Ordonka i Osiecka

Ordonka i Osiecka

Zarówno Hanna Ordonówna, jak i Agnieszka Osiecka były w pewien sposób symbolami swojej epoki. Ordonka to przede wszystkim beztroska radość II Rzeczypospolitej, w której przeżywaliśmy triumf z powodu tak niespodziewanie pomyślnego dla Polski zakończenia I wojny światowej i ze zwycięskiej wojny z czerwoną Rosją. Było to pierwsze wielkie polskie zwycięstwo od czasów bitwy pod Wiedniem. Czasy występującej w kabaretach, wodewilach, teatrzykach i operetkach Ordonki to trudne dla odbudowującego się państwa lata dwudzieste i szalone lata trzydzieste, znaczone wyraźną poprawą sytuacji gospodarczej po zakończeniu największego kryzysu gospodarczego. Jednak to także równie tragiczne, co niespodziewane, przerwanie niepodległości i straszny los całego jej pokolenia. Do dziś trwa spór wśród historyków, czy historia Europy, Niemiec i Polski mogła się potoczyć inaczej? Czy możliwe było powstrzymanie austriackiego szaleńca, który ogłosił się führerem narodu niemieckiego i przeznaczeniem Niemiec?

Sprawdzian wojenny

Torturowana przez hitlerowców w Warszawie, uwolniona dzięki interwencjom u włoskich arystokratów mających dostęp do samego duce, Hanna Ordonówna–Tyszkiewiczowa uciekła z okupowanej Polski do Wilna „podarowanego” przez Stalina formalnie jeszcze niepodległej, a faktycznie będącej już sowieckim protektoratem Litwie. Nie uniknęła jednak zsyłki, więzienia i wszystkiego, co towarzyszyło pobytowi polskich zesłańców na nieludzkiej ziemi. Tak pisze na ten temat Wojciech Orliński:

Przydzielono ją do tłuczenia kamieni na budowie drogi. Z więzienia wyciągnął ją pakt Sikorski — Majski, jednak Ordonka zamiast od razu uciekać z Rosji, gdzie pieprz rośnie — zajęła się działalnością społeczną wśród osieroconych polskich dzieci w ZSRR. Już wtedy chorowała na gruźlicę. Udało się jej jeszcze wydostać z ZSRR razem z armią Andersa, ale choroba przykuła ją do łóżka w Libanie. Pozostała w tym kraju na zawsze (W. Orliński, Ordonka, „Gazeta Wyborcza”, nr 272, z dn. 22 XI 2000 r.).

Jej przynajmniej udało się mimo wszystko wydostać ze Związku Sowieckiego — jeden z najbardziej znanych aktorów, grający role amantów w przedwojennych filmowych komediach, Eugeniusz Bodo, został zamęczony w sowieckim obozie koncentracyjnym. Niedawno mogliśmy oglądać, jak zawsze późno w nocy, bo jest to w III RP czas na tak zwane programy ambitne i historyczne, jego wstrząsające fotografie z tego okresu, najprawdopodobniej z ostatnich miesięcy życia, na których trudno w ogóle rozpoznać przedwojennego aktora. Wymęczona twarz i martwo patrzące oczy śmiertelnie zmęczonego, przerażonego człowieka. Jeszcze jedna nieosądzona komunistyczna zbrodnia.

Bohaterka towarzyskich skandali, licznych romansów, głośnego mezaliansu, żyjąca w luksusie, jaki dawała pozycja największej piosenkarki i artystki kabaretowej w wolnej Polsce, celująco zdała swój egzamin z miłości bliźniego i patriotyzmu w czasach niewoli i poniżenia. Była w niej wielka miłość do dzieci, widoczna na przykład w napisanym w Libanie wierszu poświęconym bitwie pod Monte Cassino, a opublikowanym w wychodzącej w Jerozolimie „Gazecie Polskiej”:

W noc zastukało do drzwi…
Dzieci zbudzono ze snu
Zaczęły płakać i wołać,
Że mamo — tatuś o tu
Przyszedł — widziałem — z aniołem!
Powiewa dumnie sztandar na górze Monte Cassino,
A co godzinę hejnał czas do wolności mierzy.
O sławie polskiego oręża —
Echa po świecie płyną —
Wieść o żołnierzu polskim,
Co ginąc, też zwycięży!

W tym roku minęło 50 lat od śmierci Hanki Ordonówny–Tyszkiewiczowej, a 10 lat od sprowadzenia jej prochów do kraju. Utrwalone na płytach piosenki, do których teksty pisali najwybitniejsi poeci Rzeczypospolitej, są dokumentem tamtej Polski, której Hitler i Stalin zadali ciężką klęskę. Jej konsekwencje ponosimy do dziś.

