Chwała Chrystusa

Zmartwychwstanie to nie tylko życie po śmierci. Jest to najpierw życie, które wyrasta z bierności i uległości Jezusa, z Jego czekania. Historia cierpienia Jezusa pokazuje, że zmartwychwstanie jest przedarciem się przez bierność. Do Ogrójca przychodzi tłum prowadzony przez Judasza:

A Jezus (…) wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: „Kogo szukacie?”. Odpowiedzieli Mu: „Jezusa z Nazaretu”. Rzekł do nich Jezus: „Ja jestem”. (…) Skoro więc rzekł do nich: „Ja jestem”, cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: „Kogo szukacie?”. Oni zaś powiedzieli: „Jezusa z Nazaretu”. Jezus odrzekł: „Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść”

J 18,4–8

Kiedy Jezus został skazany na bierność, objawił swoją chwałę: „Kogo szukacie? Ja jestem”. Słowa te są odbiciem całej drogi, nawiązują do Mojżesza i krzewu gorejącego: „Jestem Bogiem. Jestem, który jestem” (Wj 3,1–6). W Ogrójcu chwała Boga objawia się sama, a oni padają twarzą na ziemię. Wtedy Jezus zostaje wydany. Jednak już w tym wydaniu widzimy chwałę Boga. Ujawnia się ona zarówno w bierności, jak i w zmartwychwstaniu Jezusa.

„A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni — mówi Jezus — tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 3,14–15). Zostaje wywyższony jako bierna ofiara, zatem Krzyż jest znakiem zniszczenia. I jest wywyższony w chwale, Krzyż staje się jednocześnie znakiem nadziei. Nagle uświadamiamy sobie, że chwała Boga, Jego boskość, wypływają z bierności Jezusa wtedy, gdy zostaje złożony w ofierze. Nowe życie staje się widzialne nie tylko w zmartwychwstaniu, ale już w uległości, w „byciu wydanym”. Dlaczego? Ponieważ Boża miłość promieniuje w pełni właśnie w bierności. Jest to przede wszystkim miłość czekająca, miłość, która nie szuka władzy.

Jeśli w pełni zrozumiemy swoją sytuację, odnajdziemy życie, z którego istnienia nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Ja i mój chory przyjaciel ciągle rozmawialiśmy o tym problemie. Czy w swej pasywności potrafi on poczuć nowe życie? Czy w tym, jak zajmuje się nim personel szpitala, potrafi dostrzec, że jest przygotowywany do głębszej miłości? Miłość kryła się w całym jego działaniu, ale on nie czuł jej w pełni. Dopiero wspólnie zaczęliśmy zauważać, że zmartwychwstanie możemy przeżywać już w swym cierpieniu i bierności, w czekaniu.

Powołanie do bierności

Przyjrzyjmy się światu. Nad którą jego częścią tak naprawdę sprawujemy kontrolę? Czyż nasze życie nie składa się głównie z bierności? Oczywiście, jesteśmy aktywni, ale zakres, w którym działamy, jest o wiele mniejszy od tego, w którym podlegamy działaniu innych ludzi, wypadków, naszej kultury i wielu czynników znajdujących się poza naszym wpływem. Stanie się to szczególnie wyraźne, kiedy zauważymy, jak wielu ludzi jest upośledzonych, przewlekle chorych, starzejących się czy ograniczonych ekonomicznie.

Wydaje się, że w naszym społeczeństwie jest coraz więcej ludzi mających coraz mniejszy wpływ na decyzje dotyczące ich własnego życia. Dlatego tak ważne jest, by rozpoznać, że większa część naszej egzystencji oznacza czekanie i poddawanie się działaniu. Życie Jezusa świadczy o tym, że brak kontroli należy do kondycji człowieka. Jego powołanie spełniło się nie tylko w Jego działaniu, ale także w bierności, w czekaniu.

