Spowiedź
Przyjemność jest tylko na początku, potem jest już wyłącznie redukcja napięcia, szukanie poczucia bezpieczeństwa w alkoholu, narkotykach, pornografii, hazardzie. I jest straszna samotność.
Katarzyna Kolska: Co jest przedtem?
Bożena Maciek-Haściło: Przedtem jest jakiś brak. Żeby go zobaczyć, trzeba się cofnąć do wczesnego dzieciństwa i przyjrzeć się relacji z najbliższymi osobami, czyli najczęściej z rodzicami. Na ile one były satysfakcjonujące, co sprawiło, że człowiek – najpierw dziecko, a później dorosły – nie miał możliwości nabycia podstawowych zasobów, które pozwalają bezpiecznie funkcjonować w życiu i w relacjach z innymi. I dlaczego wykształcił się mechanizm nałogowych czynności bądź zażywania różnych substancji.
Ma pani na myśli brak miłości, akceptacji, zrozumienia?
Właśnie tak. Do takiego stanu dochodzi, jeśli dziecko jest opuszczane, nadużywane, wykorzystywane, jeśli doświadcza przemocy, nie ma zapewnionego poczucia bezpieczeństwa, oparcia, przewidywalności i wzorca samoukajania. To wszystko sprawia, że w tak zwanej strukturze „ja” dziecka brakuje podstawowej funkcji, jaką jest umiejętność zapewnienia sobie – już jako dorosłej osobie – poczucia bezpieczeństwa, pozytywnej samooceny, umiejętności regulowania emocji.
Ale przecież osoby uzależnione wywodzą się też z rodzin porządnych – takich, które na pierwszy rzut oka są szczęśliwe, świetnie funkcjonują.
Nie bardzo chciałabym myśleć w kategoriach „porządne – nieporządne”.
Wykorzystywanie kojarzy nam się z patologią.
Tak, ale wykorzystywanie nie dotyczy skrajnie rozumianych przypadków, czyli np. wykorzystania seksualnego, ale również wykorzystania emocjonalnego, kiedy rodzice dla podniesienia poczucia własnej wartości używają dziecka do spełniania swoich ambicji i celów, których im nie udało się zrealizować. Potrzeby dziecka i jego możliwości nie są dla nich ważne.
Ale oni na pewno powiedzą, że robią to z miłości do dziecka. Żeby ono zaszło dalej, żeby miało lepiej…
Zwykle tak. Dlatego tak zwana „porządność” nie ma tu wielkiego znaczenia.
Alkohol, narkotyki, pornografia, nałogowe kupowanie są substytutem czegoś?
Moim zdaniem są substytutem więzi i relacji. Paradoks polega na tym, że powszechnie się myśli o alkoholu, narkotykach czy pornografii jako o czymś złym, co niszczy daną osobę. I to prawda. Ale równocześnie można pomyśleć inaczej, że to jest coś dobrego, w czym ten człowiek czuje się bezpiecznie, bo ów stan podniecenia albo substancja, np. alkohol, są przewidywalne – on go pije, chroni się w nim i czuje się bezpiecznie, on stanowi w pewnym momencie jego najważniejszą relację. Narkotyki, seks, alkohol, zakupy stają się substytutem relacji, której ci ludzie nie mają.
Pozorna ucieczka?
Tu nie ma pozorności, tu jest prawdziwe cierpienie i pragnienie znalezienia ukojenia. Większość moich pacjentów jest bardzo samotna, nie ma drugiej osoby i te przeróżne uzależnienia – czy substancje takie jak narkotyki, alkohol, leki, czy czynności, np. zakupoholizm, seks, hazard – z jednej strony służą temu, żeby zaspokoić potrzebę relacji z innym człowiekiem, ale z drugiej strony niszczą, bo ludzie odsuwają się od osób, które popadają w nałóg. Naturalnie najpierw walczą o nie, ale z czasem się poddają. I odchodzą. A samotność tamtego człowieka się pogłębia.
Ktoś pije alkohol, bierze narkotyki, uprawia hazard i ogląda pornografię, bo szuka chwili wytchnienia od tego, czego nie jest w stanie unieść?
