Nie mogę się nadziwić. Zimowy wieczór zapadł wcześnie, jakoś po czternastej. Na lodowisku przy Karl Johans gate, głównym deptaku Oslo, zrobiło się tłoczniej. A od tego jeszcze weselej, jeszcze przyjemniej i bezpieczniej. Na środku lodowiska, w kłębiącym się tłumie zapakowanych w kombinezony dzieciaków, kręci się pies. Kawał psa! Dorosła suka owczarka niemieckiego z żółtą piłką w pysku. Kto przejeżdża, próbuje ją głaskać, zaczepiać. A ona nic. Podgryza piłkę i całkowicie skupia się na czteroletniej dziewczynce, z którą tu przyszła. Dziewczynka na miniłyżwach ślizga się obok taty. Co chwila ląduje kolanami na lodzie, po czym podnosi się i próbuje się znów odpychać. Tata jest przy niej, ale nie trzyma za rękę, nie holuje, nie ratuje przed upadkami. Podobnie jak inne dzieci na lodzie mała radzi sobie sama.
Ma rumieńce, spod kominiarki wysunęły się ciemne kosmyki włosów. Dyszy roześmiana i ani myśli rezygnować. Wokół wirują, wpadają w poślizgi, kręcą nieporadne piruety inni ludzie. Mali i duzi. W porozpinanych kurtkach, z szalikami ciągnącymi się po lodzie, w portkach narciarskich albo zwykłych dresach, w pełni gotowi na sport lub debiutujący na rozchybotanych nogach. Miejskie lodowisko wita każdego, jest bezpłatne. Na lód próbują wejść dwie Induski, rozchichotane i rozdygotane, nie bardzo wiedzą, co robić. Przed ich nosami przemyka młody Michael J
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń