– Siostro, przepraszam, mam pytanie! – zaczepił mnie jakiś miły pan spotkany w atrium u krakowskich dominikanów. Myślałam, że chodzi o godziny mszy albo dyżury w konfesjonale, bo często jest tak, że kiedy ludzie widzą osobę w habicie, myślą, że jest ona chodzącą bazą wszelkich kościelnych danych. Zdarzało się nawet, że ktoś mnie pytał o spowiedź. I oczekiwał, że to ja będę tą – mówiąc dzisiejszym językiem – osobą spowiadającą…
– Słucham – zatrzymałam się niezbyt chętnie, bo śpieszyłam się do kapitularza na próbę kolędowania.
– Dlaczego Jezus krwawi?
Zbaraniałam.
– Nie rozumiem…
– O, tu!
Mój wzrok powędrował za jego wyciągniętym palcem. Na ścianie wisiał duży krucyfiks. Z dłoni, boku i stóp Jezusa ciekła czerwona farba. Jak na większości krucyfiksów świata. Popatrzyłam na mojego rozmówcę, próbując ocenić sytuację. Chory psychicznie? Z niepełnosprawnością intelektualną? Wkręca mnie? Założył się z kolegami, że zaczepi zakonnicę i zada jej możliwie najgłupsze pytanie? A może muzułmanin? Co z tym zrobić: podjąć grę, spokojnie mu wytłumaczyć, spławić, popukać się w czoło czy uciekać?
– Mój syn mnie zapytał. I pomyślałem, że siostra mu to profesjonalnie wytłumaczy.
Dopiero teraz zauważyłam, że mężczyźnie towarzyszył chłopiec, na oko sze
Oceń