Musimy sobie uświadomić, jak ważna jest ta nowina dla ludzi naszego świata. Jeśli to prawda, że Bóg w Jezusie Chrystusie czeka na reakcję człowieka na Boską miłość, otwiera się przed nami nowa perspektywa na to, jak czekać w życiu. Możemy nauczyć się bycia posłusznym ludem, który nie próbuje wycofywać się w działanie, ale rozpoznaje najgłębsze spełnienie człowieczeństwa w bierności, w czekaniu. Jestem przekonany, że jeśli nam się to uda, ujrzymy chwałę Boga i nasze nowe życie. Wtedy nasza służba będzie polegała na tym, że pomożemy innym dostrzegać chwałę nie tylko w tym, co aktywnie robią, ale także w tym, co się z nimi dzieje. Duchowość czekania nie jest tylko naszym czekaniem na Boga. Jest także uczestnictwem w czekaniu Boga na nas i w ten sposób dzieleniem najgłębszej, czystej miłości, jaką jest miłość Boża.

Fizyczne zmartwychwstanie Chrystusa

Dzisiaj otrzymałem od Boba Hellera, mojego wydawcy z Doubleday, nową książkę Jamesa Bentleya Secrets of Mount Sinai (Sekrety góry Synaj). Zacząłem czytać i wkrótce tak mnie zafascynowała, że nie mogłem się od niej oderwać. Opowiada o szokującej i bardzo odkrywczej historii Constantina von Tischendorfa, niemieckiego protestanta, który naukowo badał Pismo Święte. Znalazł on i wydał w formie faksymile Codex Sinaiticus (Kodeks Synajski), jeden z najstarszych tekstów biblijnych na świecie. Całość czyta się niczym powieść sensacyjną. Widzimy jak geniusz, religijne uprzedzenia, rywalizacja, ambicja, manipulacja, oszustwo i olbrzymia dawka europejskiej arogancji przyczyniają się do sprowadzenia tego najcenniejszego manuskryptu z klasztoru świętej Katarzyny na górze Synaj do Rosji, a stamtąd do British Museum. Energia, siła woli oraz żądza naukowej sławy, które kierowały pracą osiemnastowiecznych biblistów, były zdumiewające. Najbardziej zadziwiająca była jednak ich pogarda dla mnichów, którzy przez wieki strzegli interesującego ich manuskryptu.

Tischendorf ocenił i potępił swych gospodarzy z góry Synaj umysłem niemieckiego uczonego. On, a także wielu wcześniejszych protestanckich gości klasztoru świętej Katarzyny nigdy nie próbowało wejść w tradycję kontemplacyjną, której byli świadkami. Bentley pisze: „Wyższość własnej religii brali za oczywistość”. Ten cynizm kazał Tischendorfowi i innym uznać, że mnisi nie byli godni, by posiadać manuskrypty. Stanowiło to dla uczonych wymówkę do posłużenia się najbardziej niskimi metodami, by je zdobyć i wywieźć na „oświecony Zachód”.

Najgłębsza podstawa dla świętości ludzkiego ciała

Książka Bentleya na temat sekretów góry Synaj kończy się zaprzeczeniem fizycznego zmartwychwstania Jezusa. Uważa on, że obrońcy fizycznego zmartwychwstania skutecznie wyparli alternatywny pogląd o bardziej „duchowym” pojmowaniu zmartwychwstania. Jeśli chodzi o powszechne zmartwychwstanie umarłych, cytuje List do Reginosa, ostatnio odkryty tekst z Nag Hammadi, którego autor, jak pisze Bentley, „zakłada, że nie ma fizycznego zmartwychwstania ciała. Ludzki rozum, czy nous, może łatwiej uciec z tego świata i ciała w pierwotne ogołocenie. W tym właśnie chrześcijanie naśladują drogę Jezusa”.

