Świętość, człowieczeństwo i modlitwa

Świętość, człowieczeństwo i modlitwa

Modlenie się nie jest łatwą rzeczą. Wymaga wyrażenia zgody na to, by Drugi wkroczył do samego środka twojej osoby. Może pozwoliłbyś nawet komuś przekroczyć próg, by coś powiedział, czegoś dotknął, jednak zgodzić się, by ktoś wszedł do miejsca, gdzie twoje życie nabiera swego kształtu, to bardzo niebezpieczne i wymaga obrony.

Obrona przed telewizją

Czytam fascynujący rozdział z książki Jerry’ego Mandera Cztery argumenty za wyeliminowaniem telewzji. Jego idea jest następująca: „Ewoluujemy w kierunku obrazów, które nosimy w swoim umyśle. Stajemy się tym, na co patrzymy. We współczesnej Ameryce większość tego, co oglądamy, to piekło nadmiaru telewizji”.

Słyszałem opowieści o weteranach Wietnamu, którzy podczas pierwszej prawdziwej bitwy myśleli, że to kolejny film wojenny, i byli wstrząśnięci, kiedy ci, których zabijali, nie wstawali i nie odchodzili. Czytałem, że Vincent van Gogh widział rzeczywistość jako imitację obrazów, które oglądał w muzeum. Zauważyłem, że dzieci często są bardziej podekscytowane powtarzanymi w telewizji reklamami niż filmem, w trakcie którego się je puszcza. Nigdy jednak w pełni nie zdawałem sobie sprawy z olbrzymiego wpływu sztucznych obrazów narzucanych moim myślom, uczuciom i działaniom. Jeśli to prawda, że obraz, jaki nosimy w umyśle, może wpływać na nasze fizyczne, psychiczne i emocjonalne życie, wtedy istotną kwestią staje się to, na jakie obrazy wystawiamy się albo pozwalamy się wystawiać.

Wszystko to jest dla mnie ważne, ponieważ ma głębokie duchowe implikacje. Również modlitwa ma wiele wspólnego z przywoływaniem obrazów. Kiedy stawiam się w obecności Boga, wyobrażam Go sobie na różne sposoby: jako kochającego ojca, wspierającą siostrę, troskliwą matkę, surowego nauczyciela, sprawiedliwego sędziego, współwędrowca, bliskiego przyjaciela, łagodnego uzdrowiciela, silnego przywódcę, wymagającego mistrza. Każda z tych postaci ma jakiś obraz w moim umyśle, który wpływa nie tylko na to, o czym myślę, ale także na to, jak faktycznie doświadczam siebie. Uważam, że prawdziwa modlitwa wprowadza nas w to, co sobie wyobrażamy. Modlitwa do Boga prowadzi do tego, że stajemy się do Niego podobni.

Kiedy święty Ignacy proponuje, abyśmy używali wszystkich zmysłów w naszej medytacji, daje nam nie tylko technikę pomagającą się skoncentrować na tajemnicach Bożego objawienia. Chce, abyśmy wyobrazili sobie boską rzeczywistość najpełniej, jak to możliwe, abyśmy mogli powoli przez nią zostać przebóstwieni. Przebóstwienie jest w istocie celem każdej modlitwy i medytacji. To ono pozwala świętemu Pawłowi powiedzieć: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

Im bardziej popadniemy w zależność od obrazów oferowanych nam przez tych, którzy próbują nas rozpraszać, zabawiać, wykorzystywać do swoich celów i sprawiać, że godzimy się na żądania konsumpcyjnego społeczeństwa, tym łatwiej będzie nam utracić własną tożsamość. Narzucone obrazy faktycznie wprowadzają nas w świat, który reprezentują, świat nienawiści, przemocy, żądzy, chciwości, manipulacji i ucisku. Kiedy jednak uwierzymy, że zostaliśmy stworzeni na obraz Boży i dotrze do nas, że Chrystus przyszedł, by pozwolić nam to sobie wyobrazić, wtedy medytacja i modlitwa mogą nas doprowadzić do naszej prawdziwej tożsamości.

Łaska przy posiłku

Uświadomiłem sobie, jak trudno przeprowadzić prawdziwą duchową rozmowę. Zdumiewa mnie to, jak ludzie o głęboko religijnych przekonaniach potrafią rozmawiać przy stole na tematy życia Ducha. Co Jezus powiedział o stole? Wydaje się, że dla Jezusa posiłek był miejscem i czasem głoszenia dobrej nowiny. Dla mnie to prawdziwe wyzwanie. Zawsze uderza mnie, jak wdzięczni są ludzie za dobrą duchową konwersację, ale także to, jak trudno sprawić, by do takiego dialogu doszło. Większość rozmów to łańcuchy swobodnych skojarzeń, kiedy osoby zwyczajnie dryfują od jednego tematu do drugiego, kierując się jedynie tym, co przyjdzie im na myśl.