Jednym z najsmutniejszych, najtragiczniejszych obrazów jest dla mnie stary film dokumentalny pokazujący zachód słońca w czwartek, 31 sierpnia 1939 roku — koniec niepodległej Rzeczypospolitej. Wschód oznaczał już jedną z najczarniejszych najtragiczniejszych dat w naszej historii. To był już tamten wrzesień, przejmujący głos Prezydenta Ignacego Mościckiego stwierdzającego przed Bogiem i Historią napaść odwiecznego wroga na nasz kraj, wrzesień niezwykłego bohaterstwa zdradzonych przez zachodnich sojuszników żołnierzy, którzy nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, że Polska sama wojny z Hitlerem i Stalinem wygrać nie może. I chociaż rzecz jasna inaczej przeżywało się ten obraz w ponurych latach komunistycznej niewoli, a inaczej dziś, gdy mogę cieszyć się z tego, że żyję w wolnym, niepodległym, demokratycznym państwie, za co codziennie dziękuję Królowej Polski, to jednak świadomość, jak wiele straciliśmy tego dnia, pozostanie.

Z wdziękiem i lekkością

Gdy dla urodzonej w 1902 roku Ordonki już cień osiadał nad głową, Agnieszka Osiecka miała dopiero trzy lata, tamtego września nie mogła pamiętać:

Urodziłam się przed wojną, pod jesień.
Nie pamiętam, jak wyglądał wrzesień,
ojciec się trudnił, matka przy mężu,
bladzi i smutni — Hitler zwyciężył.

Wychowała się w Polsce Ludowej, ale bardzo trudno znaleźć w jej tekstach coś kompromitującego, coś takiego, co można by uznać za wysługiwanie się, czy chociażby tylko podlizywanie się komunistom. Generalnie była apolityczna. Sama to przyznawała w zapiskach, zgadzając się z zarzutem, że nie rozumiała działań opozycji demokratycznej lat siedemdziesiątych.

…Nie, nie jestem proszę pana, pijana,
ja tylko nie mam głowy… nie mam głowy do dat.
W październiku byłam jeszcze zielona,
no, w marcu — już matka i żona,
gdzieś tak w grudniu — wziął walizkę i bez słowa — śmieszny gest…
Czy wystarczy nam miesięcy w kalendarzu —
czy zakwitnie czereśniowy sad?
Nic to, nic to, z marzeniami nam do twarzy —
ja tylko nie mam szczęścia do dat.

W Peerelu, gdzie niemal wszystko było polityką, łączącą się z przemocą, kłamstwem, obłudą, nędzą i zniewoleniem, wyrazem sprzeciwu była każda prawda, dobro i piękno, każdy gest ludzkiej solidarności. Piosenki Agnieszki Osieckiej, z których bardzo wiele znam na pamięć i które towarzyszyły mi od matury, przez studia, walkę w konspiracji „Ruch”, w więzieniu i po wyjściu z więzienia, w „Solidarności”, stanie wojennym, nowym podziemiu i w wolnej Polsce, są właśnie przepełnione prawdą i pięknem. Mają niepowtarzalny wdzięk, lekkość, klasę, wolne są od dosłowności, brutalności i prostactwa.

Agnieszka Osiecka była, według mnie, fenomenem w naszej najnowszej historii, a jej piosenki pozwalały łatwiej przeżyć, przeczekać Polskę Ludową, dzięki niej czekanie na wyzwolenie było krótsze i przyjemniejsze. Posiadała niezwykłą łatwość przedstawiania w kilku zdaniach trafnego i pozostającego w pamięci opisu rzeczywistości. Szarość i brak perspektyw Peerelu wyraża, kultowa, jak się dziś mówi, piosenka Okularnicy:

Wymęczeni, wychudzeni, z dyplomami już w kieszeni,
odpływają pociągami, potem żenią się z żonami,
potem wiążą koniec z końcem, za te polskie dwa tysiące
itp., itd., itp., itd.

Z drugiej strony potrafiła także napisać:

Że w tym kraju przeżyłam te kilka podłych lat.
Nie, nie żałuję.
Że na koniec się dowiem: ot, tak się toczy świat.
Nie, nie żałuję.
Nie, ja nie żałuję.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, kraju mój.

W przeciwieństwie do mnie, w Polsce Ludowej nie przebywała na wewnętrznej emigracji. Dla mnie to była niewola, policja polityczna i cenzura, dla niej poezja, którą dostrzegała na każdym kroku.

