Bajka o darach zwyczajowo przyjętych

Bajka o darach zwyczajowo przyjętych

W przyjętej przez XIV Okręgowy Zjazd Lekarzy w Poznaniu Karcie Praw Lekarza znalazł się zapis: „Po wykonaniu usługi zdrowotnej lekarz może otrzymać jako wyraz wdzięczności dar, którego wartość i forma są zwyczajowo przyjęte”.

Według obowiązującego w Polsce kodeksu karnego każdemu, kto wręcza łapówki, grozi kara do ośmiu lat więzienia. Z powodu tego zapisu codziennie setki osób, chcąc nie chcąc, wchodzą w konflikt z prawem. Wielu z nich nie ma innego wyjścia i robi to po to, żeby przeżyć.

Za zgromadzone, często z wielkim trudem, pieniądze chorzy kupują szansę na wyleczenie. Kupują zgodę na przeprowadzenie koniecznej operacji, przyjęcie na oddział specjalistycznej kliniki.

Nie przypadkiem najbardziej działająca na wyobraźnię i najbardziej odrażająca ilustracja korupcji to lekarz uzależniający pomoc choremu od łapówki. O ile policjant łapówkarz i mający lepkie rączki urzędas budzą czasem śmiech i politowanie, o tyle skorumpowany lekarz wywołuje oburzenie. Oburzenie podszyte lękiem. Raczej nie opowiada się dowcipów o biorących łapówki lekarzach.

Pomimo składanej przez absolwentów akademii medycznych przysięgi Hipokratesa, mimo wysiłków autorów reformy zdrowia i konstytucyjnych zapisów, płacona lekarzowi łapówka staje się w Polsce dodatkowym podatkiem, którego wysokość w arbitralny sposób ustalana jest przez nieuczciwego medyka.

Oczywiście nie wszyscy lekarze leczenie pacjentów uzależniają od tego, czy dostaną wystarczająco wypchaną pieniędzmi kopertę, ale niestety, takie sytuacje zdarzają się coraz częściej. Postępowanie skorumpowanych lekarzy tak bardzo zakorzeniło się w naszej świadomości, że dochodzi do takich absurdów, iż niektórzy pacjenci odmowę przyjęcia łapówki uznają za sytuację nienormalną, której należy się obawiać: „nie chciał wziąć, bo jestem tak chory, że nie można mi już pomóc”. Klinika, w której nic się od pacjentów „nie bierze”, budzi zdziwienie. Normalność staje się sensacją.

Na szczęście coraz więcej zdesperowanych pacjentów decyduje się zeznawać przeciwko skorumpowanym przedstawicielom służby zdrowia. Robią to, zdając sobie sprawę z faktu, że składając takie zeznania, oskarżają również samych siebie.

Nie robili nic niezwykłego

Właśnie dzięki takim zeznaniom w połowie stycznia do powiatowego szpitala w Rawie Mazowieckiej wkroczyli policjanci, aby aresztować dwóch ordynatorów oskarżanych o to, że od wysokości otrzymywanych łapówek uzależniali leczenie chorych. Policję powiadomił rolnik, którego żona zapłaciła obu ordynatorom 1500 złotych. Rolnik trafił do szpitala w bardzo ciężkim stanie w grudniu ubiegłego roku. W czasie, gdy ciął drewno, elektryczna piła zraniła go w klatkę piersiową.

Sprawa aresztowania ordynatorów trafiła nawet do TVN–owskich „Faktów”. Kamera pokazała ubogie zabudowania i opatuloną w chustkę starszą kobiecinę. Dla prostej, biednej kobiety wypadek męża był wielką tragedią, a jego pobyt w szpitalu okazał się ogromnym stresem.

Jej mąż trafił na oddział chirurgiczny. Miał poważnie uszkodzone płuco i wątrobę. Kobieta skarżyła się, że ilekroć próbowała dowiedzieć się o stan zdrowia swojego męża, ordynator nie chciał z nią rozmawiać, zbywał ją. Sytuacja zmieniła się, dopiero gdy kobiecina zaniosła ordynatorowi pięćset złotych. Nie wiadomo, jaką wartość mogły te pieniądze mieć dla ordynatora. Dla kobiety była to kwota ogromna, uzbierała ją po tym, jak od młodych lekarzy dowiedziała się, że stan męża jest bardzo ciężki i chory powinien być operowany.