Tak, ponieważ nie został nauczony innych sposobów radzenia sobie z emocjami, trudnościami życia. I w ten sposób szuka ukojenia czy też sprawienia sobie przyjemności.
Jeśli w normalnej sytuacji pijemy alkohol, to wiemy, że jest to jeden ze sposobów na zrelaksowanie się, ale wiemy też, że mamy wiele innych możliwości, np. możemy z kimś porozmawiać, posłuchać muzyki, pójść na spacer. Osoby uzależnione nie mają w swojej „bazie” innych sposobów na ten rodzaj ukojenia czy sprawienia sobie przyjemności.
Chociaż uważam, że słowo „przyjemność” w tym przypadku jest raczej ulotnym kryterium.
Przyjemność jest tylko na początku, potem jest już tylko redukcja napięcia, szukanie ulgi, poczucia bezpieczeństwa w obliczu niepokojów i lęku.
Mimo świadomości, że potem będzie moralny albo realny kac?
Tak. Osoba, która ma taki kłopot, mówi: Gdybym się nie napił, to albo bym zwariował, albo bym siebie zabił, albo kogoś zabił. Wtedy ta substancja albo powtarzana czynność ma wymiar siły i jeśli ratuje go przed podobnymi rzeczami, to on musi ją utrzymać w jakiejś dla siebie ważności, a te negatywne odczucia kieruje pod swoim adresem.
Potrzeba ukojenia jest silniejsza i ważniejsza niż świadomość, że potem będę się źle czuł?
Niestety tak.
A nie można tego powstrzymać?
Można to powstrzymać, pod warunkiem że znajdzie się jakieś inne sposoby na lęk przed tym, żeby nie zwariować, nie zabić kogoś, nie zabić siebie.
Ale ta osoba nie wierzy w tym momencie, że są na to inne sposoby?
Albo nie wierzy że są, albo ma poczucie, że są niewystarczające.
Kiedy człowiekowi powinno się zapalić w głowie czerwone światło? Czy to, że ktoś lubi piwo i pije je codziennie wieczorem, świadczy już o tym, że ma problem?
Nie, ale kiedy od godziny 15 myśli o tym, że się wieczorem napije piwa, to już jest niepokojące. Jeśli moje życie zaczyna się wokół tego koncentrować, kiedy zaczynam rezygnować z innych rzeczy, czuję, że jest wokół tego jakieś napięcie – to światełko powinno się zapalić.
Alarmujący jest też moment, kiedy zaczynamy eksperymentować. Na przykład mówimy: Dzisiaj się nie napiję – zobaczymy, jak to wpłynie na mój wieczór. No bo jeśli nie mamy kłopotu z sokiem jabłkowym, to go nie kontrolujemy.
Trzeba też uważać na ulgę, którą odczuwamy – może ona świadczyć o tym, że alkohol, narkotyki czy pornografia służą nam do regulowania emocji.
Wiele osób powie: Ja kontroluję.
Czymś innym są zapewnienia danej osoby, że to kontroluje, a czym innym są fakty. I nawet gdy wszyscy dookoła widzą, że ktoś stracił kontrolę, ta osoba nadal jest przekonana, że może powiedzieć stop.
A co się musi wydarzyć, żeby ktoś poczuł pragnienie, by żyć inaczej, by coś ze sobą zrobić?
Czasem są to sygnały z zewnątrz: żona prosi albo dziecko powie: Tatusiu, nie lubię, jak pijesz – i to będzie jego motywacją. Nie ma co tego dewaluować, bo to może być właśnie ten pierwszy krok. Świadomość, że robię to dla siebie może być dopiero następnym etapem.
Popularnie się mówi, że trzeba spaść na samo dno.
Nie lubię słowa „dno”, bo ono jest bardzo niewymierne. Trudno też określić, czym to dno właściwie jest. Słyszałam wiele opowieści, jak to już ktoś osiągnął dno, ale później miał następne i następne… Motywacja osób uzależnionych do tego, żeby dokonać czegoś i zmierzyć się z czymś, co pełniło do tej pory bardzo ważną funkcję w ich życiu, czyli rezygnacja z czegoś, musi być bardzo duża. To przecież wysiłek, sami to znamy – kiedy mamy zrezygnować na przykład ze słodyczy, to wcale nie jest takie proste. I ten wysiłek trzeba włożyć w imię czegoś. Często na początku ta motywacja jest zewnętrzna, dopiero potem zaczyna się przesuwać w stronę tego, że zależy mi na tym, że ja sam tego chcę. Czasami jest to bardzo długie zmaganie.