Bentley uważa także, iż pojęcie zmartwychwstania Jezusa według świętego Bazylego, świętego Grzegorza z Nyssy, świętego Maksyma Wyznawcy i świętego Jana Klimaka „jest o wiele bardziej duchowe niż pojęcie zmartwychwstałego ciała, którym jak wielu błędnie zakłada, kończy się Ewangelia św. Marka”. Bentley zgadza się ze swym anglikańskim kolegą, pastorem Donem Cupittem, że wiara apostołów, iż Jezus nadal żyje, nie była oparta na „spotkaniach z fizycznie zmartwychwstałym Panem”, ale „wynikała z głębokiej refleksji teologicznej i osobistej nad tym, co zrobił, kiedy chodził po tej ziemi”, przed ukrzyżowaniem.

Czytając to, stwierdzam, że moje myślenie o zmartwychwstaniu jest zupełnie inne. Akceptacja cielesnego zmartwychwstania Jezusa jest najważniejsza. Skoro zmartwychwstanie było tylko wydarzeniem duchowym, jak to widzą autorzy gnostyccy, dlaczego zatem kobiety znalazły pusty grób? Było jasne, że Jego ciała tam już nie ma. Nawet Marek chce to powiedzieć. To, że Jezus powstał w swym ciele, podkreślają także pozostali ewangeliści. Chodził, pił i można Go było dotknąć. Podkreślali jednak także, iż miał nie tylko ciało zmartwychwstałe, ale ciało niepodlegające już ludzkim ograniczeniom czasu i przestrzeni. Było ono naznaczone znakami poprzedniego życia — miało rany — ale także było inne od ciała i kości, które zostały przybite do krzyża. Było to Jego ciało, ale przestało podlegać zwykłym prawom natury.

Można tu mówić o ciele duchowym, aby wskazać zarówno na ciągłość, jak i różnicę w stosunku do ciała wędrownego kaznodziei z Nazaretu. Jednak twierdzenie, że historie o ukazaniu się Jezusa przed uczniami zostały napisane tylko po to, by zaspokoić ludzką słabość, która domaga się „dowodu”, stoi w drastycznej sprzeczności wobec wszystkiego, co głoszą Ewangelie Mateusza, Łukasza i Jana.

Dlaczego to wszystko jest takie ważne? Jednym z powodów jest to, że zmartwychwstanie cielesne Chrystusa stanowi podstawę chrześcijańskiego podejścia do ciała człowieka. Gdyby ciało było tylko więzieniem, z którego musimy się uwolnić, to w trosce o głodnych, chorych, umierających, więźniów i uciekinierów nie można już upatrywać troski o ciało, które jest powołane do uczestnictwa w chwale Boga.

Cielesne zmartwychwstanie Jezusa jest najgłębszą podstawą uświęcenia wszystkich ludzkich ciał i najsilniejszym argumentem za poszanowaniem wszelkich form życia. Dla Jeana Vaniera z Arki cielesne zmartwychwstanie Jezusa jest najcenniejszą prawdą chrześcijańską. Rozumiem dlaczego. Codzienny fizyczny kontakt z ciężko upośledzonymi ludźmi stawia go wobec tajemnicy ludzkiego ciała. Ich często zniekształcone ciała nie są tylko czasowym mieszkaniem dla ich wiecznego ducha, ale świętą ziemią dla zmartwychwstałego życia. Skoro wiemy, że ciała ciężko upośledzonych, podobnie jak nasze, są przeznaczone do uczestnictwa w zmartwychwstaniu Jezusa, ich mycie, ubieranie, karmienie i wspieranie staje się świętym powołaniem.

Nie sugeruję, że bez wiary w cielesne zmartwychwstanie Jezusa nie można właściwie się zatroszczyć o ciało człowieka, ale uważam, że nadaje ona tej opiece najświętszy sens.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Fragment z antologii tekstów H. Nouwena, Ziarna nadziei, opracowanej przez trapistę Roberta Durbacka, Doubleday 1997, która ukaże się nakładem wydawnictwa „Zysk i S–ka”. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Chwała Chrystusa
Henri J. M. Nouwen

(ur. 24 stycznia 1932 r. w Nijkerk, Holandia – zm. 21 września 1996 r. w Hilversum, Holandia) – holenderski ksiądz katolicki, autor ponad 40 książek z zakresu duchowości, wysoko cenionych przez katolików i protestantów. O...