa pierwsze sezony oglądałem z koleżanką pracującą przy polskiej superprodukcji, nie mogła wyjść z podziwu nad profesjonalizmem autorów – od fenomenalnej, dopieszczonej w każdym calu czołówki, przez świetną grę, głównie teatralnych aktorów, po niezwykle konsekwentne psychologicznie prowadzenie postaci), ale też doskonała pożywka dla księdza chcącego wygłosić sensowne rekolekcje.

Ja też będę kiedyś miał taką planszę

Herezja? Ależ skąd. Żebyśmy nie wiem jak się zaklinali, ludzie i tak oglądają telewizję. Może więc warto czasem odnieść się do tego, co dobrze znają? Żadna inna telewizyjna produkcja, żadne filmy ze ścielącym się gęsto trupem czy przejmujące opisy odchodzenia nie przypomniały mi o mojej własnej śmiertelności dobitniej niż skromna, prosta, bijąca w ciszy po oczach plansza z Sześciu stóp. Słuchałem setek katechez, wielokrotnie towarzyszyłem umierającym, czytałem mądre książki. Zawsze jednak umierali inni. Przyznaję – tak, dopiero przed telewizorem po raz pierwszy, tak do szpiku kości, przejęła mnie myśl, że ja też będę kiedyś miał taką planszę. Że przy moim imieniu i nazwisku, przy którym jak dotąd widnieje tylko „1976–”, ktoś kiedyś dopisze inną datę, że wśród kategorii, do których zaszeregowano mnie w Wikipedii („polscy dziennikarze”, „związani z Białymstokiem”, „urodzeni w 1976”), pojawi się kiedyś i inna – „zmarli w…”. Że w kościele, do którego chodzę na mszę, ktoś kiedyś wyczyta intencję „za świętej pamięci Szymona”. Gdyby przeczytała te słowa moja świętej pamięci babcia, kazałaby mi pewnie pluć przez lewe ramię, odczyniać i wykonywać cały ten retorycznoneurotyczny korowód, który zwykle wspomnieniu o śmierci towarzyszy. Dziś babcia jest już po tamtej stronie i wie dobrze, że uciekanie przed myślą o własnej śmierci nie ma sensu. Nie warto poświęcać jej życia, ale warto spróbować przyjąć ją do wiadomości. Przyjąć, że będzie taki dzień, w którym choć będziemy mieli ranek, nie będziemy mieli wieczoru. A gdy to sobie uświadomimy, nie musimy zaraz siąść i płakać. Przeciwnie – świadomość tego, że chcemy czy nie chcemy, wraz z każdą minutą zbliżamy się do granicy światów, może wzmóc w nas pragnienie, by pozostałą część tej podróży przebyć z sensem. Śmierć – w czystej formie zaprzeczenie wszystkiego, co wiąże się z witalnością, rozwojem, postępem, paradoksalnie może wzmóc w nas apetyt na życie.

Dlaczego nie ma miejsca na niebo

Właśnie tak działo się z bohaterami Sześciu stóp, którzy ze śmiercią mieli przecież do czynienia na co dzień, w cieniu śmierci żyli, jedli, pili, rozwiązywali swoje dylematy. W warstwie psychospołecznej ten serial rozbiera na czynniki pierwsze dziesiątki superważnych wątków. Każe zadać pytanie, dlaczego pozwoliliśmy światu stanąć na głowie, najszczęśliwszą serialową rodziną są tu wszak David, Keith i ich dzieci. Serialowa femme fatale Brenda Chenowith, córka pary znanych psychoterapeutów, która jest tak skoncentrowana na swoich emocjach, że zupełnie nie może pozbierać do kupy swego życia, i jej partner – również zakochany w sobie i boleśnie dziecinny Nate. Dlaczego w tym świecie pogodnych, dobrotliwych ludzi nie ma miejsca na niebo, czwarty wymiar, który zwykłemu ludzkiemu życiu nadaje głębię i blask? Pojawia się pytanie o skrzętnie skrywaną pod tysiącem aktywności samotność ludzi już zbyt starych, żeby podbijać świat, i wciąż zbyt młodych, by kłaść się do trumny. Rozmowy o tym toczy się w przelocie, między jednym pogrzebem a drugim, wśród łez, uśmiechów, w karawanie, w którym Claire uprawia seks z jednym ze swoich kochanków, w jadalni na parterze, tuż nad piwnicą, w której preparują się właśnie czyjeś zwłoki. Sama świadomość tego, że taka kondygnacja też tu jest, nadaje ludzkim, codziennym sprawom zupełnie inne znaczenie, dzięki temu, że śmierć jest tak blisko, każda ze spraw, każdy z ludzkich wyborów staje się arcyważny.

Modlitwa, którą odmawia przed posiłkiem pochodzący z Rosji absztyfikant seniorki rodu Fisherów, wywołuje w obecnych przy stole lekką konsternację. Można na co dzień obcować z ciałami zmarłych, niezbyt często zadając sobie pytania o to, czy to już koniec i co dzieje się po tamtej stronie (ludyczne wizje Nate’a, w których śmierć gra w karty z życiem, można chyba przypisać głównie jego zaburzeniom neurologicznym).

Przemycanie niepłytkich myśli

Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego nie umiem pisać o Sześciu stopach, a tak bardzo lubię i chcę je oglądać. Podobnie rzecz ma się zresztą z innym okołośmiertnym serialem, niedoprowadzonym jeszcze do wersji polskiej tasiemcem Dead Like Me. Rzecz zaczyna się w sposób komiczny, zwyczajna siedemnastolatka ginie zabita przez część sedesu, który urwał się ze starej stacji orbitalnej. Dołącza do grupy ludzi żyjących między światami, których głównym zadaniem jest przeprowadzanie ludzi przez drzwi śmierci. Każdego dnia spotykają się na odprawie w barze serwującym dania na bazie wafli, gdzie otrzymują od swojego szefa żółte samoprzylepne karteczki z godziną i miejscem, w której umrze jakiś człowiek. Kretyński pomysł? Być może. Ale ile okazji do przemycenia zgoła niepłytkich myśli. Oto główna bohaterka buntuje się i ratuje z wypadku kolejowego kilkuletnią dziewczynkę. Jej szef ochrzania ją słowami: „Z duszą człowieka jest jak z jogurtem. Ma swój termin przydatności do spożycia, który określa producent. Nie próbuj go zmieniać, bo z jogurtem i tak zaczną się wtedy dziać bardzo niedobre rzeczy”.

Jasne, że nie znajdziemy tu odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań. Skąd zło? Po co śmierć? Co to jest przeznaczenie? Jest jednak w tych popkulturowych próbach mierzenia się z rzeczą kompletnie niepojmowalną coś bardzo ludzkiego i wzruszającego. Jakaś uczciwość a zarazem brak mędrkowania, zadęcia, święta nieporadność stworzenia, które choć śmierci nie rozumie i nie chce, prędzej czy później poddać się jej musi.

Nie jestem tak głupi, by sądzić, że seriale rozwiążą jakieś wielkie ludzkie tajemnice, jednak i tak jestem wdzięczny HBO i innym amerykańskim telewizjom, że od jakiegoś czasu nie idą już drogą, którą zawzięcie podążają wciąż polscy twórcy, nie pokazują świata rodem z Dynastii, gdzie śmierć nie ma wstępu, bo nikt nie umiera, co najwyżej wyjeżdża w delegację.

Najbardziej przejmujący serial
Szymon Hołownia

urodzony 3 września 1976 r. w Białymstoku – absolwent psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, dziennikarz, autor kilkunastu książek, w których często porusza tematy związane z rodziną i religią. Za...