Po otrzymaniu łapówki ordynator łaskawie udzielił jej pełnej informacji o zdrowiu męża, a następnie szczerze przyznał, że nie jest w stanie w miejscowym szpitalu przeprowadzić operacji. Jednocześnie zaproponował, że za stosowną opłatą załatwi przeniesienie. Kobieta uzbierała tysiąc złotych i wręczyła lekarzowi. Dzięki temu jej mąż niebawem został zoperowany. Przeżył. Gdy wrócił do domu, dowiedział się od żony o łapówce. Postanowił zeznawać.

Prasa pisała potem, że w dniu aresztowania jeden z ordynatorów na widok policjantów nagle zaniemógł. Mówił, że jest chory na serce i musi natychmiast trafić na oddział intensywnej terapii. Najsmutniejszy jednak był komentarz relacjonującej całe zajście telewizyjnej dziennikarki, która stwierdziła, że lekarze w szpitalu zdziwili się, że ordynatorzy zostali zatrzymani, gdyż „nie robili nic niezwykłego”.

Zatrzymani w połowie stycznia lekarze dzień później zostali wypuszczeni za kaucją. Zapłacili po dziesięć tysięcy złotych i prokurator zastosował wobec nich dozór policyjny. Obaj nadal pracują w szpitalu na swoich stanowiskach. Jeżeli zarzuty się potwierdzą, grozi im od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. Pomimo że policja, zatrzymując ordynatorów, nie opierała się tylko na zeznaniach jednej kobiety i pomimo że ordynatorzy brali łapówki również od innych pacjentów, oburzeni lekarze napisali list protestacyjny, w którym skarżą się na sposób, w jaki działała policja. Zastępca dyrektora szpitala powiedział mi, że zachowanie policji w trakcie zatrzymania było nieadekwatne do zarzutów. Na pytanie, czy branie łapówek od pacjentów to błahy zarzut, odpowiedział: — To tylko pomówienie.

Łóżko ma cztery nogi

Rzeczywiście udowodnienie korupcji lekarzowi jest niezwykle trudne, ale nie niemożliwe.

Na początku lutego we Włocławku zapadł wyrok kończący proces byłego ordynatora oddziału urologii tamtejszego szpitala. Kiedy czyta się zeznania świadków, pacjentów pana ordynatora, na plecach cierpnie skóra. Nic dziwnego, doktor S. (pod takim sądowym pseudonimem występował w czasie procesu pan ordynator) jest przykładem najgorszego rodzaju lekarzy, łapówkarzy. W Polsce ordynator jedynego w okolicy specjalistycznego oddziału jest panem i władcą. Udzielnym księciem, lokalnym satrapą, który decyduje o życiu i śmierci zwracających się do niego o pomoc. Skomplikowane operacje wykonuje się tylko w dużych szpitalach. Jeżeli ordynator oddziału takiego szpitala odmówi przyjęcia chorego, praktycznie wydaje na niego wyrok. Zwłaszcza gdy pacjent jest biedny i pochodzi z głębokiej prowincji.

We Włocławku na łapówkę nie było stać pana Romana Maćkiewicza. Na oddział doktora Marka S. trafił z niesamowitym bólem, po kilku dniach został wypisany. Niedługo potem sytuacja się powtórzyła. Chory trzy razy trafiał na urologię i trzy razy był wypisywany. Każdemu powrotowi na szpitalny oddział towarzyszył ogromny ból. Nic dziwnego — jak się potem okazało, pan Roman cierpiał na zapalenie jąder. Chory zeznawał, że wiedział, iż do doktora S. „trzeba iść z portfelem”. Niestety, nie miał co do tego portfela włożyć. Nie miał pracy i utrzymywał się z zasiłku. Skutek był taki, że pomimo iż czuł się coraz gorzej, ordynator nie rozmawiał z nim na temat jego stanu zdrowia. Operację usunięcia chorego jądra wykonano w innym szpitalu. Prokurator badający przypadek pana Romana oskarżył ordynatora o doprowadzenie chorego do trwałego kalectwa.