Szukam miłości

Jej życie osobiste to pasmo mniej lub bardziej nieudanych romansów i małżeństw. Z pewnością nie jest w tej dziedzinie dobrym wzorem do naśladowania. Również macierzyństwo nie było jej najsilniejszą stroną. Dziś Agnieszka Osiecka stoi już przed innym Sądem, a Bóg, który jest miłością, potrafi, z całą pewnością lepiej niż my, ocenić jej postępowanie. Może w miłości, tak jak ją rozumiała i przeżywała, widziała szansę na ucieczkę od mało poetyckiej rzeczywistości? Na to wskazywałaby piosenka Jeżeli jest, pisana — tak jak niemal wszystkie — trochę do siebie samej i przeplatana wątkami autobiograficznymi:

Na krajów nędzę i smutek,
na okazałość państw,
policję, kłamstwo i nudę,
potęgę małych draństw.
Na nocny serca bój,
że człowiek żył jak pies
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli miłość jest…

4 lutego 1971 roku urodziła córkę. I od razu zaczęła pisać listy:

Będziesz się nazywała Agata. Ojciec zwyciężył. Jeszcze nie jestem do szpiku kości Człowiekiem–Który–Ma dziecko. Kładę się spać z obłędnymi matkowatymi myślami: na przykład, że u nas w domu nie jest dość biało, że dziecko się zabrudzi, zakurzy. Że w szpitalu jest najlepiej na świecie. List do córki: „Dzidziu! Nie kochaj się w łobuzach, jak ja”. Zawsze mi się podobał taki zbuntowany, cały „na nie” przyklejony do baru, jak niedopałek sporta (Zofia Turowska, Agnieszka, Warszawa 2000 r.).

Najwyraźniej nie potrafiła zbudować rodzinnego domu. Ten motyw wielokrotnie powracał w jej prowadzonym na bieżąco dzienniku, pojawiał się także w piosenkach:

a przecież można, jak w rodzinie,
czasami coś dobrego zjeść,
I można śmiać się i dzieci mieć,
i można piękniej kochać chcieć.

Porównywała swoje życie osobiste do notesu, w którym pisze się rysikiem na celofanie i wszystko można zedrzeć jednym pociągnięciem ręki.

W moim życiu osobistym zaczyna się nowy rozdział w postaci pustej kartki, którą trzeba zapisać… Dlaczego właściwie nie mam domu ani ubrań? Może nie mam po prostu cierpliwości?… A może podskórnie brzydzę się domu… Dno. Wiecznie trzeba uciekać. Chcę uciekać nad morze… I tylko błagać Boga, by choć raz, jeszcze raz umrzeć z miłości… (Z. Turowska, Agnieszka, Warszawa 2000 r.).
 
Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!
W tę nową miłość
pobiegłabym tak,
jak msza w drogę księżyc i ptak…
Jeszcze tylko raz usłyszeć
szalony serca głos,
a potem — wielką ciszę,
a potem — noc…

W mojej i innych obronie

W październiku tego samego roku zakończył się proces przywódców grupy „Ruch”, w którym zostałem skazany na siedem lat więzienia. Inni dostali od 4 do 6 lat. Były to najwyższe wyroki w procesach politycznych po 1956 roku i chyba dlatego grupa wybitnych pisarzy, m.in. Igor Newerly, Mieczysław Jastrun, Tadeusz Konwicki, Andrzej Braun, Wiktor Woroszylski, Zbigniew Herbert, Jerzy Andrzejewski, Jacek Bocheński, Marek Nowakowski, a także Agnieszka Osiecka, wystąpiła do ministra sprawiedliwości o ich zrewidowanie. Był to z ich strony szlachetny, odważny i całkowicie bezinteresowny gest.

Ja miałem wówczas lat 27, Agnieszka Osiecka 35. Tak komentowała w swoim dzienniku wystąpienie w naszej obronie:

W pierwszej chwili trochę się bałam, ale pomyślałam, że siedem lat, które chcą im zabrać z życia, to strasznie dużo. Siedem lat! Jeśli coś się da zrobić, to cudownie, ale wątpię, ale wątpię. A co my ryzykujemy? Paszport, piosenki, to dziś furda. Boję się tylko nowych przesłuchań.