Jak przekonać kogoś uzależnionego, że może żyć inaczej, że narkotyki, pornografia i alkohol nie są jego głównym problemem?
Ale on wcale tak nie myśli. Tak myśli jego otoczenie. Uzależnieni mają tendencję do umieszczania źródeł tego problemu w innych albo w sobie – w swoich deficytach lub w swojej historii, np. w tym, że są dziećmi alkoholików – choć ten przykład to oczywiście duże uproszczenie.
Osobom uzależnionym trzeba pomóc w docieraniu do źródeł ich bólu, pokazać, że bardzo cierpią, i że sposobem na to cierpienie stały się dla nich narkotyki, prostytutki, pornografia, hazard.
Zmiana polega na nauce adekwatnego przeżywania swoich emocji, rozładowywania ich, podniesienia poczucia własnej wartości.
Ale jeśli ktoś żyje z tym 10, 20 czy więcej lat, to zabranie mu tego jest równe z odcięciem mu ręki czy nogi.
Dlatego trzeba szukać sposobów na wypełnienie tej luki. W tym podejściu, które próbuję tutaj pokazać i zgodnie z którym pracuję, będzie to doświadczenie dobrej więzi. W związku z tym proponuję pracę grupową, w której ludzie mogą doświadczyć relacji z drugim człowiekiem, związać się z nim, poczuć się przy nim bezpiecznie, wyrażać różne emocje, mogą być sobą, dzielić się różnymi trudnymi sprawami, którymi nigdy się nie dzielili, w poczuciu, że są w tym zaakceptowani. Oczywiście, musimy pamiętać też o tym, że nie wszyscy ludzie są zdolni do tego, żeby reflektować, żeby mieć wgląd w siebie, bo duża część naszych pacjentów to pacjenci z organicznymi uszkodzeniami mózgu, a w takich przypadkach trzeba im wskazać jakieś proste rozwiązanie i pokazać drogę, to znaczy – co mają robić, a czego nie robić, żeby nie wrócić do nałogu.
Co dla osób uzależnionych może być fundamentem, na którym zaczną budować to nowe życie?
Kiedyś – i jeszcze do tej pory w wielu placówkach w Polsce (moim zdaniem ze szkodą dla uzależnionych) – stosowało się pracę nad destrukcją. Czyli analizowanie tego, co złego zrobiła osoba uzależniona i co alkohol, narkotyki czy pornografia zniszczyły w jej życiu.
Ja natomiast wyznaję zasadę, że każdy człowiek ma jakieś minimalne zasoby i pozytywne doświadczenia. To ich właśnie szukamy, je badamy, wzmacniamy i stymulujemy. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś tego w ogóle nie ma. To jest dla mnie fundament.
Wiktor Osiatyński mówi, że w drodze do trzeźwości trzeba stanąć w prawdzie o sobie. To przecież strasznie trudne dla każdego z nas, zwłaszcza dla tych, którzy nie są sobą zachwyceni.
To jest faktycznie trudna praca i dlatego część osób z niej rezygnuje. Zgadzam się ze stwierdzeniem pana Wiktora Osiatyńskiego, natomiast pojawia się pytanie, co to znaczy stanąć w prawdzie o sobie? Jak to wygląda, jak przebiega, ile mamy na to czasu, kto nam towarzyszy? Z jednej strony te osoby stają w prawdzie o sobie, ale trzeba się liczyć z tym, że w ten sposób uruchamiają się w nich różne trudne emocje. Kiedy ktoś zaczyna się przyglądać sobie, dostrzegać prawdę na swój temat, może się natknąć na wiele nieprzyjemnych spraw. W związku z tym terapeuta powinien dbać o to, żeby pomagać i uczyć, jak sobie radzić z tymi trudnymi emocjami.
Jest jeszcze kwestia wstydu.