Doktorowi S. można wiele zarzucić, ale nie można mu odmówić pomysłowości. Potrafił w niebanalny sposób zwrócić uwagę chorego na wielkość oczekiwanej łapówki. Jednemu z zeznających w czasie procesu pacjentów oznajmił: „Wie pan, są kłopoty. Łóżko ma cztery nogi. Cztery razy cztery to szesnaście”. W ten uroczy sposób dał do zrozumienia panu Edwardowi Bagińskiemu, choremu, który zgłosił się do szpitala z kolką nerkową, że interesuje go szesnaście milionów starych złotych. W czasie pierwszej rozmowy doktor S. był mniej subtelny. Obejrzał wyniki badań i stwierdził: „Zostały panu dwa miesiące życia, a ja pana mogę przyjąć za cztery”. W ten sposób jednoznacznie zasugerował pacjentowi konieczność zapłacenia łapówki. Sumę tysiąca sześciuset złotych doktor S. zaproponował pacjentowi po tym, jak dokładnie wypytał go o stan jego majątku: to znaczy, gdy dowiedział się, że posiada on własny sklep i dużą gospodarkę.

Pan Edward doktorowi S. wręczył tylko sto złotych zaliczki, po czym pojechał Poznania, leczyć się u „słynnego profesora”. Niestety, nie każdego stać na prywatne wizyty w drugim końcu Polski.

Pacjenci skazani na rejonizację zdani są na łaskę lokalnego satrapy łapówkarza. Tak jak kolejny świadek w procesie, pan Zdzisław, który od włocławskiego ordynatora usłyszał: „Zabieg u pana jest konieczny, tylko za zabieg trzeba zapłacić”. Pan F. nie zapłacił, bo nie miał z czego. Ordynator chciał osiemset złotych, pacjent miał miesięcznie około czterystu złotych emerytury. Skutek był taki, że „koniecznego” zabiegu nie było, a pana F. wypisano ze szpitala.

Marek S., były ordynator włocławskiej urologii, został skazany na trzy i pół roku więzienia. Jeśli wyrok się uprawomocni, lekarz pójdzie siedzieć, dodatkowo przez osiem lat nie będzie mógł pracować na kierowniczym stanowisku i zapłaci 25 tysięcy złotych grzywny.

Można się zastanawiać, czy to wystarczająca kara dla kogoś, o kim świadkowie zeznali, że któregoś dnia, w czasie obchodu, wszedł na salę, na której leżała chora kobieta pochodząca z biednej rodziny. Z rodziny tak biednej, że nie było jej stać na zapłacenie łapówki. Wszedł i, wskazując na kobietę, publicznie, tak że słyszeli to inni pacjenci, spytał się otaczających go lekarzy: „A to co jeszcze tu robi?”.

Szczęśliwa koperta

Są tacy, którzy twierdzą, że takich przypadków nie powinno się uogólniać, że to jakieś jednostkowe wypaczenie. Niestety, za każdym razem, gdy na antenie mojego radia pojawia się temat lekarzy łapowników, dzwonią ludzie, którzy skarżą się, że musieli płacić za to, że pozwolono im skorzystać z tego, co im się prawnie należy. Dzwonią do TOK FM, bo tu mogą mówić, pozostając anonimowi. I raczej nie robią tego z zawiści, ale z żalu. To bardzo smutne telefony.

Rzeczywistość rodzi legendy. Faktycznie o lekarzach uzależniających ratowanie ludzkiego życia od wielkości oferowanej łapówki raczej nie opowiada się dowcipów, ale są oni bohaterami opowiadań, które przypominają dawne ludowe przypowieści. Przypominają, bo spełniają podobną rolę: są odbiciem rzeczywistości, ujmują się za biednym człowiekiem i ukazują ukarane zło.

Jedną z takich historii usłyszałem na początku swojej pracy w TOK FM. Główną bohaterką jest kobieta, młoda matka, której mąż cierpi na straszną chorobę. Chorobę, którą można wyleczyć, przeprowadzając skomplikowaną operację. Jednak lekarz, który może taką operację przeprowadzić, jest łapówkarzem. Kiedy kobieta dowiaduje się o tym, postanawia zebrać potrzebne pieniądze. Nie jest to łatwe, kobieta i jej mąż są ludźmi wykształconymi i uczciwymi, ale biednymi. Ona na razie nie pracuje, zajmuje się wychowaniem dziecka. Jedynym żywicielem rodziny jest chory mąż, który pracuje w szkole, zarabiając marne grosze. Na szczęście z pomocą rodziny i przyjaciół udaje się zebrać pieniądze. Kobieta wsuwa do koperty sumę dla niej niewyobrażalną i idzie do szpitala. Chirurg łapownik z uśmiechem przyjmuje kopertę. Jest bardzo miły. Wyznacza termin zabiegu. Niemożliwe staje się nagle możliwe — zabieg można wykonać następnego dnia! Niestety, kiedy kobieta ma już wychodzić, lekarz odruchowo sprawdza zawartość koperty. Zagląda do środka i zirytowany oznajmia młodej mężatce, że „urządza sobie z niego kpiny”. Wrzuca kopertę do szuflady pełnej łapówek i oznajmia dziewczynie, że jeśli chce uratować męża, musi przynieść co najmniej dwa razy tyle. Kobieta zaczyna płakać, przez łzy wyjaśnia lekarzowi, że nie jest w stanie uzbierać tyle pieniędzy. Zdenerwowany lekarz sięga do szuflady, rzuca kopertę na biurko i każe się jej wynosić. Wydaje się, że nie ma już żadnych szans na przeprowadzenie operacji ratującej życie męża i ojca rodziny.