Podkreślała, że bardzo boi się więzienia, a także rzeźni i wielkiej szpitalnej sali. Nie wiem, czy występując w mojej obronie, miała chociaż cień nadziei na doczekanie upadku komunizmu i wolnej Polski. Ja ani wówczas, ani przez wiele następnych lat takiej nadziei nie miałem. Byłem przekonany, że nie doczekam niepodległości i Polską moich marzeń pozostanie tylko piękny szczęśliwy kraj z opowiadań moich rodziców.

Zawsze, gdy modlę się za tych, z którymi walczyłem o wolność, i za tych, którzy pomagali mi i mojej rodzinie, gdy byłem w więzieniu, pamiętam o autorce Okularników. Może właśnie teraz bardzo potrzebuje tej modlitwy.

Jej droga do Polski była z całą pewnością inna niż moja. Czasami spotykała się z zarzutem, że pisała za zgodą cenzury i że nie była antykomunistką. Ale nie każdy musiał i musi taki być. Wystarczy, w moim przekonaniu, że ktoś nie był i nie jest komunistą, a tego zarzutu Agnieszce Osieckiej nie może postawić nikt, przynajmniej, kto zna jej piosenki. To nie była poezja rewolucyjna, ale nawet życie wewnętrznych emigrantów i konspiratorów, dla których każdy dzień trwania Polski Ludowej był nieznośnym upokorzeniem, nie składało się tylko z rewolucyjnych uniesień.

Pytam — którędy to do Polski? —
Bo jeśli chociaż raz
potrzeba mojej ręki,
bo jeśli chociaż jeden
mnie potrzebuje ktoś,
to jakże pożałować mam
życia i piosenki…

Mimo strachu przed więzieniem wysłała w 1984 list do generała Kiszczaka, w którym zaproponowała, że gotowa jest pójść do więzienia w zamian za Adama Michnika:

Dla większej jasności muszę wyznać, że co do mnie, to byłabym gotowa takie ryzyko ponieść tylko dla Michnika. Uważam go za świetną głowę w sensie filozoficznym i za doskonałego pisarza. Mogłabym za tego człowieka posiedzieć (ale nie więcej niż rok) i zapłacić (ale nie więcej niż milion…). Proszę wybaczyć, że sformułowałam swoje pomysły dość pobieżnie, ale idea jest chyba czytelna.

Nie jest mi znana reakcja generała Kiszczaka, ale z całą pewnością, jako człowiek obdarzony poczuciem humoru, musiał przynajmniej się uśmiechnąć.

Żegnam was

Ostatni rok Osiecka zmagała się ze śmiercią. Wstrząsające są zarówno jej zapiski, jak i wspomnienia przyjaciół i znajomych z tego okresu. W piosenkach patrzy na wszystko już trochę z oddali, coraz częściej też pojawia się Bóg.

Po niewidzialnej drabinie
wspinam się wyżej i wyżej
i czuję już Bożą rękę
jak wyciąga się po mnie.
Jeszcze nie widzę Jego twarzy,
ale On dostrzega już moją,
i wiem, że troszczy się o mnie.
Cicho, cichutko, w sekrecie przed Aniołem Stróżem.

I jeszcze odczytana nad jej grobem Litania do skowronka

We mnie się tłucze wiatr i śpiewa róg.
Posłuchajcie,
litanię do skowronka już pisze Bóg.
Posłuchajcie, już przystanął z ciekawością czas.
Żegnam was…

Agnieszka Osiecka była dla mnie i — wydaje mi się — prawie dla całego mojego pokolenia, pamiętającego jeszcze czasy stalinizmu, wszystkie odwilże i stracone złudzenia Peerelu, kimś bliskim, a jej piosenki stanowiły odtrutkę na potworną, przygnębiającą nudę i szpetotę komunizmu. W miarę upływu lat komuniści przestawali mordować, ich więzienia były coraz krótsze i coraz bardziej łagodne, za to na śmierć nas wszystkich zanudzali. Co jakiś czas zrywali się do desperackiej walki o utrzymanie swojej władzy i przywilejów, ale nie byli w stanie powstrzymać starczego uwiądu całego systemu, jego nieuchronnego rozkładu. Pozostawali natomiast do samego końca przeraźliwie nudni. Wśród tych, dzięki którym ta nuda była możliwa do przetrwania, piosenki Agnieszki Osieckiej mają miejsce szczególne. Są bowiem piękne i autentyczne.

26 listopada 2000 roku

Ordonka i Osiecka
Stefan Niesiołowski

urodzony 4 lutego 1944 r. w Kałęczewie – polski polityk, profesor entomologii, nauczyciel akademicki, publicysta, senator RP, członek PO. Autor między innymi książek Wysoki brzeg (opowiadania więzienne), Niemi...