„Janek, a może byś się wyspowiadał przed świętami?” – zapytałem z zaskoczenia. „A ja się już spowiadałem przed świętami” – odpowiedział w tonie, którego brzmienie było jak sygnał: „Odczep się!”. „A gdzie się spowiadałeś?” – mimo odczepnego tonu nie dawałem za wygraną. „W kościele” – padła szybka odpowiedź. „Janek, jak mogłeś się spowiadać w kościele, jeśli ty tu już od paru miesięcy leżysz?”. Niespodziewana konfrontacja z faktami zaskoczyła go i wymusiła naprawdę długą chwilę refleksji. Zostawmy go zatem pogrążonego w poszukiwaniu odpowiedzi, a ja tymczasem spróbuję go bliżej przedstawić.
Był pacjentem, który wyraźnie zawyżał średnią długość przebywania w hospicjum. Wtedy – na początku obecnego wieku – w krakowskim Hospicjum Świętego Łazarza w Nowej Hucie pacjenci przeżywali średnio siedemnaście dni. Zapamiętałem tę liczbę, bo jej nieubłagana prawdziwość wymuszała na mnie zachowania, o których sam bym nie pomyślał. Jako wolontariusz bywałem tam w każdy wtorek, dlatego pod koniec mojego dyżuru żegnałem się osobiście z każdym z pacjentów, wiedząc, że z niektórymi z nich w kolejny wtorek już się mogę nie spotkać. Z Jankiem spotykałem się regularnie przez wiele miesięcy.
Jako bezdomny do hospicjum trafił wprost z ulicy. We wtorek. Kiedy go przywieziono, przede wszystkim trzeba go było ostrzyc i umyć. A ponieważ było to strzyżenie i mycie podwyższonego ryzyka, więc panie pielęgniarki ubrały mnie jak kosmonautę i życząc powodzenia, zamknęły w łazience z Jankiem. I choć w tej łazience nie byliśmy sami
Zostało Ci jeszcze 75% artykułu
Oceń