Dopiero kiedy po powrocie do domu zapłakana kobieta wyjmuje pieniądze, ze zdumieniem stwierdza, że lekarz pomylił się i oddał jej inną kopertę! Kopertę, w której znajduje się znacznie większa łapówka! Suma pieniędzy trzykrotnie przewyższa tę, którą zebrała żona chorego mężczyzny.

Tak to zło uosobione przez lekarza łapówkarza zostało ukarane, a dobro wynagrodzone, bo dzięki pieniądzom z pomylonej koperty kobieta mogła zapłacić łapówkę w innym szpitalu. Operacja się odbyła i jej mąż został uratowany. Jednym zdaniem: wszystko dobrze się skończyło, dokładnie tak jak w bajkach być powinno.

Uchwała

W zeszłym roku głośno było o Szpitalu Wojewódzkim w Zielonej Górze. Lekarze wywiesili tam informację: „Na tym oddziale personel nie przyjmuje od pacjentów pieniędzy ani prezentów”. Akcja nie zachwyciła środowiska lekarskiego, przez prasę przetoczyła fala krytycznych wypowiedzi: „To tak jak gdyby człowiek nosił tabliczkę: »Ja nie kradnę samochodów«. Uczciwego postępowania nie można wykorzystywać jako formy autoreklamy” — twierdził wtedy dr med. Jerzy Umiastowski, lekarz jednego z gdyńskich szpitali.

Oczywiście nikt nie może zabronić pacjentom wręczania lekarzom dowodów wdzięczności, tak jak nikt nie może zakazać lekarzom przyjmowania kwiatów, czekoladek czy butelki niezłego alkoholu. Zresztą nawet w przyjętej przez XIV Okręgowy Zjazd Lekarzy w Poznaniu Karcie Praw Lekarza znalazł się zapis: „Po wykonaniu usługi zdrowotnej lekarz może otrzymać jako wyraz wdzięczności dar, którego wartość i forma są zwyczajowo przyjęte”.

Wręczona po zabiegu bombonierka, koniak czy nawet koperta nie stanowią istoty problemu. Patologia zaczyna się wtedy, gdy „dowód wdzięczności” staje się obowiązkowym haraczem, od którego zapłacenia uzależnia się: przyjęcie do szpitala, rozpoczęcie leczenia czy wykonanie zabiegu.

Przewodniczący Komisji Etyki Lekarskiej, doktor Jerzy Umiastowski, przyznał, że takie zjawisko istnieje, ale jego zdaniem dotyczy niewielkiego procentu lekarzy. Jest marginalne, ale psuje opinię całemu środowisku. Zapytany, dlaczego takie sytuacje się zdarzają, odpowiada: „To patologia moralna, spowodowana wadami charakteru i skandalicznie niskimi płacami”.

Artykuł 68 kodeksu etyki lekarskiej mówi wyraźnie: „Jeżeli z zatrudnienia lekarza wynika, że winien on spełniać swe obowiązki wobec powierzonych jego opiece chorych bez świadczeń finansowych z ich strony, to nie może żądać od tych chorych wynagrodzenia w jakiejkolwiek formie ani też uzależniać leczenia od uzyskania materialnych korzyści”.

Lekarze, którzy nie biorą łapówek, nie lubią o tym rozmawiać. Gdy zapytałem lekarza jednego z wrocławskich szpitali, doktora Wojciecha Firkowskiego, dlaczego nigdy nie wziął łapówki, odpowiedział: — Trudno mi powiedzieć, uważałem, że to jest niewłaściwe. Po prostu.

Bajka o darach zwyczajowo przyjętych
Adam Michalski

urodzony w 1970 r. – absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego, dziennikarz Radia TOK FM. Mieszka w Warszawie....