Wśród ludzi rośnie duchowy głód, jednak kościoły nie zawsze mogą być najlepszym miejscem do dawania im „solidnego posiłku”. Posiłek z przyjaciółmi, którzy rozwinęli sztukę duchowej komunikacji, może być o wiele owocniejszy. Jednak często wydaje się, że zatraciliśmy już tę sztukę.

Nowoczesny człowiek Zachodu

My, nowocześni ludzie Zachodu, jesteśmy tak zajęci sobą, tak trudzimy się nad kwestią, czy jesteśmy uczciwi wobec siebie, czy nie, że doświadczenie transcendencji staje się dla nas praktycznie niemożliwe. Nasz sposób myślenia zakłada rozmowy, dyskusje, analizowanie i krytykowanie, w którym jedna opinia zwraca uwagę na drugą. Wiara coraz częściej jest zastępowana nieskończoną listą koncepcji, opinii, wizji i idei, kręcących się w kółko jak papierowe łódki na morzu. Tak myśląc, nie dajemy prawie miejsca Duchowi, który mówi, ilekroć milczymy, i wchodzi, ilekroć robimy Mu w sobie wolne miejsce. Zamiast uwrażliwiać się na doświadczenie transcendentnego Boga, zabiegani wśród wielu spraw, zaczynamy szukać małych, ulotnych wrażeń wywołanych sztuczną stymulacją zmysłów.

Modlitwa w zapracowanym świecie

W społeczeństwie, które wydaje się wypełnione pilnymi potrzebami i nagłymi wypadkami, modlitwa jawi się jako nienaturalna forma zachowania. Nie uświadamiając sobie tego w pełni, zgadzamy się na ideę, że wykonywanie rzeczy jest ważniejsze od spotkania z Bogiem. Zaczynamy myśleć o modlitwie jako o czymś, co możemy odmówić, kiedy nie ma niczego pilniejszego do zrobienia. Mimo że werbalnie albo nawet myślowo moglibyśmy zgodzić się z kimś, kto podkreśla wagę modlitwy, jesteśmy dziećmi niecierpliwego świata do takiego stopnia, że nasze zachowanie często potwierdza pogląd, iż jest ona stratą czasu.

Tymczasem konieczne jest podejście do modlitwy jako do dyscypliny. Modlitwa wymaga skoncentrowanego wysiłku człowieka, ponieważ nie jest naszą naturalną reakcją na świat. Zostawieni na łasce własnych impulsów, zawsze będziemy chcieli zrobić przed nią jeszcze coś innego. Często to, co chcemy uczynić, zdaje się czymś niekwestionowanie dobrym — wyznaczenie programu edukacji religijnej, pomoc w jadłodajni dla ubogich, wysłuchanie problemów innych ludzi, odwiedzenie chorego, zaplanowanie liturgii, praca z więźniami czy chorymi psychicznie. Trudno wtedy sobie uświadomić, iż nawet te rzeczy można robić z niecierpliwości i mogą zatem być znakiem naszych potrzeb, a nie Bożego miłosierdzia.

Stąd modlitwa pod wieloma względami stanowi kryterium chrześcijańskiego życia. Wymaga, byśmy stanęli w Bożej obecności z otwartymi ramionami, nadzy i bezbronni, ogłaszając przed sobą i przed innymi, że bez Boga nie możemy niczego zrobić. Jest to trudne w klimacie, w którym dominuje rada „Staraj się, jak potrafisz, a Bóg uczyni resztę”. Kiedy życie podzielimy na nasze starania i Bożą resztę, zrobimy z modlitwy ostatnią deskę ratunku, do wykorzystania tylko wtedy, gdy wyczerpią się wszystkie nasze własne źródła. Wtedy nawet Pan stanie się ofiarą naszej niecierpliwości. Bycie uczniem Jezusa nie oznacza wykorzystywania Boga, kiedy sami już nie możemy funkcjonować. Przeciwnie, oznacza rozpoznanie, że nic nie możemy zrobić sami, ale Bóg potrafi uczynić wszystko przez nas. Jako uczniowie musimy szukać nie odrobiny, ale całej siły, nadziei, odwagi i zaufania w Bogu. Modlitwa musi być zatem naszą pierwszą troską.

Co to znaczy modlić się?

Modlenie się nie jest łatwą rzeczą. Wymaga wyrażenia zgody na to, by Drugi wkroczył do samego środka twojej osoby, by tam przemawiał, dotykał wrażliwego rdzenia twojej istoty i zobaczył w tobie to, co nieraz pragnąłbyś zostawić w ciemności. Czy chcesz naprawdę to zrobić? Może pozwoliłbyś nawet komuś przekroczyć próg, by coś powiedział, czegoś dotknął, jednak zgodzić się, by ktoś wszedł do miejsca, gdzie twoje życie nabiera swego kształtu, to bardzo niebezpieczne i wymaga obrony.