Wstyd związany z koniecznością przyznania się do tego, że jestem uzależniony i powiedzenia o tym komuś, to jedno. Ale najtrudniejsza jest świadomość, że coś ze mną jest nie tak, że mam jakiś „defekt”. W tak pojmowanym wstydzie mieszczą się różne wstydliwe wspomnienia z dzieciństwa, z okresu dojrzewania, kiedy osoby uzależnione były zawstydzane, że nie są takie, jak by od nich oczekiwano, były często upokarzane.
Czy sądzi pani, że z nałogu, jakikolwiek on jest, można wyjść samemu?
Prowadzono badania nad samouleczeniami. I okazuje się, że procent tych samouleczeń nie jest wcale taki mały, tylko że my terapeuci nie mamy z tym kontaktu. Od czasu do czasu ktoś nam mówi: Mój ojciec pił i przestał, i wcale nie chodził na żadną terapię. Jak więc widać, jest to możliwe, pojawia się tylko pytanie, jaka jest wtedy jakość życia tej osoby. Pewnie różna.
Do czego ta druga osoba jest potrzebna?
Z mojej perspektywy głównie do nawiązania konstruktywnej relacji i przeżycia więzi, które wcześniej były zerwane lub uszkadzające, a nie wzmacniające.
Z terapeutą?
Z terapeutą albo z grupą jako całością, bo grupa sama w sobie jest bardzo ważna, ale też z poszczególnymi uczestnikami tej grupy. A z terapeutą indywidualnie.
Zobaczenie siebie w relacjach z innymi ludźmi, otrzymanie od nich różnych informacji, usłyszenie ich historii życia, wymiana doświadczeń, to jest bezcenne. Terapeuta nie może tego dać – choćby z tego prostego powodu, że nie opowiada o swoim własnym doświadczeniu.
Czy pójście na terapię nie grozi pokusą, że ktoś za mnie załatwi mój problem?
Istnieje takie niebezpieczeństwo. Tylko że każdy z nas, nie tylko osoby uzależnione, potrzebuje pewnego rodzaju poprowadzenia i oparcia. I my terapeuci to robimy. Dajemy wsparcie. Prowadzimy. W tworzeniu dobrej więzi jest to bardzo potrzebne. Tylko musi nastąpić taki moment, w którym osoba uzależniona przejmie odpowiedzialność i decyzje za swoje życie. Nasze wspieranie i prowadzenie ma prowadzić do samodzielności.
Czy można wyjść z nałogu, nie doświadczając całkowitej abstynencji – od alkoholu, narkotyków, gier?
Bez abstynencji nie ma zdrowienia. Pytanie natomiast, jak długo ma ona trwać – rok, miesiąc, tydzień? Ona musi być jednak obecna, doświadczenie abstynencji jest bardzo ważne.
Trudno mi sobie wyobrazić alkoholika, który mówi: Jestem niepijącym alkoholikiem, ale czasem sobie wypiję. Chodzi mi o to, czy to musi być takie radykalne?
Moim zdaniem nie chodzi o radykalność. Chodzi o to, że ktoś podejmuje decyzję, co robi z tą substancją, czy co chce zrobić, i sprawdza, czy to jest możliwe. Ludzie najczęściej chcą kontrolować picie. Nie chcą z niego rezygnować.
Mówiła pani dużo o budowaniu relacji – z grupą albo z terapeutą. Czy brak poczucia więzi z grupą lub z terapeutą od razu skazuje tę terapię na niepowodzenie?
Nie, od razu nie, bo więź się buduje. Dopiero potem, gdy się ją zbuduje, przez moment jest dobrze, ale potem też jest trudno, bo w bliskich relacjach bywają trudne sytuacje. Ale jeśli ta relacja jest dobrze zawiązana, ma tzw. dobry setting, czyli ustalenie, jak długo się spotykamy, w jakich odstępach czasu itd., to staje się coraz pełniejsza i coraz bardziej korektywna dla tej osoby. Z mojej perspektywy relacja jest czynnikiem decydującym, choć cały czas w polskim lecznictwie – moim zdaniem – niedocenianym.
Ile czasu potrzebuje uzależniony człowiek, żeby zacząć wychodzić na prostą, żeby zobaczyć dla siebie jakieś światło i sens tego, co robi?
W tej chwili rodzi się w psychoterapii taki trend, żeby terapia była jak najkrótsza. I to nie tylko ze względów ekonomicznych.