Opór przed modlitwą jest jak opór mocno zaciśniętych pięści. Obraz ten pokazuje napięcie, pragnienie silnego przywarcia do siebie, skąpstwo, które zdradza lęk. Przykładem takiej postawy jest historia pewnej starszej kobiety przyprowadzonej do ośrodka psychiatrycznego. Była gwałtowna, zrzucała wszystko, co wpadło jej w oko, i kaleczyła każdego tak, że lekarze musieli jej wszystko zabrać. W jednej zaciśniętej pięści trzymała małą monetę. Potrzeba było dwóch silnych mężczyzn, by otworzyli jej dłoń. Zachowywała się tak, jakby z tą monetą miała stracić całą siebie. Bała się, że gdy pozbawiają ją tej ostatniej własności, nie będzie miała już niczego i stanie się nikim.

Gdy jesteśmy zaproszeni do modlitwy, musimy otworzyć mocno zaciśnięte pięści i zrezygnować z ostatniej monety. Któż chciałby to zrobić? Początki są bolesne, ponieważ odkrywasz wtedy to, czego nie chcesz się pozbyć. Trzymasz mocno wszystko, co jest ci znane, nawet jeśli nie jesteś z tego dumny. Mówisz: „Taki jestem. Chciałbym być inny, ale nie mogę. Dlatego muszę to tak zostawić”. Mówisz tak, jakbyś już zrezygnował z wiary, że twoje życie może wyglądać inaczej, i oddalasz nadzieję na przemianę.

Nie masz śmiałości postawić znaku zapytania za kawałkiem własnego doświadczenia z jego wszystkimi przywiązaniami, dlatego zdajesz się na przeznaczenie i okoliczności. Czujesz, że to bezpieczniejsze — przywrzeć do smutnej przeszłości, zamiast uwierzyć w nową przyszłość. Zatem wkładasz sobie w dłonie małe, lepkie monety, których nie chcesz się wyrzec.

(…) Ogołocenie często jest rozumiane jako pozbycie się tego, co atrakcyjne. Może być jednak także pozbyciem się tego, co odpychające. Możesz być przywiązany do własnej nienawiści. Dopóki szukasz odpłaty, jesteś osadzony we własnej przeszłości. Czasami odczuwasz to tak, jakbyś tracił siebie razem ze swoją nienawiścią i chęcią zemsty — zatem stoisz z zaciśniętymi pięściami, zamknięty na innych, którzy chcą cię uzdrowić. (…)

Kiedy ośmielisz się oddalić jeden z wielu lęków, twoje ręce odprężą się i dłonie wyprostują w geście przyjmowania. Oczywiście musisz mieć cierpliwość, zanim ręce całkowicie się otworzą, a ich mięśnie rozluźnią. Tak naprawdę jednak nigdy w pełni nie osiągniesz takiej postawy, ponieważ za jedną pięścią kryje się druga i wydaje się, że proces ten nie ma końca. W twoim życiu było wiele wydarzeń tworzących te wszystkie pięści. (…) W każdej godzinie dnia czy nocy możesz znów zacisnąć je ze strachu.

Ktoś powie ci: „Musisz wybaczyć sobie”. Jednak to nie jest możliwe. Możliwe jest tylko otwarcie dłoni bez lęku, aby ktoś inny mógł zdmuchnąć twoje grzechy. Być może to nie są wcale lepkie monety, ale lekki kurz, który zmiecie delikatna bryza, zostawiając za sobą tylko łagodny uśmiech. Poczujesz wtedy odrobinę nowej wolności, a modlitwa stanie się radością, spontaniczną reakcją na świat i otaczających cię ludzi. Będzie przychodzić bez wysiłku, natchniona, żywa albo spokojna i cicha. Wtedy zaczniesz rozpoznawać to, co świąteczne, i to, co skromne, jako chwile modlitwy. Uwierzysz, że modlić się to żyć.

Fragment z antologii tekstów H. Nouwena, Ziarna nadziei, opracowanej przez trapistę Roberta Durbacka, Doubleday 1997, która ukaże się nakładem wydawnictwa „Zysk i S–ka”, w tłumaczeniu Justyny Grzegorczyk. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Świętość, człowieczeństwo i modlitwa
Henri J. M. Nouwen

(ur. 24 stycznia 1932 r. w Nijkerk, Holandia – zm. 21 września 1996 r. w Hilversum, Holandia) – holenderski ksiądz katolicki, autor ponad 40 książek z zakresu duchowości, wysoko cenionych przez katolików i protestantów. O...