Co to znaczy jak najkrótsza?
Od roku do dwóch lat.
A dalej pacjent musi iść sam?
No tak. Taki jest cel terapii. Oczywiście pacjent może potem szukać rady, pogłębiać zdobyte umiejętności, rozwijać się czy wracać po pomoc w czasie kryzysu. Bo takie jest życie. Trudności zawsze się pojawiają.
Więź z grupą też trzeba zerwać? Niektórzy się tej grupy kurczowo trzymają.
To zależy od tego, jaką to trzymanie się spełnia funkcję. Jeśli grupa staje się podstawą życia i ogranicza realne więzi, to nie jest dobrze. Ale jeżeli to jest miejsce, do którego idę po to, by naładować akumulatory i dzięki temu jestem w dobrych relacjach z innymi ludźmi w życiu, to jest w porządku. Chociaż ja uważam, że terapia powinna mieć swój początek i koniec, bo koniec też jest czymś ważnym w naszym życiu.
Ale czasem można odnieść wrażenie, że niektórzy nie chcą tego końca. Mówią o sobie: Jestem alkoholikiem. Nie piję od 30 lat. Dlaczego ta deklaracja jest dla nich taka ważna?
Wiąże się to z tym, w jaki sposób była im oferowana pomoc. Jeśli terapia polegała na budowaniu tożsamości osoby uzależnionej i dzięki temu, że ktoś się zidentyfikował z uzależnieniem, przestał pić, grać czy oglądać pornografię, to ta tożsamość uzależnionego jest dla niego jak stołeczek, którego się trzyma.
Jeśli jednak dla kogoś bycie trzeźwym alkoholikiem czy narkomanem staje się jedyną tożsamością, to bardzo zubaża jego życie.
Sądzi pani, że każdą osobę uzależnioną można wyprowadzić z uzależnienia?
Na tak postawione pytanie odpowiadam, że nie. Oznaczałoby to, że ja mam wpływ na to, czy dana osoba wyprowadzi się z uzależnienia, czy nie. Nie myślę tak ani o sobie, ani o terapii. Ja mogę jedynie używać różnych narzędzi i siebie w tej relacji, ale i tak ostateczna decyzja o tym pozostaje w rękach pacjenta.
Są jednak osoby, które doznały tak dramatycznego cierpienia w dzieciństwie, że relacje z grupą czy terapeutą nie wystarczą i nigdy nie staną się przeciwwagą dla tego cierpienia i doświadczenia traumy. Może się więc okazać, że pewnym osobom nie da się pomóc.
To brzmi jak dożywocie. Odbiera nadzieję.
Na starcie jest zawsze nadzieja i szukanie odpowiednich metod i sposobów, żeby takiej osobie pomóc. Ale doświadczenie pokazuje, że jest grupa ludzi, którym się pomóc nie da. Nawet jeśli one bardzo tej pomocy oczekują.
Mówi pani, że osobom, które wyszły z uzależnienia, trzeba pokazać pewne mechanizmy radzenia sobie, czyli zabrać im ten stołeczek, na którym one się opierają.
Nie wiem, czy zabrać. Raczej dać im inny. Ale na pewno najpierw jest dekonstrukcja, a potem rekonstrukcja.
Wielkie zadanie do wykonania.
Jeżeli podejmujemy decyzję o jakiejś zmianie w naszym życiu i zaczynamy się w jakiś sposób sobą zajmować, to jest to wielkie zadanie – nie tylko dla osoby uzależnionej, ale w ogóle, dla człowieka.
Ktoś, kto się na to decyduje, musi się liczyć z tym, że to kawał ciężkiej pracy?
Tak, ale też może mieć nadzieję, że to przyniesie gratyfikację w jego życiu.
Że jego życie będzie lepsze? Bardziej wartościowe?
Nie wiem, czy akurat wartościowe, bo dla każdego co innego może być wartościowe, ale że dla niego samego będzie ono bardziej satysfakcjonujące, spokojniejsze, niekoniecznie bez cierpień, ale z większą akceptacją, czasem z większym doznawaniem szczęścia i radości, a czasem z łatwiejszym przyjmowaniem tego, co jest.
Oceń